jestem winny wszystkim słówko wyjasnienia i przeprosin:
zamiast piatek tekst dpiero gotowy jest w poneidziałek. niestety burza pozbawiła mnie na weekend netu stąd takie opóźnienie. jeszcze raz sorki

zaparszam do lektury (mam andzieje, ze miłej)
----------------------------------------------
Godz 16.30 – u premiera w gabinecie –
Chociaz dochodziła wpółdopiątej, słońce miało się znakomicie. Zółtawy palący poblask niemiłosiernie penetrował najdrobniejsze zakamarki. Dwaj mężczyźni w stalowych mundurach , z teczkami w rękach szli wzdłuż budynku MON-u równym , defiladowym niemal tempem. Kazdy przechodzień zwracał na nich uwagę, zas kazdy mijany żołnierz – salutował. Ich postury, mundury i wygląd ogólny były prawie identyczne. Nawet spoceni byli podobnie. Błyszczące kropelki rzęsiście pokrywały ich siwiejące skronie oraz brązowe od słońca nosy i czoła. Mężczyźni skręcili w prawo do drzwi. Tuż za nimi natknęli się na dwóch szeregowców uzbrojonych w karabiny AK-47 Kałasznikow. Żołnierze z zasadniczej służby wyprężyli się jak struny od fortepianu oddając honory na widok generalskich gwiazdek jednego z oficerów. Wchodzacy pułkownik i generał odpowiedzieli po raz kolejny w ostatnich pięciu minutach salutem. Błyszczące daszki czapek i buty w pełni pasowały do błysku chromowanych poręczy i marmurowych schodów.
Obaj milczeli. Rozmowa zakończona pięc minut temu w samochodzie wiozącym ich z lotniska zupełnie im na razie wystarczała. G dy byli sami na niemiłosiernie długim korytarzu, Borkieiwcz przegrał ze swoją ciekawością:
Pewnie brak nazwiska na mundurze, to nie przypadek?
Nie – odparł generał
Wwystarczy, że ja siebie poznaję – mruknął pod nosem pułkownik, nawet nie starając się ukryć sarkazmu – choć ostatnio coraz rzadziej.
C ień usmiechu (lub czegoś na jego kształt) przemknął po obliczu generała, równie szybko ginąc, co się pojawił. Labirynt korytarzy, drzwi, schodów ciagnął się przez kolejne dwie-trzy minuty, by zakończyć swój bieg przed stalowymi, wypolerowanymi do lsnienia drzwiami. Takich, jakich tu zresztą setki. Dodatkowo, te zlokalizowane na tym piętrze miały skanery siatkówek i zamki cyfrowe. Nie bez znaczenia pozostawął również fakt, iz dostac się na to piętro z poziomu windy było niemozliwością. Poporostu tutaj winda nie zatrzymywała się. Droga na tn korytarz prowadziła waskimi schodami, u podstawy których był kolejny już w tym budynku punkt kontrolny.
Górecki przejechał kartą magnetyczną po czytniku. Czerwone światełko zmieniło się na zielone , wyzwalając jednoczesnie puslowanie innej diody w okolicach skanera siatkówki. Generał zbliżył się nieco do urządzenia. Po kolejnej sekundzie na ściance przy drzwiach paliły się dwie zielone diody. Same drzwi zaś, wydały dźwięk ni to delikatnego syku, ni to metalicznego szczęku. Z zadziwiającą lekkością ustąpiły pod naciskiem ręki generała. Borkiewicz wciąż trzymał się z tyłu. Otwierajaca się przestrzeń zdradzała kolejne sekrety budynku, jakich wiele w tym rejonie stolicy – korytarz z kolejnymi drzwiami. Pomieszczenie miało około 3 do 4 metrów długości. Tak bynajmniej ocenił je Borkiewicz. Było ośiwtelone intensywnym, białym światłem. W rogach nad obydwoma parami drzwi widniały kamery sferyczne. Każdy kto tu wchodził musiał czuć się obdarty ze swych najgłębszych sekretów. Na lewej ściance zamontowana była półka. Generał sprawnym ruchem, wyjął z mieszeni telefon komórkowy jedną ręką i czarną Berettę zza paska drugą. Odłozył to wszystko na półkę i zwrócił się do Borkiewicza:
Zostaw tu telefon komórkowy. Nad dodatkowym wyposażeniem popracujemy, jak wyjdziemy stąd.
Widzę, że razem z Tomkiem w jednym supermarkecie zakupy robicie. - ironizował Borkiewicza
Tak, to można nazwać, mamy znizki dla stałych klientów.
Wypowiadając te słowa, generał nacisnął klamkę. Tak po prostu. Bez skanerów, czytników i Bóg jeden raczy wiedzieć czego jeszcze. Drzwi otworzyły się. Tym razem bez szczęku, syku , ani innych odgłosów. Jak zwykłe drzwi w pokoju dla dzieci – pomyslał Borkieiwcz. Gdyby mężczyxni nie byli zaprzątnięci kilka sekund wcześniej rozmową, zapewne do ich uszu doleciałby delikatne stuknięcię dobywajace się jakby ze ściany. To obsługa pomieszczenia zwalniała zapadki od zamka po uprzednim prześwietleniu kilokoma rodzajami urządzeń dwóch mężczyzn stojących w waskim korytarzu. Gdyby którys z nich pozostawił jakieś urządzenie elektroniczne lub broń – drugie drzwi nie otworzyły by się w ogóle. Pierwsze już zresztą tez nie.
