p.s. mam andzieję, ze rozumiecie, i że tu mi żadnej rewolucji nie zrobicie towarzysze...
"Stalowy honor" - wersja baaardzo robocza :)
Moderatorzy: Sawicz, Xlem, Drzemi
- marcin1323
- Wyróżniony!

- Posty: 1321
- Rejestracja: 15 sie 2003, 15:21
- gadu: 0
- Lokalizacja: gostynin
a jak to głos narodu, to całkiekm inna sprawa
trzeba tak było od początku ...
powaznie, to przez najbliższy tydzien napewnp nic nie bedzie... , mam jescze jeden egzamin do zaliczenia/poprawy
ASM, wiec sami rozumiecie...
p.s. mam andzieję, ze rozumiecie, i że tu mi żadnej rewolucji nie zrobicie towarzysze...
p.s. mam andzieję, ze rozumiecie, i że tu mi żadnej rewolucji nie zrobicie towarzysze...
- marcin1323
- Wyróżniony!

- Posty: 1321
- Rejestracja: 15 sie 2003, 15:21
- gadu: 0
- Lokalizacja: gostynin
no i następna porcja "stali"
--------------------------------------------------------------------------------------ROZDZIAŁ III
Wojskowo łaciaty sokół leciał ponad wierzchołkami drzew. Słońce, które już na dobre zagościło na horyzoncie, co rusz przeglądało się w kadłubie maszyny. Pilot pochylił nieco bardziej nos śmigłowca, by przyspieszyć.
- Wydaje mi się, że zaginiecie „Wilczka” i śmierć Koszyckiego mają wspólny mianownik – kontynuował rozpoczętą kilka minut wcześniej rozmowę, Borkiewicz
- Nie masz na to dowodów – odezwał się Rychter – wiemy tylko tyle, że coś dziwnego zdarzyło się w ostatniej dobie, coś o czym nie mamy na razie pojęcia.
- Czas to zmienić.
- Zrobię wszystko, by tą sprawę rozwiązać.
- Nie Tomek – zrobisz tyle, na ile ci pozwolą zwierzchnicy, a to różnica.
- Myślisz , że jak ty swojego ukatrupiłeś, to nam nowego nie podeślą? – odezwał się do tej chwili cichy Lelosz. – był Koszycki, będzie jakiś inny Koszycki, Kowalski, albo jak mu tam...
- Po mojej rozmowie z generałem, od razu po wypadku „wilczka”, odniosłem takie parszywe wrażenie, że on to robił na czyjś wyraźny rozkaz.
- Kto?? –zdziwił się Rychter – Koszycki?
- No, Koszycki – przywtórzył od niechcenia Borkiewicz
- Wiesz, Jurek, chłopaki mówili mi z jaką miną wtedy do niego wleciałeś – komentował Lelosz – może stary... hhmmm ...świeć Panie nad jego duszą... po prostu się ciebie wystraszył?
- Nie, na pewno nie mnie. Bał się kogoś innego, kogoś wyżej, zresztą, ktoś w tym siedział. Do tej pory nie rozumiem zakazu użycia broni względem naruszycieli w bojowych maszynach. On nie wydałby aż tak głupiego rozkazu, bynajmniej nie na własne widzimisie. Coś tu nie gra. A teraz ta kraksa i ta broń....
Maszyna leciała nisko nad polami, zostawiając za sobą linię lasu. Lelosz często próbował się w lotach koszących. Do tej pory nawet obyło się bez strat załogi i maszyny.
- Możesz trochę wyżej latać? – zapytał podenerwowany Rychter – jakoś lepiej myśli mi się w strefie, niż na kosiaku.
- Papuga, a boi się nisko latać – Lelosz nie pozostawał dłużny.
Ta odpowiedź szczerze rozbawiła Jurka. Lelosz znany był wśród swoich przyjaciół z trzech rzeczy: niskiego latania, ciętego języka i niezliczonych podbojów erotycznych. Każdy coś lubi w życiu zbierać; jedni znaczki w albumach – inni nie swoje kobiety w nie swoich łóżkach. Tyle tylko, ze ta pierwsza pasja nie jestem czasem aż tak niebezpieczna.
- Dobra, nie złość się, bo do reszty posiwiejecie panie majorze.
