Mitologia homo-(post)sovieticus

Tutaj można dyskutowac na różne tematy. Administrator nie odpowiada za treść postów!

Moderatorzy: Sawicz, Xlem, Drzemi

Spoterek
Prawie moderator!
Prawie moderator!
Posty: 2358
Rejestracja: 04 maja 2007, 13:33
gadu: 0
Lokalizacja: EGLL - LHR HEATHROW AIRPORT

Re: Mitologia homo-(post)sovieticus

Post autor: Spoterek »

Tak, rozmowa jest bardzo ważna - tolerowanie argumentów, bez względnych zamętów :wink:

No ale do rzeczy...i o dziwo jak w korzeniach tego tematu - o lotnictwie.

Może trochę w nawiązaniu to cytowanego przez bzika wywiadu z Piotrem Zychowiczem(na początku piątej strony tego tematu)
„Nowe mocarstwo nad Wisłą”

Ktoś czytał???

http://www.altair.com.pl/start-2466

Czyli krótka historia tego, jak dobija się polski przemysł zbrojeniowy, rękami naszych przyjaciół zza wielkiej wody.
Karmienie nowotworu

Co jest najbardziej potrzebne polskiej obronności i lotnictwu wojskowemu? Modernizacja skrajnie zacofanej obrony przeciwlotniczej? Zakup systemów obrony przeciwrakietowej, której w ogóle nie mamy? Bezpilotowce rozpoznawcze różnego zasięgu, bez których polska armia jest ślepa? System szkolenia pilotów i techników lotniczych? Nowe samoloty szkolenia zaawansowanego? Samoloty tankujące, do których posiadania zobowiązaliśmy się wobec NATO? A może – jeśli nie myśleć tylko o lotnictwie – uratowanie Marynarki Wojennej?

Pytania można mnożyć. Ale prawidłowa odpowiedź jest tylko jedna. Najważniejszy dla polskiej obronności i lotnictwa wojskowego okazał się zakup 12 samolotów transportowych Bryza za 635 mln zł. Jakieś dwa razy drożej niż są warte. Dlaczego? Bo ich producentem jest amerykańska spółka PZL w Mielcu. Ta sama, która miała zostać uratowana przed likwidacją dzięki sprzedaży zagranicznemu inwestorowi.
MON już wcześniej sfinansowało Amerykanom ten zakup (patrz SP 3/2007). Teraz resort, już pod nowym kierownictwem, dalej dokłada do obcego interesu. Według różnych szacunków 150–250 mln zł. A może nawet całą kwotę kontraktu. Bo przecież nowe Bryzy nie są tak naprawdę polskiemu lotnictwu wojskowemu w ogóle potrzebne.

MON karmi nowotwór, który niszczy polski przemysł lotniczy i zbrojeniowy. Dlaczego urzędnicy resortu nie wyciągają wniosków z tego co wydarzyło się w Kanadzie, Turcji, Argentynie, Czechach czy Wielkiej Brytanii? Wszędzie tam lokalne przedsiębiorstwa musiały być ratowane przed upadkiem po okresie ścisłej współpracy z USA, a budżety ponosiły ogromne straty, liczone w miliardach dolarów.
Odpowiedź na zadane pytanie jest łatwa, ale na razie nie nadaje się do opublikowania. Możemy jedynie opisać fakty, by ktoś kiedyś nie mógł mówić, że nie wiedział w czym uczestniczył.

JAK TO BYŁO ZE SPRZEDAŻĄ PZL W MIELCU

W związku ze sprzedażą Polsce 48 samolotów F-16 Amerykanie zobowiązali się m.in. do wycenionego na 455 mln USD wsparcia sprzedaży 100 samolotów M28 i 100 M18 produkowanych przez PZL w Mielcu. Amerykanie mieli też partycypować w modernizacji M28 (30 mln USD nominalnie, 57 mln USD brutto, z uwzględnieniem tzw. współczynników offsetowych). Polskie zakłady mogłyby dzięki realizacji tych zobowiązań znakomicie prosperować przez wiele lat. Stało się jednak inaczej.

