Coż... takie czasy były

Moderatorzy: Sawicz, Xlem, Drzemi
Jest rok 1969. Z lotniska wojskowego w Powidzu, kilkadziesiąt kilometrów na wschód od Poznania, wzbija się w powietrze wielozadaniowy Su-20. Pod jego srebrzystym kadłubem podwieszone są dwa obłe pociski.
Pilot obiera kurs na północny zachód. Lot nad poligon w Drawsku Pomorskim zajmuje mu 20 minut. Teraz musi rozpędzić maszynę do prędkości poddźwiękowej - ponad 1000 km na godzinę - i poderwać ją w górę. Kiedy leci już pionowo ku stratosferze, zwalnia zamki bomb. Pociski lecą dalej, Su-20 wycofuje się lotem na plecy i manewrem zwanym półbeczką. Ma kilka minut, by oddalić się z miejsca, w którym za chwilę bomba rozpęta nuklearne piekło.
- Gdy uderzała w ziemię, samolot był już w odległości 20 kilometrów - wyznał dziennikarzowi "Przeglądu Gnieźnieńskiego", Pawłowi Miłoszowi były pilot Su-20.
Według pilotów służących w jednostkach wielozadaniowych odrzutowców Ludowego Wojska Polskiego odpalanie pocisków nuklearnych było normalnym elementem szkolenia. Niczym nadzwyczajnym.
- Wszystkie armie w Europie to ćwiczyły - mówi jeden z nich, emerytowany pułkownik lotnictwa. - Wszyscy wiedzieliśmy, że taka broń w Polsce istnieje.





Nie, nie prawda.CRIS pisze:JUŻ powracamy do tematu Su-20,to prawda że miał 2 spadochrony hamujące ten samolot?