Rychter na tą zaczepkę słowną nic nie powiedział, nie miał po prostu argumentu. Rzeczywiście siwiał i bardzo się czasem obruszał, gdy któryś z kolegów mu to wypomniał. Oczywiście ta zależność szybko została wychwycona przez innych żołnierzy. Dlatego już teraz nie reagował gwałtownie na wspomnienie o siwiźnie. Lelosz wiedział jednak, że tym razem znów odniósł zwycięstwo. Postanowił wystawić cierpliwość kolegi na następną próbę. Widocznie zakłopotanie prokuratora sprawiało mu sporo frajdy.
- Nie mogę przecież pozwolić na to, żeby nasza pani prokurator była skazana na oglądnie szronku we własnym łóżku.
Rychter spojrzał się z tylnego siedziska dla mechanika, na pilota po lewej stronie. Tamten instynktownie obejrzał się, wiedząc, że ich oczy się spotkają. Wzrok Tomasza Rychtera długo utkwiony był w oczach pilota. Nagle Lelosz zaciągnął owiewkę od hełmu, niczym średniowieczny rycerz zasuwał przyłbicę. Odwrócił się do przodu i roześmiał w głos. Borkiewicz na bocznym siedzeniu również uśmiechnął się.
- Pojebało was do końca. – z lekkim wyrzutem w głosie skwitował Tomek - Stare i głupie konie.
- Ale za to jakie przystojne? – ironicznie podkreślił Lelosz
Na horyzoncie pojawiła się sylwetka masztu radarowego, a niedługo później pozostała część infrastruktury mińskiego lotniska.
* * * * *
Tomasz Rychter. Rocznik siedemdziesiaty. Rodowity warszawiak, po ukończeniu dęblińskiego WSOSP-u, dostał pierwszy przydział do eskadry poznańskich kruków. Latał na migach dziewiętnastych. Tam poznał Borkiewicza. Po kilku latach skończył prawo. Wrócił do Warszawy, gdzie służył najpierw w 103 pułku MSWiA razem z Leloszem, a po kilkunastu miesiącach dostał się do dowództwa WliOP-u jako ichniejszy radca prawny. Pięć lat temu dostał nominację prokuratorską. Tak szybka i błyskotliwa kariera prokuratora-pilota, nie była by możliwa, bez „wsparcia” ze strony rodziny. Rychterowie, to stary prawniczy ród warszawski, którego korzenie sięgają ponoć potopu szwedzkiego. Ojciec Tomasza, Józef – prowadził kancelarię prawniczą w Rembertowie, zaś ciotka Emilia – matka chrzestna Tomasza – była sędziną Sądu Najwyższego. Rychterowie mieli pozycję w światku prawniczym i większość członków klanu korzystała z tego faktu, nie mając najmniejszych skrupułów. Tomek od dzieciństwa przejawiał zdolności nieco odbiegające od prawniczego kanonu. Bardzo lubił prać, zwłaszcza kolegów na podwórku, lub w szkole. Gdy został wyrzucony z kolejnej „dobrej szkoły” warszawskiej, ojciec odchodził od zmysłów. Wstyd i rozgoryczenie – tak najłatwiej opisać co wtedy czuł biedny Józef Rychter. Niesforny Tomasz w wieku szesnastu lat po raz pierwszy zainteresował się samolotem. Właściwie to nie do końca samolotem, tylko córką stewardesy Joanną, która swa urodę odziedziczyła po mamusi. Ale jako, że nie wypadało być kompletnie zielonym w temacie maszyn latających, Tomasz zabrał się do pilnego studiowania budowy Aśki a w międzyczasie również i budowy Iłów i Boeingów. Aśka przeszła mu po dwóch miesiącach a samoloty pozostały na zawsze. Jakie było zdziwienie (ale pozytywne), gdy po skończonej maturze, Tomasz oświadczył wszystkim domownikom, że nazajutrz wyjeżdża do Dęblina na egzaminy. Myślano, że to tylko następna zachcianka „dużego dziecka”, ale po pierwszym , pozytywnie zaliczonym semestrze, Tomasz zdecydowanie spoważniał i wydoroślał. Tak przynajmniej twierdziła jego matka – Anna.
„Wojsko zrobiło z mojego syna odpowiedzialnego mężczyznę” – zawsze powtarzała z dumą w głosie, na co ojciec zwykł dodawać „jeśli to co twierdzisz kochanie sprawdzi się, będziemy świadkami cudu przemienienia”. Poczucie humoru również było u Rychterów dziedziczne.