Amerykanie zamiast szukać nowych klientów zablokowali wcześniej wynegocjowany eksport 10 M28 za 75 mln USD (z czego 15 mln USD stanowiła prowizja) do Indonezji, publikując nieprawdziwe informacje o sprzedaniu podobnej partii samolotów Malezji za... 30 mln USD. Sami zamówili zaledwie jednego M28 green (do wyposażenia), odebranego w listopadzie 2004, do którego PZL w Mielcu dołożyły kilkaset tysięcy dolarów. Komitet Offsetowy zaliczył Lockheed Martinowi aż 50 mln USD za pomoc w certyfikacji Skytrucka w USA, która w praktyce była jedynie formalnością. Przez krótki czas w grę wchodziła produkcja w Mielcu korpusów zasobników rozpoznawczych do F-16, które ostatecznie powstały w Izraelu. Podobnie zresztą jak wiele elementów polskich myśliwców – metalowe struktury usterzenia poziomego, stateczniki poziome, stery kierunku, skrzydła, stery wysokości, zbiorniki konforemne oraz elementy wyposażenia pokładowego.
Finał polsko-amerykańskiej współpracy nastąpił w 2007. PZL w Mielcu sprzedano wówczas Amerykanom wraz z prawami do produkcji M28 (i innych samolotów). Agencja Rozwoju Przemysłu i Ministerstwo Skarbu Państwa poinformowały media, że to bardzo korzystna transakcja, która przyniesie stronie polskiej nawet 300 mln zł. W rzeczywistości spółka została sprzedana za 56,1 mln zł (dodatkowe 9,9 mln zł stanowił depozyt do rozliczenia w ciągu 3 lat). Nowy właściciel miał spowodować spłacenie części zadłużenia wobec ARP równej 16 mln zł, ale ta kwota i reszta zadłużenia (w sumie 52,5 mln zł) pochodziła ze sprzedaży produkowanych właśnie samolotów, w tym 3 M28 dla... polskiego MON (w umowie sprzedaży zawarte było żądanie, by ministerstwo zapłaciło w dniu podpisania kontraktu 74% ceny). Na dodatek ARP w praktyce zrezygnowała ze zwrotu wartej 32 mln zł pożyczki przeznaczonej przez Skarb Państwa na podwyższenie kapitału zakładowego.
Mieleckie zakłady sprzedano bez przetargu zarejestrowanej we Francji United Technology Holdings (UTH), należącej do koncernu United Technology Co. (UTC) – właściciela wytwórni śmigłowcowej Sikorsky. Działający na rzecz UTH przygotowywali przejęcie PZL w Mielcu od dawna, sterując działaniami strony polskiej. Pod ich naciskiem ARP rok wcześniej na kluczowe stanowiska w zarządzie PZL wyznaczyła pracowników WSK PZL Rzeszów, też należącego do UTH. W efekcie wywodzący się z amerykańskiej spółki członkowie zarządu negocjowali kontrakt ze strony polskiej.
Według umowy, PZL w Mielcu do końca 2008 miały rozpocząć wytwarzanie kabin do śmigłowców Black Hawk, w 2012 osiągając zdolność produkcyjną na poziomie 48 sztuk rocznie. Równocześnie spółka ma przygotować się do montażu i testów rocznie 20 śmigłowców S-70I International Black Hawk green, o ile będzie na nie popyt. Amerykanie nie zobowiązali się poza tym prawie do niczego. W ciągu 4 lat mają co prawda zainwestować 45 mln USD, ale blisko połowa tej kwoty ma dotyczyć m.in. trudnego do wyceny oprogramowania, a nawet... zasobów ludzkich spółki Sikorsky.
Kupując PZL w Mielcu Amerykanie liczyli na szybką sprzedaż polskiemu MON swoich śmigłowców. Specjalnie, by ułatwić tę transakcję, ustanowiono Narodowy Program Śmigłowcowy. Zależnie od kolejnych koncepcji, MON i inne ministerstwa miały wydać na ten cel 11, 14, a nawet 25 mld zł. Ile przypadłoby z tego Sikorsky’emu – nie wiadomo. Black Hawk nie za bardzo odpowiada polskim potrzebom, więc realizacja programu była kilka razy odkładana. Konkurenci nie spali. No ale najlepszym sojusznikom trzeba pomóc. Co robić?

KURIOZALNY KONTRAKT

10 grudnia 2008 Departament Zaopatrywania SZ MON zamówił od PZL w Mielcu bez przetargu 12 samolotów transportowych PZL M28B/PT Bryza. W ramach wartej 635 mln zł (czyli 211,7 mln USD) umowy, do 2014 dostarczonych ma być 12 samolotów, z czego 2 w wariancie pasażersko-dyspozycyjnym (VIP), jeden symulator samolotu PZL M28 Bryza, narzędzia i sprzęt niezbędny do eksploatacji samolotów (1 komplet na samolot), częś-ci zamienne (w stosunku 1:5). Dodatkowo przeszkolonych ma być 36 członków załóg Bryz.
Dwa samoloty przewidziane do dostawy w 2009 będą jeszcze w klasycznej konfiguracji, podczas gdy kolejne egzemplarze otrzymają nową awionikę i glass cockpit Rockwell Collinsa oraz kompleksowy system samoobrony (stacje ostrzegania przed opromieniowaniem wiązką radarową Thalesa, o odpaleniu pocisków rakietowych MILDS od EADS, wyrzutnie pułapek ALE-47), której sercem ma być system duńskiej spółki Terma. Próby samolotu w nowej konfiguracji realizowane mają być w 2009. Dostawa planowana jest na kwiecień 2004.
W ramach offsetu wynegocjowanego przez Rockwell Collinsa (wartość dostaw – 21 mln USD, wartość offsetu – 31 mln USD), Pratt & Whitney Canada (wartość dostaw – 18 mln USD, wartość offsetu – 25,5 mln USD) i Termę (wartość dostaw – 14,5 mln USD, wartość offsetu – 15,7 mln USD), Radmor ma otrzymać wsparcie w związku ze zwiększeniem możliwości doręcznych radiostacji R3505 (ze szczególnym uwzględnieniem dalszego pogłębienia jej zgodności z koncepcją radiostacji programowalnych), ITWL ma otrzymać dostęp do technologii i urządzeń pozwalających na implementację protokołu przesyłania danych Link 16, WZL-2 w Bydgoszczy ma budować możliwości serwisu radiostacji lotniczych Rockwell Collins AN/ARC-210/TALON, PIT ma uzyskać technologie systemu ostrzegania radarowego, a Instytut Lotnictwa ma prowadzić badania wycenione na 25,5 mln USD. To ostatnie nie jest niespodzianką, bo ILot wspomaga działania amerykańskie w Polsce od początku.
Oczywiście wśród offsetobiorców są też amerykańskie przedsiębiorstwa w Polsce – WSK PZL Rzeszów, PW Kalisz i ETC-PZL Aerospace Industries. To patologia tolerowana od początku funkcjonowania offsetu w naszym kraju, która nie ma nic wspólnego z realnym offsetem wymuszanym przez państwa rzeczywiście dbające o swe interesy.

