....dostawa chleba.....!!!

sorki, że tak mało, ale w trakcie pzrepisywania doszedłem do wniosku, że lepszy materiał napisze "na żywo" i jedynie korzystam z fragmentów poprzedniej wersji, znowu proszę o wskazówki i rady...

miłej lektury
--------------------------------------------------------------------------------------* * * * *
Rzednący powoli mrok rozświetlały błyski świateł radiowozów stojących przy wylocie leśnej dróżki. Na polecenie policjanta dowodzącego akcją zamknięto ten asfaltowy odcinek drogi. Na końcach ustawione radiowozy. Blokadę zarządzono na długości około 150 metrów. Do blokady zbliżała się karetka, oznajmiając donośnym skowytem swoją obecność. Wojskowy sokół podchodził właśnie do lądowania na wydzielonym odcinku drogi. Wirujące w powietrzu drobinki piasku i liści nakreśliły okrąg lądowiska. Gumowe opony lekko spłaszczyły się w kontakcie z twardym asfaltem, łopaty obracały się coraz wolniej. Z samolotu wysiadło trzech oficerów, którzy pośpiesznie skierowali się do czekającego nieopodal radiowozu. Jak tylko wsiedli, kierowca ruszył. Dotarcie na miejsce nocnej tragedii zajęło im nie więcej niż dwie minuty. Czerwono niebieskie światła zapełniały szarą jeszcze o tej porze przestrzeń lasu. Wycie syren było nieznośne, nawet dla pasażerów poloneza.
- Jak wasi ludzie? – padło pytanie jednego z pasażerów
- Obaj wyszli z tego bez większych urazów. Wasz generał nie miał tyle
szczęścia – odpowiedział kierowca – karetkę, jadącą po stwierdzenie zgonu widzieliście zapewne z powietrza.
Pasażerem siedzącym na przednim fotelu był Borkiewicz. Kierowca zwolnił nieco przed zakrętem. Na wyjściu z niego pasażerom ukazała się cała scena nocnego dramatu. Gdy byli dostatecznie blisko zdali sobie sprawę ze zniszczeń, jakie poczyniły oba samochody tuż przed wypadkiem. Głębokie koleiny, kilkanaście połamanych i powyginanych młodych drzewek, poważnie uszkodzone dwa stare dęby i aktorzy główni – sprasowany radiowóz z terenowym oplem – to bilans strat materialnych poprzedniej nocy. Oba samochody tworzyły razem szkaradną metalową konstrukcję – pomnik.
Razem z Jurkiem Borkiewiczem przylecieli też mjr Tomasz Rychter i ppłk Sławomir Lelosz. Ten ostatni pilotował Sokoła, który obecnie stał w poprzek drogi, kilkaset metrów dalej.
- Przed czym on tak uciekał...? – Borkiewicz zadał na pół retoryczne pytanie - ...nic z tego nie rozumiem...
- Może był wypity? – zaproponował cicho mjr Rychter
- Nie, dużo można było mu zarzucić, ale nie to.
- To proste – wtrącił się do rozmowy policjant, który do tej pory stał na uboczu i zbierał coś w foliowy woreczek – uciekał przed naszymi ludźmi, bo przejechał na czerwonym świetle. Zaczął bawić się w Schumachera, ale gorzej skończył... – z lekkim rozbawieniem w głosie skwitował swą wypowiedź.
Samo zakończenie wypowiedzi na temat zmarłego poruszyło do głębi stojących tam wojskowych. Pomimo, jak by to delikatnie nazwać – wątpliwego szacunku do zmarłego generała, Lelosz nie mógł pozwolić na dalsze kpiny.
- Ej! Czy wy w tej policji w ogóle czasem myślicie?! Zginął tu człowiek, a ty sobie żarty robisz?? Co to w ogóle ma być cyrk?!
- ...ja tylko... – wyraźnie zbity z tropu członek dochodzeniówki, zaczął się tłumaczyć
- Ty tylko, co?! – znowu wrzasnął Lelosz – co?!
- Uspokój się Sławek – łagodził Borkiewicz
- Proszę na mnie nie krzyczeć ! – policjant wyraźnie zaczął odzyskiwać straconą przed chwilą pewność siebie – wyświadczyliśmy wam przysługę, że wpuściliśmy na teren wypadku, a wy tak nam się odpłacacie?!
- Zabierzcie tego dupka! - zamierzył się ppłk
- Panowie! – dobiegł damski głos zza pleców Borkiewicza.
Kłócący się nie zauważyli samochodu, który dojechał właśnie na miejsce i zaparkował za polonezem. Wszyscy odruchowo odwrócili się w kierunku, z którego dochodził miły głos. Na widok kobiety w jeansach i skórzanej kurtce, policjant ucichł.