Tomasz Rychter przybył do eskadry w Mińsku tuż po wypadku zaginięcia „Wliczka”. Co prawda nie znał chłopaka osobiście, ale za to znał jego prowadzącego. W przeszłości prowadził też sprawę utraty przez Borkiewicza samolotu. To był mig 29. Borkiewicz mało nie stracił życia, gdy na dobiegu, po lądowaniu, „nie załapał rewers” i „29” przeorała wojskową ziemię za pasem startowym. Złamał goleń podwozia przedniego, a elementy ogrodzenia rozpruły poszycie skrzydła. Wylewające się paliwo lotnicze zajęło większość samolotu. Z palącego się wraku wyciągnięto , wtedy jeszcze majora Borkiewicza.
--------------------------------------------------------------------------------------
jakoś tak wyszło z tymi anakondami
....hmm.. co zas sie tyczy tego cezara... to ja poproszę dwa piwa 
--------------------------------------------------------------------------------------ROZDZIAŁ III
Wojskowo łaciaty sokół leciał ponad wierzchołkami drzew. Słońce, które już na dobre zagościło na horyzoncie, co rusz przeglądało się w kadłubie maszyny. Pilot pochylił nieco bardziej nos śmigłowca, by przyspieszyć.
- Wydaje mi się, że zaginiecie „Wilczka” i śmierć Koszyckiego mają wspólny mianownik – kontynuował rozpoczętą kilka minut wcześniej rozmowę, Borkiewicz
- Nie masz na to dowodów – odezwał się Rychter – wiemy tylko tyle, że coś dziwnego zdarzyło się w ostatniej dobie, coś o czym nie mamy na razie pojęcia.
- Czas to zmienić.
- Zrobię wszystko, by tą sprawę rozwiązać.
- Nie Tomek – zrobisz tyle, na ile ci pozwolą zwierzchnicy, a to różnica.
- Myślisz , że jak ty swojego ukatrupiłeś, to nam nowego nie podeślą? – odezwał się do tej chwili cichy Lelosz. – był Koszycki, będzie jakiś inny Koszycki, Kowalski, albo jak mu tam...
- Po mojej rozmowie z generałem, od razu po wypadku „wilczka”, odniosłem takie parszywe wrażenie, że on to robił na czyjś wyraźny rozkaz.
- Kto?? –zdziwił się Rychter – Koszycki?
- No, Koszycki – przywtórzył od niechcenia Borkiewicz
- Wiesz, Jurek, chłopaki mówili mi z jaką miną wtedy do niego wleciałeś – komentował Lelosz – może stary... hhmmm ...świeć Panie nad jego duszą... po prostu się ciebie wystraszył?
- Nie, na pewno nie mnie. Bał się kogoś innego, kogoś wyżej, zresztą, ktoś w tym siedział. Do tej pory nie rozumiem zakazu użycia broni względem naruszycieli w bojowych maszynach. On nie wydałby aż tak głupiego rozkazu, bynajmniej nie na własne widzimisie. Coś tu nie gra. A teraz ta kraksa i ta broń....
Maszyna leciała nisko nad polami, zostawiając za sobą linię lasu. Lelosz często próbował się w lotach koszących. Do tej pory nawet obyło się bez strat załogi i maszyny.
- Możesz trochę wyżej latać? – zapytał podenerwowany Rychter – jakoś lepiej myśli mi się w strefie, niż na kosiaku.
- Papuga, a boi się nisko latać – Lelosz nie pozostawał dłużny.
Ta odpowiedź szczerze rozbawiła Jurka. Lelosz znany był wśród swoich przyjaciół z trzech rzeczy: niskiego latania, ciętego języka i niezliczonych podbojów erotycznych. Każdy coś lubi w życiu zbierać; jedni znaczki w albumach – inni nie swoje kobiety w nie swoich łóżkach. Tyle tylko, ze ta pierwsza pasja nie jestem czasem aż tak niebezpieczna.
- Dobra, nie złość się, bo do reszty posiwiejecie panie majorze.
Rychter na tą zaczepkę słowną nic nie powiedział, nie miał po prostu argumentu. Rzeczywiście siwiał i bardzo się czasem obruszał, gdy któryś z kolegów mu to wypomniał. Oczywiście ta zależność szybko została wychwycona przez innych żołnierzy. Dlatego już teraz nie reagował gwałtownie na wspomnienie o siwiźnie. Lelosz wiedział jednak, że tym razem znów odniósł zwycięstwo. Postanowił wystawić cierpliwość kolegi na następną próbę. Widocznie zakłopotanie prokuratora sprawiało mu sporo frajdy.