MON KARMI NOWOTWÓR

Tyle suche fakty o samym kontrakcie. Ale to nie wszystko. Warto bowiem w tym miejscu przypomnieć, że kontrakt z 2001 na zakup 8 samolotów CASA C295M był wart... 212 mln USD. Tym-czasem C295M ma udźwig 9,5 t, a M28 tylko 2,3 t. Możliwości obu samolotów są zupełnie nieporównywalne.
W ramach offsetu związanego z zakupem samolotów F-16 Amerykanie nie chcieli płacić za M28 więcej niż 5 mln USD, a w ramach wynegocjowanej, lecz zablokowanej przez Amerykanów umowy z Indonezją, M28 miał kosztować 6 mln USD. Cena, którą zapłaci MON amerykańskiej spółce jest blisko 3 razy wyższa.
Jakby tego było mało, MON zobowiązało się zapłacić do końca 2009 wysoką zaliczkę. Pierwotnie miała ona wynosić 40% wartości kontraktu – 254 mln zł (!). Gdy w mediach pojawiły się informacje o aferze, wielkość zaliczki dwukrotnie zmniejszano – najpierw do ok. 30%, a ostatecznie do 25%, czyli blisko 160 mln zł. Oznacza to, że MON zamierza sfinansować prawie 2 lata działalności zagranicznej spółki. Gdy PZL w Mielcu pozostawały w polskich rękach nigdy nie otrzymały z MON porównywalnej kwoty, tym bardziej w charakterze zaliczki.
Przed sprzedażą obroty PZL w Mielcu wynosiły ok. 100 mln zł. Dane dotyczące obecnych wyników nie są dostępne. Według nieoficjalnych informacji, sprzedaż w 2007, już po prywatyzacji, utrzymała się na podobnym poziomie, a spółka przyniosła ponad 30 mln zł straty.

POD DYKTANDO, BEZ PLANU, ZA PIENIĄDZE PODATNIKÓW

W przygotowaniu transakcji brało udział wielu amerykańskich lobbystów. Trzej członkowie zarządu PZL w Mielcu, którzy uczestniczyli w przygotowaniu umowy sprzedaży spółki koncernowi United Technology Corp. (poprzez spółkę zależną United Technology Holding), a w ub.r. negocjowali umowę z MON, byli wcześ-niej pracownikami innej wytwórni należącej do UTC – WSK PZL Rzeszów. Dyrektor Departamentu Programów Offsetowych, Hubert Królikowski, pracował w spółce CEC Government Relations, lobbującej na rzecz zakupu samolotów F-16 (jego szefem był inny amerykański lobbysta – Marek Matraszek), a niedawny szef oddziału lotniczego Departamentu Zaopatrywania SZ MON, Ryszard Barański, pracuje obecnie dla PZL w Mielcu. Najważniejszym lobbystą UTC w Polsce pozostaje Alon Redlich, który uczestniczył w przygotowaniu obu prywatyzacji – WSK PZL Rzeszów i PZL w Mielcu.
MON twierdzi, że kupowane właśnie M28 mają być używane m.in. do szkolenia (według programu Sił Powietrznych aż 9 samolotów tego typu, co jest kuriozalne ze względu na koszty szkolenia na tak dużych samolotach i ogólną liczbę posiadanych samolotów transportowych). Tymczasem na tych samolotach ma być instalowana awionika Rockwell Collinsa (dostawcy awioniki do śmigłowców Black Hawk...), podczas gdy na najpopularniejszych w SP samolotach transportowych CASA C-295M (docelowo miało ich być 16, niedawno minister obrony poinformował o rezygnacji z zakupu kolejnych samolotów tego typu) znajduje się awionika Thalesa. Oferta Thalesa na dostawę awioniki dla nowych Bryz nie została w ogóle wzięta pod uwagę...
Minister Bogdan Klich twierdzi, że zakup Bryz jest zgodny z Programem rozwoju SZ RP na lata 2009–2018. Być może te samoloty wpisano do tego dokumentu już po podjęciu decyzji o zakupie. W każdym razie w Informacji o projekcie budżetu MON na rok 2009 przygotowanym przez Departament Budżetowy dla posłów i senatorów nie ma takiej pozycji...
W MON z powodu braku planowania, zawierania umów w ostatniej chwili i omijania przepisów, od lat pod koniec roku finansowego wydawane są kwoty bliskie nawet połowie funduszy na wydatki majątkowe. Kontrakt dotyczący M28 to kontynuacja tego zwyczaju. Pod pozorem realizowania tzw. pilnych potrzeb operacyjnych (w ostatnich latach usprawiedliwieniem są misje zagraniczne) resort obrony często rezygnuje z przetargów, a zakupy dokonywane są uznaniowo. Wszystko to dzieje się w sytuacji, gdy brakuje pieniędzy na programy realizowane przez polskie przedsiębiorstwa (choćby korweta dla pogrążającej się w coraz większym kryzysie MW), albo na naprawdę ważne inwestycje (np. obrona przeciwlotnicza). Marnowanie pieniędzy jest skrywane za zasłoną tajemnicy, bo nie są publikowane kompletne i szczegółowe dane dotyczące wydatków resortu, z ilościami i cenami kupowanego sprzętu.