- Kim panowie jesteście? I kto was tu wpuścił? – jasno postawiła sprawę nowoprzybyła.
- Mógłbym się zapytać o to samo pani, my przynajmniej jesteśmy w mundurach – odciął się Lelosz
- Ewa Temke, prokurator okręgowy... – ucięła w pól zdania i pytającym wzrokiem patrzyła na rozmówców.
- Jesteśmy... byliśmy podwładnymi zmarłego. Ja nazywam się Jerzy Borkiewicz, jestem w stopniu płk., a to ppłk sławomir Lelosz i mjr Tomasz Rychter... prokurator wojskowy – dodał niby od niechcenia
Podczas „prezentacji” Borkiewicz zachowywał się nadzwyczaj kulturalnie „Czasem nawet on potrafi być grzeczny” – szydził w myślach Lelosz – „potrzeba tylko mu jakiejś spódniczki”
- Ale i tak nie wiem co wy tu panowie robicie? – z naciskiem na „wy” drążyła nadal temat pani prokurator
„Podziwiamy widoki idiotko! ” – rzuciło się na myśl Sławkowi, ale na szczęście dla reszty, znowu nie został dopuszczony do głosu.
- To samo co Pani, tylko że my mamy mundury. – błyskotliwie spuentował prokurator Rychter.
Ewa Temke patrzyła się jeszcze kilka sekund niby to przed siebie, niby na scenę nocnego dramatu, aż w końcu odezwała się do policjanta stojącego nadal za jej plecami.
- Skoro tak, ci ludzie mogą tu zostać, proszę współpracować przy zbieraniu dowodów. – kończąc odwróciła się do majora Rychtera – dwóch prokuratorów w jednym miejscu to trochę za dużo.
Stojący tam nie byli pewni, czy na ustach pani prokurator pojawił się złośliwy grymas, czy też cień uśmiechu. Co by to jednak nie było ładnie się prezentowało.
- Skoro armia ma tu już swoje organa, ja muszę jeszcze odwiedzić jedno podobne miejsce. Mam nadzieję, że mogę liczyć na współpracę – dodała na koniec z wyraźnym już uśmiechem.
- Oczywiście pani prokurator – Rychter odwzajemnił się również uśmiechem. – Pełna współpraca.
Borkiewicz musiał się odwrócić, żeby nie parsknąć śmiechem na widok tak tkliwego pożegnania. Gdy Ewa Temke odeszła już na bezpieczną odległość z której nie mogła usłyszeć ich rozmów, Lelosz nie wytrzymał:
- Widzę, że organa ścigania w naszym kraju ładnie współpracują, nie Tomek?
- ..a jeszcze lepiej wyglądają – dołożył swoje „trzy grosze” Borkiewicz – no w każdym razie cywilne...
- Tu zginął człowiek – parafrazował niedawną wypowiedź Lelosza Rychter – a wy tu o tak przyziemnych rzeczach
Jednak jego udawane oburzenie nie wzięło nikogo. Po kilku sekundach sam zaczął się śmiać
- No dobra , wpadła mi w oko..., to chcieliście usłyszeć?
- Ale uważaj stary, bo z oka do łóżka bliska droga. – skwitował Lelosz
- Sławek! Czy ty choć raz możesz przestać myśleć o swoim świńskim życiu erotycznym?! – nie na żarty zbulwersował się major – nie każda kobieta idzie na drugiej randce do łóżka
- No, święta racja – niektóre już na pierwszej.
- Nie chcę wam przeszkadzać, ale przyjechaliśmy tu po coś... – delikatnie wszedł do rozmowy Borkiewicz
- Zastanawia mnie to uzi na siedzeniu – jakby w odpowiedzi powiedział Rychter – dlaczego on to miał? kogo się bał? może miał jakieś spotkanie...?
- Trzeba zbadać, czy strzelano z niego ostatnio – wtrącił się Borkiewicz
- Wiem, już jedzie mój człowiek na miejsce. Będzie za jakieś pół godziny.
- Nic tu po nas panowie – doszedł do nich Lelosz, który przez chwile stał na boku z papierosem. – policja na miejscu zbiera dowody, twój człowiek jedzie już na miejsce – tu wskazał na prokuratora Rychtera – zwłoki generała właśnie zabierają do karetki. Wydaje mi się, że powinniśmy wrócić do bazy i zacząć szukać „wilczka”.
- Święta racja – ten argument był wystarczający dla Borkiewicza.
W kilka minut później trzej oficerowie siedzieli w sokole.