- Nie mogę przecież pozwolić na to, żeby nasza pani prokurator była skazana na oglądnie szronku we własnym łóżku.
Rychter spojrzał się z tylnego siedziska dla mechanika, na pilota po lewej stronie. Tamten instynktownie obejrzał się, wiedząc, że ich oczy się spotkają. Wzrok Tomasza Rychtera długo utkwiony był w oczach pilota. Nagle Lelosz zaciągnął owiewkę od hełmu, niczym średniowieczny rycerz zasuwał przyłbicę. Odwrócił się do przodu i roześmiał w głos. Borkiewicz na bocznym siedzeniu również uśmiechnął się.
- Pojebało was do końca. – z lekkim wyrzutem w głosie skwitował Tomek - Stare i głupie konie.
- Ale za to jakie przystojne? – ironicznie podkreślił Lelosz
Na horyzoncie pojawiła się sylwetka masztu radarowego, a niedługo później pozostała część infrastruktury mińskiego lotniska.
* * * * *
Tomasz Rychter. Rocznik siedemdziesiaty. Rodowity warszawiak, po ukończeniu dęblińskiego WSOSP-u, dostał pierwszy przydział do eskadry poznańskich kruków. Latał na migach dziewiętnastych. Tam poznał Borkiewicza. Po kilku latach skończył prawo. Wrócił do Warszawy, gdzie służył najpierw w 103 pułku MSWiA razem z Leloszem, a po kilkunastu miesiącach dostał się do dowództwa WliOP-u jako ichniejszy radca prawny. Pięć lat temu dostał nominację prokuratorską. Tak szybka i błyskotliwa kariera prokuratora-pilota, nie była by możliwa, bez „wsparcia” ze strony rodziny. Rychterowie, to stary prawniczy ród warszawski, którego korzenie sięgają ponoć potopu szwedzkiego. Ojciec Tomasza, Józef – prowadził kancelarię prawniczą w Rembertowie, zaś ciotka Emilia – matka chrzestna Tomasza – była sędziną Sądu Najwyższego. Rychterowie mieli pozycję w światku prawniczym i większość członków klanu korzystała z tego faktu, nie mając najmniejszych skrupułów. Tomek od dzieciństwa przejawiał zdolności nieco odbiegające od prawniczego kanonu. Bardzo lubił prać, zwłaszcza kolegów na podwórku, lub w szkole. Gdy został wyrzucony z kolejnej „dobrej szkoły” warszawskiej, ojciec odchodził od zmysłów. Wstyd i rozgoryczenie – tak najłatwiej opisać co wtedy czuł biedny Józef Rychter. Niesforny Tomasz w wieku szesnastu lat po raz pierwszy zainteresował się samolotem. Właściwie to nie do końca samolotem, tylko córką stewardesy Joanną, która swa urodę odziedziczyła po mamusi. Ale jako, że nie wypadało być kompletnie zielonym w temacie maszyn latających, Tomasz zabrał się do pilnego studiowania budowy Aśki a w międzyczasie również i budowy Iłów i Boeingów. Aśka przeszła mu po dwóch miesiącach a samoloty pozostały na zawsze. Jakie było zdziwienie (ale pozytywne), gdy po skończonej maturze, Tomasz oświadczył wszystkim domownikom, że nazajutrz wyjeżdża do Dęblina na egzaminy. Myślano, że to tylko następna zachcianka „dużego dziecka”, ale po pierwszym , pozytywnie zaliczonym semestrze, Tomasz zdecydowanie spoważniał i wydoroślał. Tak przynajmniej twierdziła jego matka – Anna.
„Wojsko zrobiło z mojego syna odpowiedzialnego mężczyznę” – zawsze powtarzała z dumą w głosie, na co ojciec zwykł dodawać „jeśli to co twierdzisz kochanie sprawdzi się, będziemy świadkami cudu przemienienia”. Poczucie humoru również było u Rychterów dziedziczne.