KRYZYS NA RATUNEK?

Jak długo potrwa taka sytuacja? Obok publikujemy historie kilku przypadków podobnych do tego, który rozgrywa się na naszych oczach. Argentyńczykom, Czechom i Turkom częściowe wydostanie się z uścisku sojuszników zajęło kilka, kilkanaście lat. Podobnie było wcześ-niej w Wielkiej Brytanii. Ale są też przypadki bezpowrotnej likwidacji rodzimego przemysłu lotniczego pod dyktando USA. Tak było choćby w Kanadzie.
Może Polsce pomoże kryzys w Stanach Zjednoczonych, może uczestnictwo w Unii Europejskiej, może brak pieniędzy w kasie MON. A może nie mamy żadnych szans? Pożyjemy, zobaczymy. I powalczymy.
Obrazek
Awatar użytkownika
bzik
Wyróżniony!
Wyróżniony!
Posty: 1826
Rejestracja: 07 cze 2005, 15:19
gadu: 0
Lokalizacja: Poznań
Kontakt:

Re: Mitologia homo-(post)sovieticus

Post autor: bzik »

Małe sprostowanie - przywołany wywiad był przeprowadzony z Georgem Friedmanem a nie Piotrem Zychowiczem. Ten drugi wywiad przeprowadzał.

Co do meritum - Altair od lat zajmuje się tropieniem spisków, ostatni spisek jaki wytropili "śledczy" tego wydawnictwa to rzekoma afera wokół przetargu na śmigłowce dla LPR. Jak wiadomo, Altair uważa, że zwycięstwo Eurocoptera to spisek i granda. Oczywiście nie widzi nic niestosownego w tym, że od lat żywi się reklamami konkurenta - Agusty Westland. Jeśli wiarygodność w tym temacie jest podobna to dziękuję, mam już swoje zdanie nt. altairowych intencji.
http://www.krzesiny.org.pl" onclick="window.open(this.href);return false;
Spoterek
Prawie moderator!
Prawie moderator!
Posty: 2358
Rejestracja: 04 maja 2007, 13:33
gadu: 0
Lokalizacja: EGLL - LHR HEATHROW AIRPORT

Re: Mitologia homo-(post)sovieticus

Post autor: Spoterek »

Dziękuję za sprostowanie.
Nic innego jak tylko układy, na które nie ma rady.
Najzabawniejsze jest to, że każdy widzi inne fakty.
Pożyjemy zobaczymy. Mam nadzieję, że jeszcze za Naszego życia dowiemy się co było rzeczywiście dobre w tym całym układzie.
Obrazek
Awatar użytkownika
bzik
Wyróżniony!
Wyróżniony!
Posty: 1826
Rejestracja: 07 cze 2005, 15:19
gadu: 0
Lokalizacja: Poznań
Kontakt:

Re: Mitologia homo-(post)sovieticus

Post autor: bzik »

Odświeżę temat. Skoro rozmawiamy tu również o naradowoych cechach i ich skutkach pozwolę sobie przytoczyć ciekawy tekst w dzisiejszej Rzepie. Sporo czytania, ale może ktoś zechce poczytać... i podumać ;)



Polska we własnym pokoju
Bartłomiej Kachniarz 07-03-2009

Narody zachodnioeuropejskie zdołały przeskoczyć w nowoczesność bez utraty swoich cech szczególnych. A jedyną tradycją, do której my możemy się dziś odwołać, jest sarmatyzm

Szeroko znany jest bon mot Jerzego Giedroycia o tym, że Polską rządzą dwie trumny: Józefa Piłsudskiego i Romana Dmowskiego. Jest on prawdziwy, ale tylko częściowo. Trumny Piłsudskiego i Dmowskiego to trumny ważne dla XX wieku, ale z perspektywy całych dziejów Rzeczypospolitej odzwierciedlają większe, bardziej fundamentalne tendencje.

Te tendencje można przedstawić również w postaci dwóch trumien. Ich lokatorami są Jan Zamoyski i Stanisław Kostka Potocki. W każdym z nich jak w soczewce skupia się pewien sposób myślenia o Polsce, do dziś ważny i aktualny.


Swojskość i pludractwo

Myślenie Zamoyskiego można by określić jako swojskie, własne lub niezależne. To oparcie się w polityce i myśli ustrojowej na rozwiązaniach stworzonych przez Polaków dla Polaków, z ewentualnymi zapożyczeniami ze wspólnej skarbnicy europejskiej, czyli Grecji i Rzymu – choć kto rozstrzygnie, czy mamy do czynienia z naśladownictwem czy zbieżnością wynikającą z czerpania ze wspólnych źródeł. O myśleniu Zamoyskiego możemy powiedzieć, że polega przede wszystkim na samosterowności.

Sposób myślenia Potockiego XVIII-wieczni Sarmaci nazwaliby pludractwem, czyli ślepym naśladownictwem wzorów i mód z Zachodu. Słowo to wzięło się z odrzucenia stroju narodowego – kontusza – i zastąpienia go spodniami, czyli właśnie pludrami. Potocki też jest patriotą polskim, jego patriotyzm jest jednak inny, taki, który mówi: „zmieńmy się, żeby przetrwać”, „wzorujmy się na innych”. Pludrak usiłuje dopasować się do otoczenia zewnętrznego tak, by nie powodować konfliktu; nie ma potrzeby domagania się, by to otoczenie zaakceptowało go takim, jaki jest. Nie oznacza to, że nie kocha ojczyzny – co najwyżej, że kocha ją nieco inaczej. Myśląc o naszym archetypicznym pludraku, nie zapominajmy, że w swym wilanowskim pałacu urządził wystawę właśnie ku czci Jana III.