W chwili gdy otwierało się przejście do kolejnego pomieszczenia, oświetlenie korytarza mocno przygasło. Teraz miało może z dziesięć procent ze swej poprzedniej intensywności. Dokładnie tak samo oświetlony był kolejny pokój. Właściwy cel podróży lotników. Borkiewicz postrzegał go jako kwadrat o boku mnij więcej od szesciu do osmiu metrów. Sama ocena długosci tych ścian była mocno utrudniona. Zamiast boazerii, tapety, lub zwyklego tynku, tutaj zastosowano... głosniki. Wieklkie koła, elipsy o rozmiarach dochodzących do półtora metra przekroju generowały delikatny szum. To „wyposażenie „ zdecydowanie zrobiło na pułkowniku największe wrażenie. Największa zagadka była chwilowo ukryta przed wzrokiem gości. W chwili gdy zamknęły się drzwi wejściowe (co stało się bardzo wolno – jak zdążyła odnotowac podświadomość „nowego goscia” tego pokoju) delikatny snop światła ukazał coś bardziej interesującego. Na środku pokoju, na podwyzszeniu stała szklana klatka. Mniej więcej trzy na trzy metry. Wewnątrz były tylko trzy krzesła. Tylko tyle. Borkiewicz wciąż rozglądał się nie mogąc uwierzyć w to co zobaczył. Takie pokoje istniały, ale tylko w filmach. Bynajmniej do tej pory tak myślał. Górecki tymczasem , widać przywykły do tego wszystkiego , stał jakieś cztery kroki przed pułkownikiem. Milczał. Z rękoma w kieszeniach przyglądał się swemu towarzyszowi. Badał jego reakcję na wygłuszone pomieszczenie.
Nie upłynęły nawet dwie minuty , gdy do pokoju wszedł jakiś mężczyzna drzwiami niewidocznymi do tej pory. Zlokalizowane one były po przeciwnej stronie, idealnie zamaskowane w wygłuszającej zabudowie. Mężczyzna stał w cieniu przez moment. Jakby obserwował pozostałych w pomieszczeniu. Po chwili ruszył do przodu. Gdy podchodził do szklanego pomieszczenia, niemrawe światło stopniowo ujawniało sekret jego fizjonomii. Teraz Borkieiwcz był już pewien – miał przed sobą premiera RP.
Witam, panowie. - przywitał się przybyły mężczyzna
Obaj lotnicy zasalutowali w odpowiedzi, po czym podali dłoń generała.
Panie premierze, to płk. Jerzy Borkiewicz, nowy dowódca 1 pułku z Mińska Mazowieckiego.
Premier uścisnął również dłoń pułkownika.
Panie pułkowniku, nie muszę mówić jakim honorem, ale i zaufaniem został pan obdarzony?
Domyślam się, panie premierze.
W głosie Borkieiwcza nie wyczuwało się żadnych napięć ani ironii. Prezentował bardzo zachowawczą postawę.
Panowie – tym razem gospodarz zwrócił się do obydwu mężczyzn – zapraszam.
Ruchem ręki wskazał przeszkolony gabinet pośrodku pomieszczenia. Obaj oficerowie zajęli miejsca obok siebie. Premier upewnił się, że drzwi są zamknięte, po czym usiadł naprzeciw nich. Borkiewicz zauważył, że w chwili gdy zamknięto drzwi membrany głośników zaczęły wibrować z większą niż dotąd częstotliwością. Premier zauważył zainteresowanie gościa.
Pierwszy raz w „szklarni”?
Borkieiwcza zaskoczyło pytanie.
Tak, panie premierze.
Krótka żołnierska odpowiedź. - odparł rozbawiony nieco premier. - proszę się nie denerwować ani miejscem ani moja osoba. Idzie przywyknąć? - tu zwrócił się z nutą spoufałości do Góreckiego.
Odpowiedzią był nikły uśmiech i przytakujący ruch głowy.
Jestem na etapie początkującego – głos Borkieiwcza zdradzał już lekkie rozluźnienie.
Panie pułkowniku, to pomieszczenie jest najlepiej chyba zabezpieczonym w Polsce przed podsłuchem. Nie przypadkowo właśnie tu dziś rozmawiamy. Zapewne o prawdziwych obowiązkach które na pana czekają już pan gnerał poinformował pana?
Tak jest.
To dobrze. Chcę tylko dodać, że dowodzi pan najwazniejsza da nas jednostka w kraju
Słyszałem już to panie premierze, ale nie wiem do końca czemu?
Czemu dowodzi pan, czy czemu najważniejszą?
Pierwsze już wiem panie premierze, przynjamniej częsciowo. To drugie mnie trochę zaskakuje.