Tomasz Rychter przybył do eskadry w Mińsku tuż po wypadku zaginięcia „Wliczka”. Co prawda nie znał chłopaka osobiście, ale za to znał jego prowadzącego. W przeszłości prowadził też sprawę utraty przez Borkiewicza samolotu. To był mig 29. Borkiewicz mało nie stracił życia, gdy na dobiegu, po lądowaniu, „nie załapał rewers” i „29” przeorała wojskową ziemię za pasem startowym. Złamał goleń podwozia przedniego, a elementy ogrodzenia rozpruły poszycie skrzydła. Wylewające się paliwo lotnicze zajęło większość samolotu. Z palącego się wraku wyciągnięto , wtedy jeszcze majora Borkiewicza.
--------------------------------------------------------------------------------------
jakoś tak wyszło z tymi anakondami
- marcin1323
- Wyróżniony!

- Posty: 1321
- Rejestracja: 15 sie 2003, 15:21
- gadu: 0
- Lokalizacja: gostynin
-
Maniak89
- marcin1323
- Wyróżniony!

- Posty: 1321
- Rejestracja: 15 sie 2003, 15:21
- gadu: 0
- Lokalizacja: gostynin
medluje sie posłusznieManiak89 pisze:No właśnie wie ktoś może co sie dzieje z MarcinemŚlad po nim zaginął
reasumując - proszę o odroczenie wyroku, obiecuję, że po obronie mojej pracy (15.07) sprawa ruszy z kopyta
--------------------------------------------------------------------------------------
to tak "na otarcie łez
-------------------------------------------------------------------------------------- Tomasz siedział teraz w gabinecie Borkiewicza, wsparty na łokciu. Po przeciwnej stronie biurka piętrzyła się hałda teczek. Zimna kawa i dogaszone papierosy w metalowej popielnicy pełniły rolę zegara. Jeden papieros, to średnio rzecz ujmując kwadrans. Zimna kawa to już prawie godzina. Ile już było tych kaw...? Siedem..., sześć...? Rychter wyraźnie odczuwał skutki przedawkowania kofeiny. Lekko drżące mięśnie na całym ciele oraz wewnątrz niego, zdawały się uciekać od swojego właściciela. Przygaszone do minimum światło dodawało tajemniczego nastroju. „Jak na starych gangsterskich filmidłach” – zaśmiał się do siebie w duchu Rychter – „Brakuje mi tylko prochowca i fajki”. Nagle zza drzwi dobiegł odgłos miarowych kroków, które zbliżały się do pokoju. Tomasz Rychter wyprostował się nieco w fotelu. Nie chciał wyglądać na pijanego. W pewnym momencie odgłosy ustały, dało się jedynie słyszeć pukanie do dzrwi.
- Proszę!
Żółta klamka uległa pod ciężarem ręki. W drzwiach stanął żołnierz służby dyżurnej. Zasalutował sprężyście i wyrzucił prawie jednym tchem:
- Patrol właśnie zameldował , że w oknie pana pułkownika Borkiewicza pali się światło. Sprawdzałem tylko, czy aby nikt się nie włamał, panie majorze.
- Rozumiem. Pułkownik Borkiewicz wie o wszystkim, sam mi to zaproponował.– powiedział Tomasz podnosząc ze stołu okulary w cienkiej drucianej oprawie. – Posiedzę tu jeszcze jakiś czas.
- Tak jest panie majorze! Przepraszam, że przeszkadzałem. Miłej pracy życzę.