Śmiem twierdzić, że spór swojskości i pludractwa pozwala opisać całą nowożytną historię polityczną Polski. Szczególnie dobrze widać to na przykładzie historii XX-wiecznej, gdzie „trumna Piłsudskiego” wpisuje się w nurt niezależny, a „trumna Dmowskiego” – paradoksalnie! – w nurt pludractwa.

Wzorem dla Piłsudskiego byli bowiem powstańcy styczniowi i „dawne bohatery” Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Dmowski w „Myślach nowoczesnego Polaka” odrzucał właściwie całe dziedzictwo polskiej tradycji politycznej – chciał budować nowe, opierając się na wzorach zachodnioeuropejskich. Nawet antysemityzm, w Polsce nigdy na szerszą skalę nieznany, wynikał u Dmowskiego z zaprowadzania u nas standardów europejskich (ówczesnych, choć i dziś Państwo Izrael ma w Polsce poparcie dla swoich bojów z Hamasem, a synagogi płoną raczej we Francji, Szwajcarii czy Wielkiej Brytanii). Piłsudski chciał budować federację dawnych narodów Rzeczypospolitej, Dmowski – budować nowoczesne państwo narodowe, jak na Zachodzie.


Nieudane przeszczepy

W czym problem? Dlaczego czerpanie wzorów z państw, którym w historii ewidentnie udało się lepiej niż nam, miałoby być złe? Otóż problemem jest to, że naród polski od trzystu lat nie może ułożyć sobie życia po swojemu. Od śmierci Jana III Sobieskiego (1696) nie ma w Europie znaczenia militarnego. Od wielkiej wojny północnej (1700

– 1721) utracił zdolność decydowania o losach państwa. Od rozbiorów (1772 – 1793 – 1795) stracił nawet fasadę własnej państwowości.

Nawet okres międzywojenny można uznać za państwo o ustroju w pewnym sensie obcym. Zbudowano je nie według własnego wzorca, ale w oparciu o rozwiązania francuskie, z których konstytucja z 17 marca 1921 r. ewidentnie czerpała. Konstytucji obecnej, z 2 kwietnia 1997, najbliżej jest do tego samego wzorca, stworzonego przez Francuzów dla Francuzów.

Wydaje się, że z jakiejś trudnej do uchwycenia przyczyny, nazwijmy ją duchem narodowym, nie jest łatwo jednej społeczności przyjąć rozwiązania ustrojowe wypracowane przez inną społeczność. Przekonała się o tym Ameryka Południowa, która w XIX w. uchwaliła niejedną piękną konstytucję. Mimo to tamtejsze państwa żyły w ciągłym chaosie, a ich historia naznaczona jest niezliczonymi zamachami stanu i rządami wojskowych junt.

Podobne zjawisko nastąpiło w latach 60., w okresie dekolonizacji. Mocarstwa europejskie, zwłaszcza Francja, opuszczając swe dawne kolonie, pozostawiały im w spadku prawdziwe konstytucyjne cacka – niestety nieprzestrzegane. Trudność przyjęcia form prawnych i ustrojowych z zewnątrz legła u podstaw porażki we wprowadzaniu demokracji typu zachodniego w Iraku. Sytuacja całkowicie odmienna jest w Anglii, która formalnie nie ma konstytucji, lecz cały gąszcz ustaw regulujących ten czy inny aspekt ustroju – a mimo to rządy należą do najstabilniejszych na świecie.

Podobnie było w Polsce przedrozbiorowej, w której prawo nie było w żaden sposób narzucane; wyrastało z przekonań obywateli i wspólnej decyzji, w której – dzięki liberum veto – nikt nie był wykluczony, nikt nie był przegłosowany czy zmarginalizowany. Pomimo powszechnie znanego problemu słabości staropolskiej egzekutywy prawo było co do zasady przestrzegane, bo uznawane było za dobre, słuszne i sprawiedliwe. I własne.

Piękny – choć niewątpliwie wyidealizowany – obraz tego dobrowolnego przestrzegania prawa daje Henryk Rzewuski, pisząc w „Pamiątkach Soplicy”: „Po odbytych inkwizycjach, po wysłuchaniu świadków, po roztrząśnieniu dowodów i odwodów zbrodnia okazała się tak jasna, że nie było sposobu mitygować ostrości prawa. Pan Baworowski osądził pana Leszczyca na gardło. Ale po ogłoszeniu dekretu pan Leszczyc umknął, jak się potem okazało, na Węgry i śladu o sobie nie zostawił”. Mimo to jednak po latach „pokazuje się człowiek już w wieku podeszłym i stawi się przed nim, przyznając się, iż jest tym samym Leszczycem na śmierć przez Jego ojca dekretowanym, że nigdy mól serca gryźć mu nie przestał, że gardził prawem ojczystym i od wyroku się uchylał, że nie mogąc dłużej znieść swojego stanu, przychodzi dopełnić wyrok, że prosi tylko, aby o duszy jego nie zapomnieli. Jakoż najprzykładniej wyspowiadawszy się po kilkakrotnie, bo nikt jego, jak za granicą, do śmierci nie naglił, ciało i krew Pańską przyjąwszy i cały tydzień jedynie z Bogiem za pośrednictwem kapłana obcując, a to w dworku otwartym, z którego mógłby wyjść, gdzie by mu się podobało, bo warty nie było – przyszedł do grodu, oświadczając się, że jest gotowym, i w asystencji księdza poszedł na rynek, na którym kat już go czekał”.