Membrany wciąż pulsowały. Szkło i niskie tony szczególnie chroniły tajemnice „szklarni”.
Bo będzie pan dowodził jednostką, gdzie stacjonuje para dyżurna, po drugie to najbliżej stolicy połozona jednostka bojowa WliOP-u.
Tak panie premierze, ale to nie ja będe dowodził para dyzurną, tylko Dyżurny Centrum Operacji Powietrznych i pan.
Wiem kto dowodzi parą, ale pan panie pułkowniku na stanowisku dowódcy będzie bardzo … - tu głos premiera zawiesił się w niewidocznej próżni „szklarni” - … użyteczny. To pan będzie ustalał przecież obsadę osobową, prawda?
Zgadza się.
No i newralgicznych chwilach, będziemy mogli pana uzyc w powietrzu.
Znów zapadła cisza. Premier stwarzał wrażenie, jakby sondował Borkieiwcza. Przez ten moment przeszywał na wskroś wzrokiem.
Może pana nieco dziwić tempo zmian, ale zapewniam pana, że końcówka obecnego tygodnia będzie najważniejsza w historii SGO. Podejrzewam, że w pana życiu również.
Premier urwał swa wypowiedź i wciąż wpatrywał się w twarz rozmówcy. Generał był na uboczu tej rozmowy. Borkieiwcz, pozostawiony samemu sobie z konfrontacji z faktyczna głowa państwa , nie wiedział jak się ma zachować. Stoicyzm i chłodny wyraz wojskowego braku emocji wydał się pułkownikowi nieobytemu z dyplomatycznymi gierkami politycznych salonów.
Z informacji które udało nam się zebrać do tej pory – kontynuował premier – nie mogliśmy wywnioskować gdzie jest baza naszych „czarnych owieczek”.
Ostatnie słowa powiedział z wyraźna ironią.
Dziś dostaliśmy prawdziwie przełomowe informacje. Nie ukrywam, że bez pana pomocy pułkowniku byłoby to bardzo utrudnione. Major Rychter przekazał nam wyniki rozpoznania fotograficznego i elektronicznego z powietrza.
Teraz premier przeniósł wzrok na generała.
Na jutro chciałbym wyznaczyć zakończenie operacji „Sasza”. Co pan, panie generale o tym myśli?
Sądzę panie premierze, że to … chyba … jednak trochę za wcześnie... - głos dowódcy WLiOP-u zdradzał wahanie.
Dlaczego? Znamy już lokalizację „Centrum”, teraz pozostaje ustalić miejsce przechowywania materiału radioaktywnego.
Obawiam się, panie premierze że dokładnej lokalizacji „Centrum” nie mamy. Widziałem te materiały. Nie można ruszyć tego gniazda szerszeni, nie mając porządnego planu operacyjnego: ilu ludzi i jakiego sprzętu potrzebujemy. Po drugie zdejmując ich sidzibę, stracimy ładunek. Nie muszę mówić, co to oznacza?
A pan, pułkowniku? Co pan o tym mysli?
Pytanie było dla Borkiewicza jak walnięcie kijem do baseballa prosto w nos. Tym razem nowy dowódca nie silił się na pozę stoika:
Nie wiem panie premierze, nie znam się na akcjach o charakterze antyterrorystycznym. Jestem pilotem i słuchając rozmowy mogę jedynie zaoferować, że jutro rano polecę z majorem Rychterem na jeszcze jeden rekonesans. Jeśli nasz dzisiejszy lot nie przyniósł oczekiwanego rezultatu, spróbujemy jutro.
A co z namierzeniem materiału radioaktywnego ? - generał nie dawał za wygraną – nie możemy go stracić!
Co pan myśli o problemie poruszonym przez pana generała? - groźnym tonem zapytał się premier
Uważam, że ma rację, panie premierze – bez wahania odpowiedział pytany
Twarze generała i premiera rozjaśniły się wyrazem zadowolenia. Borkiewicz nagle zdał sobie sprawę z zasitniałej sytuacji. Czuł się jak królik doświadczalny, albo jak jakiś gigantyczny , cholerny gryzoń labolatoryjny. Opanował jednak emocje.
Szanuję ludzi, którzy mają własne zdanie i trzeźwy ogląd sytuacji. - głos premiera brzmiał juz zupełnie spokojnie – Miał pan rację generale, to odpowiedni człowiek.
Teraz odezwał się ponownie do Borkiewicza:
Pański pomysł jest dobry pułkowniku, zresztą mieliście i tak jutro lecieć. Tym bardziej cieszę sie, że to od pana wyszła ta propozycja.
Borkiewicz wciąż wrzał. W jego rogatej duszy gotował się na takie testy i teściki. Nienawidzil gierek politycznych, ani kadrowych. A już na pewno nie lubił być w nich pionkiem.
Co zas się tyczy ładunku – tym razem zabrał głos Górecki – wydałem dyspozycje w tej sprawie. Będziemy mieli kilka ruchomych stanowisk pomiarowych na Starach.
Powodzenia panowie – premier wstał ze swego krzesła – w tej chwili juz tylko tyle mogę. Reszta należy do SGO.