- Dziękuję plutonowy
Żołnierz zamknął drzwi. „Posiedzę tu i owszem, ale jak mnie szlag wpierw nie trafi na miejscu...” pomyślał Tomasz jakby kontynuując rozmowę ze strażnikiem. Wziął się za kolejną teczkę ze stosu na biurku. Analizował akta osobowe obecnie zatrudnionych na terenie bazy i eskadry oficerów. Czegoś szukał. Czego? Sam nie wiedział. Sprawdzał wszystkie formalne powiązania i porównywał je z nieformalnymi, przynajmniej z tymi o których miał jakąkolwiek wiedzę. Szukał motywów. Dwóch motywów. Po pierwsze kto i dlaczego zestrzelił samolot? Po drugie skąd jechał generał Koszycki i dlaczego ryzykował życiem, żeby tylko nie złapała go policja? Rychter czuł, że jeżeli znajdzie odpowiedź na obydwa „dlaczego”, znajdzie też sprawców tych nieszczęść. „Znajdź motyw, a sprawca sam się ujawni” – zwykł mawiać profesor Biernacki, akademicki wykładowca Rychtera. Akta, które dotąd przejrzał niczego nowego nie pokazały. „kapitan Y ukończył WSOSP Dęblin w tym i tym roku, z takim i takim nalotem godzin na symulatorach i ileś tam znowu za sterami samolotu...” i tu znowu następowała lista maszyn, które dany wojak pilotował. Wykaz jednostek gdzie służył i poszczególne zapiski w stylu: „za udział w ćwiczeniach X kapitan Y przedstawiony do odznaczenia”. Czasem można było też poczytać o nominacjach na wyższy stopień. Zdarzały się też nagany. Najczęściej jednak dotyczyły techniki lotu. A to komuś się zamarzyło latać pod mostem, a to znowu ktoś inny za nisko poszedł nad budynkami i jakiś nadgorliwy cywil spisał numery boczne. Choć ten drugi przypadek był domeną kontrolerów lotu. Oni w sumie mieli dokładne dane co od miejsca przelotu i poziomu lotu. Jednak ani śladu „brudnych” spraw. Żadnego przemytu, nielegalnego handlu bronią, czy coś podobnego. Najcięższym niewątpliwie przypadkiem, nie licząc ostatnich dwóch, był wypadek Borkiewicza sprzed kilku lat. Jednak po pierwsze to Rychter prowadził to dochodzenie, po drugie trudno było mu się dopatrzyć znamion kryminalnych w tym wypadku. „Po prostu nie zadziałał rewers” - powtarzał sobie w myśli – „poza ewentualnym sabotażem, nic innego nie przychodzi mi do głowy. Ale kto by się tego dopuścił? Nie..., zdecydowanie nie.” Nie ma wyraźnego motywu dla kogokolwiek. To musiało być coś innego. Wypadki z ostatnich godzin raczej nie mają nic wspólnego z tamtym zdarzeniem sprzed dwóch lat. Akta osobowe generała Stanisława Koszyckiego i porucznika Grzegorza Wilka obejrzał już chyba z pięć razy. Nic. Zupełnie nic. „Muszę jutro z rana odwiedzić rodzinę zmarłego” – pomyślał – „może życie prywatne mi coś pomoże?”. O ile w przypadku generała można było mówić o motywach leżących w osobistym życiu, o tyle akcja zestrzelenia „wilczka” kompletnie wykluczała element osobisty. Tam trzeba będzie szukać przyczyny dla jakiej poderwano w ogóle samoloty w powietrze. Z tego co wynika równie dobrze to mógł być każdy inny pilot tej bazy. Trochę niepokoiły go stwierdzenia Borkiewicza, że te sprawy mogą mieć wspólny mianownik. Niepokoiły? Właściwie to dawały do myślenia. Jurek nigdy nie rzucał słów na wiatr. Jeśli coś mówił na głos, to musiał mieć na to twarde dowody. Inna sprawa, że jak szczerze nienawidził Koszyckiego, to tak samo bardzo lubił „Wilczka”. Traktował go prawie jak syna. Przy takich układach nie trudno o emocje.
Jeszcze dwa pety wylądowały w popielnicy, nim zgasło światło w gabinecie pułkownika Borkiewicza. Ten sam żołnierz, który życzył jakiś czas temu Rychterowi miłej pracy, teraz życzył spokojnej nocy. Dokładnie o 2,15 major Tomasz Rychter zamknął drzwi budynku i wsiadł do swojego ciemnoniebieskiego mercedesa SLK. Kilkanaście sekund później, miał już grubo ponad setkę na liczniku. Po przejechaniu bramy wjazdowej do jednostki skierował się w stronę miasta.
- marcin1323
- Wyróżniony!

- Posty: 1321
- Rejestracja: 15 sie 2003, 15:21
- gadu: 0
- Lokalizacja: gostynin
moja Połowica ma jutro ostani egzamin maturalny, a ja walcze z promotorerm, w lipcu mam nadzeje sie bronic.
. na niemoc tworcza nie narzekam
jesli obrnie prace w terminie (koniec lipca) to pewnie cos kolo poowy sierpnia bedzie calutki nastepny rozdzial, ale jak by cos nie tegens (tfu tfu) to nie ma szans na nic tego lata
dwie najwazniejsze kobiety w moim zyciu dopilnuja cobym nie odchodzil od pisania pracy... 
- marcin1323
- Wyróżniony!

- Posty: 1321
- Rejestracja: 15 sie 2003, 15:21
- gadu: 0
- Lokalizacja: gostynin