Polskość z wyboru

Nie ma dziś takiego ideału. Nie chodzi o to, że nie ma go w praktyce. Problem polega na tym, że nie ma go nawet w teorii. Brak dziś przekonania, że prawo państwowe jest nasze i że przestrzeganie go jest konieczne.

Należy tu poczynić ważne zastrzeżenie: „swojskość” państwa żadną miarą nie oznacza jego zamknięcia na przybyszów, na obcoplemieńców. W Rzeczypospolitej, która dwa narody miała w nazwie, widać to szczególnie jasno. Polska zawsze przyjmowała imigrantów, którzy chcieli włączyć się w jej życie, przyjąć jej reguły społeczne i stać się obywatelami. Paradoksalnie, pod tym względem najpotężniejsza była chyba w wieku XIX, kiedy to polskość mimo braku własnego państwa okazała się atrakcyjna dla niezliczonych Niemców, Rosjan, Żydów, a także Francuzów, Włochów, Szkotów czy Ormian.

Nie jest to kwestia krwi – pastor Zygmut Michelis, Niemiec z pochodzenia, rzucił swoim oprawcom w Sachsenhausen: „Jeśli nawet w moich żyłach choćby odrobina krwi niemieckiej była, to już dawno wasze pluskwy ją wypiły!”. Decyduje wola identyfikacji ze społecznością. Wolę tę zamanifestowali ludzie tacy jak Wincenty Pol, syn Niemca Franciszka Ksawerego Pohla i Francuzki (przyznajmy, że z rodziny już od stu lat spolonizowanej) Eleonory Longchamps de Berier. Franciszek pracował w austriackiej administracji Lwowa, Wincenty poszedł do powstania listopadowego, a powstanie styczniowe uczcił pieśnią o tym, jak „poszli nasi w bój bez broni”.

Wielu jednak Niemców po prostu nie chciało się włączyć w życie polskie. Zdarzały się całe wsie, gdzie potomkowie niemieckich osadników ponad sto lat zachowywali łączność kulturową i gospodarczą z dawną ojczyzną, nawet drobiazgi sprowadzając z Berlina. Polskość nie jest więc kwestią pochodzenia. To kwestia wyboru.

Dlaczego wciąż nie czujemy się w Polsce u siebie? Celnie streścił problem Andrzej Bobkowski, pisząc o narodzie, „który wynajął sobie w Europie pokój przechodni i przez dziesięć wieków usiłuje urządzić się w nim z wszelkimi wygodami i ze złudzeniem pokoju z osobnym wejściem, wyczerpując całą swoją energię w kłótniach i walkach z przechodzącymi. Jak myśleć o urządzeniu tego pokoju ładnymi meblami, bibelotami, serwantkami, gdy błocą ciągle podłogę, rozbijają i obtłukują przedmioty? To nie jest życie – to ciągła tymczasowość życia motyla i dlatego w charakterze naszym jest może tyle cech przypominających tego owada. Jakim cudem mamy być mrówkami?”.


50 lat spokoju

Jak dojść ze stanu dzisiejszego do takiego, w którym my, Polacy, będziemy się czuli w swoim państwie na miejscu? I żebyśmy mogli poczuć, że jest nasze? Stosunkowo prosto: wystarczy 50 lat spokoju, 50 lat bez wojny, okupacji, mordowania elit i wyburzania miast. Z niezwykłą jasnością pisze o tym Seweryn Czetwertyński we wstępie do wspomnień swego ojca, Włodzimierza: „Wielkie przemiany społeczne, które przez wiek 19-ty przerobiły narody zachodu Europy i wytworzyły inny gatunek ludzi od tego, jakim był poprzednio, zachowując narodowego ducha, a dając mu inną moc, dokonały tej pracy wewnętrznej nad sobą przez ciąg dwóch i nawet trzech pokoleń. Jeżeli praca ta osiągnęła istotny skutek, to właśnie dla tej przyczyny, że przyjęły w niej udział, udział nieprzerwany, trzy pokolenia”.

Warto na moment zatrzymać się nad tą myślą – poszczególne narody zachodnioeuropejskie zdołały przeskoczyć w nowoczesność bez utraty swoich cech szczególnych, swojej swojskości. Ten kluczowy fakt bywał – i nadal bywa! – niezrozumiany. Szczególnie dobrze to niezrozumienie widać u Henryka Rzewuskiego w „Listopadzie”. Powieść ta to manifest bezrefleksyjnego przywiązania do naszego swojskiego ancien regime’u. Co więcej, Rzewuski jest chwalcą bezrefleksyjności Polski przedrozbiorowej – i tu błądzi. Bo nie chodzi o to, by kurczowo trzymać się starych zwyczajów i dawnego stylu życia. Chodzi o to właśnie, by zmienić to, co zewnętrzne; zostając sobą, poddać organizację społeczeństwa i gospodarki krytycznej analizie.

