Kółko miłośników MiG-21

Tematy poświęcone konkretnym statkom powietrznym.

Moderatorzy: Sawicz, Xlem, Drzemi

Awatar użytkownika
Javorek
Wyróżniony!
Wyróżniony!
Posty: 1007
Rejestracja: 07 lut 2008, 08:14
gadu: 13314843
Lokalizacja: EPMM

Re: Kółko miłośników MiG-21

Post autor: Javorek »

Tornada były chyba pare razy np. w 2001 :wink:
Obrazek
Awatar użytkownika
Sawicz
Prawie moderator!
Prawie moderator!
Posty: 5800
Rejestracja: 20 wrz 2007, 17:19
gadu: 0

Re: Kółko miłośników MiG-21

Post autor: Sawicz »

http://www.pilot.skarb.telsat.wroc.pl/c06.htm" onclick="window.open(this.href);return false;
W czerwcu 1964 zostałem wysłany na przeszkolenie do Modlina na Mig-21. Pułk miał otrzymać dwudziestepierwsze i moja eskadra została wyznaczona jako pierwsza do latania na nich. Skierowanie na kurs przyjąłem z mieszanymi uczuciami. Początkowo byłem trochę zaskoczony tą decyzją, czyżby Paździor zapomniał o "incydencie", ale szybko zrozumiałem, że podjęto ją nie w celu uatrakcyjnienia mi żywota, ale z czystej kalkulacji. Potrzeba było bardzo dobrego pilota, nie chorującego, silnego, który po kursie mógłby przeszkolić eskadrę. Spełniałem te warunki, a do tego byłem jeszcze dowódcą wytypowanego pododdziału.
Moje wątpliwości były jednak innej natury. Zastanawiałem się, czy w ogóle powinienem jechać na ten kurs. Za rok miałem skończyć piętnasty rok służby i zgodnie z postanowieniem powinienem zwolnić się z wojska. W tej sytuacji wyjazd na kurs wydawał mi się nieuczciwym. Ale nie mogłem powiedzieć szczerze: nie chcę się przeszkalać, narażać wojska na koszty, bo mam zamiar się zwolnić, itd. Bowiem wówczas w wojsku pragmatyka przewidywała w zasadzie dwie rodzaje zwolnienia ze służby zawodowej: dyscyplinarne, zazwyczaj połączone z degradacją, i ze względów zdrowotnych. Nie mogłem się zdradzić się przedwcześnie, bo wobec wyraźnej wrogości generała, mój zamiar mógł zakończyć się zwolnieniem dyscyplinarnym i związanym z tym utraceniem różnych uprawnień wojskowych (do wojskowej służby zdrowia, mieszkania itp.). Chciałem jednak postąpić w zgodzie ze swoim sumieniem, pomyślałem więc, że będzie okazja w związku ze specjalnymi badaniami na WIML, przed podjęciem lotów na samolotach naddźwiękowych, okazać się niezdolnym do lotów na tych typach. Nie udało się. Zgłosiłem - co zresztą było prawdą - częste bóle serca, kłucie, denerwowanie się itp., jednak badający lekarz tylko pokiwał głową. Potem osłuchał, spojrzał na aparaturę i klepnął po ramieniu:
- Chłopie, znamy się nie od dzisiaj, wszystko w porządku. Serce jak dzwon. A co do kłucia, to kogo po trzydziestce nie kłuje ten nie jest normalny, brak mu wrażliwości. Z twoim zdrowiem możesz latać nie tylko na 21 ale i na rakietach kosmicznych - tak jeszcze pocieszył, psiakrew.
Znowu znalazłem się w Modlinie. Nie lubiłem tej twierdzy, może te mury z czerwonej cegły, może klimat, niedaleko ujście Bugonarwi do Wisły, były przyczyną, że czułem się źle. Niespokojnie. Miałem trudności z koncentracją.
Pierwsze kroki do starych znajomych. Niestety, Antosia Stojowskiego już nie spotkałem. Od dawna w cywilu, w oparach wódki żył w innym świecie, na krawędzi świadomego trwania. Zaś Antosia Łąckiego, odsuniętego już od latania i aktualnie przeniesionego na wykładowcę "naziemnego" ledwo poznałem. Spotkałem go przy klubowym bufecie gdy wdzięczył się w starym stylu do obfitej w sadełko bufetowej. Wyglądało to jednak żałośnie. Jego dowcipy bufetowa kwitowała bez uśmiechu, z niechętna ironią, a przecież tak jeszcze niedawno, każda w wieku poborowym, na jego widok szczerzyła zęby w zachęcającym uśmiechu. To już nie był tamten Antoś, który giął skrzydła samolotów i jak byk pieprzył wszystko co się rusza.
Twarz obrzęknięta, oczy zamglone obojętnością na wszystko, z wyjątkiem, jak się potem przekonałem, alkoholu. Inicjatywa bowiem, jaką jeszcze przejawiał, sprowadzała się do organizowania "okazji". Powiadano, że nawet wśród szkolonych organizował składkę na pijaństwo, ale ja nie chciałem temu wierzyć.
Wódka straszna rzecz, żywcem pożera człowieka. Wyjada od wewnątrz. Ani się obejrzysz, a w środku nie ma nic, zostaje tylko skóra. Po prostu nie ma człowieka. Ja na takie popijanie nie mogłem sobie pozwolić. Moim celem było opanowanie pilotażu na Mig 21.