Myśl księcia Czetwertyńskiego to manifest potrzeby elementarnej ciągłości: „W Polsce od długich wieków każde nowe pokolenie szło w świat bez rodzica (…) Przeto nic dziwnego, że budować chce od podstaw, chce przebudowy (…) nie odczuwa w sobie żadnego spadku, nie odczuwa wyposażenia w dorobek polityczny, w dorobek myślowy poprzedzających pokoleń, nie przyznaje się, a nawet wypiera spuścizny po ojcach – a czyni to dlatego, że są to tylko doświadczenia, a nie zdobycze, że są to klęski, a nie zwycięstwa, że są to zawody, ofiary krwawe, ale bezpłodne”.

Jakże chciałoby się, by ta diagnoza wreszcie okazała się nieaktualna. Niestety, 45 lat względnej stabilizacji PRL to też przede wszystkim doświadczenia. Może więc ostatnie dwudziestolecie jest chociaż początkiem twórczej pracy wewnętrznej? Zapewne tak, choć na razie wyniki nie są jeszcze – miejmy nadzieję – ostateczne. Powstało jednak w miarę przyzwoite państwo, funkcjonuje w nim w miarę normalna gospodarka.

Oczywiście żadną miarą nie oznacza to, że dwa czy trzy pokolenia żyjące w pokoju i stabilizacji skazane są na sukces. W końcu wady dziedziczą się łatwiej niż zalety. Nie wiadomo też, czy nie jesteśmy po prostu spóźnieni i czy to spóźnienie da się w ogóle odpracować.

Przy wszystkich zastrzeżeniach, jakie możemy mieć do dzisiejszej Polski, wydaje się, że duch polski po raz pierwszy od dwustu lat – z międzywojennym interludium – może wreszcie na nowo wcielić się w materię i zacząć ją formować. Bo przecież „duch” nie może istnieć bez swojej „materii” – byłby wówczas upiorem.


Zrozumieć sarmatyzm

Jedyną tradycją, do której możemy się w Polsce odwoływać, jest sarmatyzm. W XXI w. zabrzmi to oczywiście dziwnie, bo sarmatyzm kojarzy się głównie z efektownym sztafażem – z karabelami, słuckimi pasami i sumiastym wąsem. Co gorsza, na poziomie edukacji historycznej nie wiadomo dlaczego i po co wpaja się dzieciom przede wszystkim negatywne stereotypy warchołów i pijaków. Trauma rozbiorów spowodowała, że na dawną Rzeczpospolitą patrzy się z perspektywy jej upadku.

Tymczasem warto zadać sobie pytanie – w którym z państw wolelibyśmy żyć? W zmilitaryzowanych monarchiach absolutnych Prus lub Austrii czy może w rosyjskiej despotii? Może jednak w państwie respektującym swobody obywateli, z minimalną biurokracją i tradycją oddolnego szacunku dla prawa? Dzisiejsze państwa Europy Zachodniej bardziej podobne są do dawnej Rzeczypospolitej niż do siebie samych w tamtym okresie. Z tą może różnicą, że polski król był wówczas wybierany przez obywateli, a zachodnie monarchie do dziś są dziedziczne.

Potrzebna jest poważna praca nad zrozumieniem dawnego ustroju Rzeczypospolitej. Potrzebna jest analiza i zrozumienie publicystyki politycznej i społecznej XVI i XVII w. Są to bowiem ostatnie chwile, kiedy polski duch funkcjonował naturalnie w polskim ciele. Potrafił wytworzyć swoiste i niezwykle interesujące formy ustrojowe.

W polityce i w kulturze nie ma jednokierunkowego rozwoju, jaki jest oczywistością w gospodarce i nauce. Każde pokolenie musi samo zmierzyć się z kwestiami organizacji państwa i społeczeństwa. Oznacza to, że sama dawność sarmackich rozwiązań nie jest racjonalnym powodem, żeby je odrzucać. Rzeczpospolita była pierwszą w nowożytnej historii republiką wielkoobszarową i wielkomocarstwową. Warto się zastanowić, co dało jej tę wielkość – i postarać się wrócić do najlepszych wzorów, jakie nam zostały.

Autor jest prawnikiem, publicystą „Frondy”, redaktorem naczelnym polskiej edycji „First Things”.

http://www.rp.pl/artykul/259870,272852_ ... okoju.html" onclick="window.open(this.href);return false;
http://www.krzesiny.org.pl" onclick="window.open(this.href);return false;
Spoterek
Prawie moderator!
Prawie moderator!
Posty: 2358
Rejestracja: 04 maja 2007, 13:33
gadu: 0
Lokalizacja: EGLL - LHR HEATHROW AIRPORT

Re: Mitologia homo-(post)sovieticus

Post autor: Spoterek »

Ciekawe to bziku. Miło poczytać, będąc tak daleko, o rzeczach tak bliskich...
Witaj ponownie po krótkiej prestałce. :wink:
Już tak na spokojnie. Dym opadł, rany się zagoiły...

Skoro o narodach. To i ja dorzucę swoje dwa grosze...

„Dla wielu brytyjskich uczniów w wieku od 11 do 16 lat - Auschwitz kojarzy się z marką piwa lub krajem graniczącym z Niemcami. Jedna czwarta nie wie, co się działo w obozach zagłady - wynika z najnowszych badań.

Badanie przeprowadzono na ponad tysiącu uczniów szkół brytyjskich w klasach ponadpodstawowych, poprzedzających tzw. małą maturę. Wyniki wykazały szokujący brak wiedzy o niemieckich zbrodniach z okresu II wojny światowej.

Okazało się m.in., że 60% brytyjskich uczniów nie wie, co to było "ostateczne rozwiązanie". Co piąty uczeń uważa, że były to negocjacje pokojowe prowadzące do zakończenia działań wojennych. Co dziesiąty nie potrafi skojarzyć terminu Auschwitz z obozem zagłady. Część uważa, że to państwo graniczące z Niemcami, kolejni - marka piwa, a jeszcze innym kojarzy się festiwalem religijnym lub rodzajem chleba.”


„Nowe dowody, które ostatnio wyszły na jaw w Polsce, sugerują, iż Wielka Brytania wiedziała o planie wyzwolenia obozu zagłady w Auschwitz, który opracował rotmistrz Witold Pilecki - pisze na łamach wydania dziennika "The Times" Ben Macintyre.

Pilecki działał w ruchu oporu i w porozumieniu z nim zaaranżował we wrześniu 1940 roku swoje aresztowanie przez Niemców, by zostać zesłanym do Auschwitz i organizować tam konspirację. O panujących tam warunkach i istnieniu komór gazowych informował władze AK, które przekazywały wiadomości do Londynu.

Pilecki przygotowywał różne wersje planu wyzwolenia Auschwitz, w tym takie, które zakładały współudział aliantów (taktyczne zbombardowanie zewnętrznego ogrodzenia lub desant spadochronowy polskiej brygady), ale gdy zorientował się, że są nierealne, po 2,5 roku zbiegł wraz z trzema towarzyszami po obezwładnieniu strażników.
Walczył następnie w Powstaniu Warszawskim, był w obozie niemieckim. Wstąpił do Polskich Sił Zbrojnych, ale wrócił do Polski, by informować Zachód o sowietyzacji kraju. Po aresztowaniu go przez stalinowskie władze został skazany na śmierć w sfingowanym procesie.

Jak pisze Macintyre, brytyjski premier Winston Churchill stosunkowo wcześnie wiedział o akcji zagłady Żydów i poparł plan zbombardowania Auschwitz przez RAF, o czym świadczą jego słowa wypowiedziane w rozmowie z szefem MSZ Anthonym Edenem. Jednak plan nigdy nie został zrealizowany.

Wprawdzie w okolicy bombardowano różne obiekty wojskowe, ponieważ obszar ten był w zasięgu alianckich bombowców, ale nigdy nie zaatakowano torów kolejowych, po których jeździły pociągi transportujące ludzi.

"Obrońcy Churchilla wskazują, iż jego rozkazy ugrzęzły w biurokratycznej machinie rządu, która desperacko koncentrowała się na wygraniu wojny z użyciem środków wojskowych. Decyzja zaniechania bombardowań Auschwitz została najwyraźniej podjęta z "powodów operacyjnych", których nigdy zadowalająco nie wyjaśniono" - zauważył Macintyre.

Oficjalny biograf Churchilla Martin Gilbert twierdzi, że Churchill dowiedział się o tym, co działo się w Auschwitz dopiero w lipcu 1944 roku, gdy poinformowano go o tym, iż do obozu trafia 12 tysięcy węgierskich Żydów dziennie.

Macintyre stwierdza, że "w odróżnieniu od innych polityków, Churchill był konsekwentnym obrońcą Żydów i jednym z niewielu mężów stanu, którzy mieli świadomość ogromu holokaustu" (O zagładzie Żydów był informowany m. in. przez wywiad MI6 i polskie władze za pośrednictwem AK i kurierów - PAP).

"Życie i śmierć Pileckiego muszą napawać głębokim wstydem Brytyjczyków i zachodnich aliantów, którzy przymknęli oczy na polityczne ambicje Stalina, a wcześniej na holokaust. Zdrada Polski przez brytyjskie MSZ jest najczarniejszym rozdziałem w historii tego resortu, nawet jeśli była strategiczną koniecznością" - cytuje "Times", w innym artykule, historyka Michaela R.D. Foota.”


Nie uważam, że oni są źli czy dobrzy. Są inni, jak wszyscy...
Nie potępiam ich zdrady i dwulicowości.
Ale przyjaciółmi nigdy nie będą...
Obrazek
Spoterek
Prawie moderator!
Prawie moderator!
Posty: 2358
Rejestracja: 04 maja 2007, 13:33
gadu: 0
Lokalizacja: EGLL - LHR HEATHROW AIRPORT

Re: Mitologia homo-(post)sovieticus

Post autor: Spoterek »

DLA BZIKA:

Przewodniczący Episkopatu Polski arcybiskup Józef Michalik powiedział podczas nocnej pasterki w Archikatedrze w Przemyślu (Podkarpackie), że obecnie jesteśmy świadkami, jak współczesny świat stara się wyeliminować krzyż.

Przypomniał głośną sprawę procesu w Strasburgu, dotyczącego zdjęcia krzyża we włoskiej szkole.

- Powstała wielka awantura w Europie. Wiele państw europejskich, nawet Rosja, złożyło protest do Europy, że eliminowanie tego judeochrześcijańskiego etapu z historii Europy jest barbarzyństwem, jest cofaniem się, jest kłamstwem historycznym, że tak jak wszystkie inne wyznania do swego symbolu, chrześcijanie mają prawo do krzyża - powiedział. Podkreślił, że "Polska nie postawiła się wśród tych dziesięciu, broniących prawa do obecności krzyża na ścianach szkół czy urzędów".

Rosja to ogromne pokłady duchowości... Tam jest najwięcej Chrystusów współczesnych czasów...
Obrazek
ODPOWIEDZ