Mig-21 był samolotem ściśle utajnionym. Utajnionym do tego stopnia, że na wykładach nie używało się nazwy Mig-21, a mówiło się, zapisywało w ściśle tajnych zeszytach: produkt E-21. Teren na lotnisku wydzielono, ogrodzono podwójnymi zasiekami; wprowadzono specjalne straże i ścisłą kontrolę specjalnych przepustek. Nawet zeszytów nie wolno było wynosić po za podwójne zasieki. Jednych oburzał taki brak zaufania, innych śmieszył. Wszystko ściśle tajne specjalnego znaczenia. Ukoronowaniem tajemnicy była wiadomość, że sowieci w tym czasie postawili fabrykę Migów w kapitalistycznych Indiach. W końcu z tą całą tajemnicą wyszło trochę tak, jakby Iwan polskim komunistom dał w mordę.
Mig-21 był pierwszym samolotem naddźwiękowy skonstruowanym w ZSSR zgodnie z regułą pól. Polegało to na takim dobraniu przekrojów kadłuba i skrzydeł, żeby ich suma nie przekraczała określonego współczynnika. Tak skonstruowany samolot przy przekraczania bariery dźwięku, miał dużo mniejszy opór, niż konstruowane poprzednio. W konsekwencji do osiągnięcia wyższych parametrów lotno technicznych, wystarczał silnik o mniejszej mocy. Do tej pory Sowieci, nie znając tej "reguły", opór fali krytycznej pokonywali zwiększając moc silników, nierzadko nawet wbudowując drugi. Takim "przerobionym Migiem" była „dziewiętnastka” (Mig-19). Mocą swoich potężnych silników przekraczała szybkość dźwięku i osiągała około 1400km/godz. ale odbywało się to bardzo opornie, przy takich drganiach kadłuba, że piloci każdorazowo wróżyli: rozleci się czy jeszcze ten raz wytrzyma.
Na zachodzie tą drogę w konstruowaniu naddźwiękowców porzucono chyba już w roku 1948, kiedy angielski Gloster Meteor rozleciał się przy przekraczaniu szybkości. Sowiecki wywiad potrzebował jednak dużo czasu "by natchnąć " swoich konstruktorów. W końcu i nasze wojska lotnicze otrzymały samolot o parametrach taktyczno lotniczych, dorównujących zachodnim z drugiej połowy lat pięćdziesiątych.
Samolot ten jednak, bez względu na historię powstania, w porównaniu z dotychczasowymi Migami był samolotem nowej generacji. Była to już czwarta generacja, na której przyszło mi latać. Postęp w lotnictwie był wprost niesamowity. Zaczynałem na śmigłowych, bojowych Jakach 9 - V max. 560, potem odrzutowych Jakach 23 - V max. 960, potem Migach 15, 17, - V max. 1.140, a teraz Mig 21 - V max. 2.500, pułap 21. 000 m. Do tego samolot został wyposażony w katapultowy fotel chroniony automatycznie osłoną kabiny i specjalny ładunek wybuchem otwierający spadochron. Fotel ten zapewniał bezpieczne opuszczanie samolotu na dużych prędkościach, zaś nabój otwierający spadochron, możliwość katapultowania się z wysokości zero. Było to rozwiązanie, o którym pisał do mnie w odpowiedzi na mój raport o zezwolenie wodowania na morzu, Frey- Bielecki. Nawet przy starcie można było się katapultować. Fotel zostawał wtedy wyrzucany na wysokość 32 metrów i w górnym, martwym punkcie otwierał się spadochron.
Kabina w porównaniu z Mig-17 była większa: obszerniejsza i dłuższa. Ale siedzenie nie było regulowane i miało tylko dwa położenia w granicach średniego wzrostu.Wysocy piloci nie mogli latać na Mig-21, nie mieścili się w kabinie. Loty wykonywane były w specjalnym kombinezonie nadciśnieniowym, dobieranym indywidualnie i w "germoszlemie". Pod kombinezon zakładało się z wielką uwagą, specjalną jedwabną bieliznę, by nie powstała najmniejsza fałdka, bowiem po locie każda fałdka odciskała się ponuro czerwonym krwiakiem. Kombinezon obszyty był rurkami, które zależnie od wysokości i przeciążenia wypełniane były powietrzem pompowanym specjalną pompą. W miarę wysokości lub przeciążenia kombinezon obciskał ciało i nie pozwalał na swobodne przemieszczanie się krwi, szczególnie na krwi odpływ z mózgu. Przeciążenia praktycznie się nie czuło. I dlatego dla bezpieczeństwa kadłuba, samolot wyposażony był w nowe, nie znane mi poprzednio urządzenia, przeciążeniomierz. Trzeba było pilnie obserwować jego wskazania, by nie doprowadzić do przełamania się samolotu. Kombinezon to nie ręcznik, przeciążenia się nie czuło, a człowiek może wytrzymać dużo więcej niż samolot. Takim granicznym dla Mig-21 było 4g. Na Mig-15 osiągało się nieraz do 8g i to bez kombinezonu. Na głowę zakładano "germoszlem" po rosyjsku. (Nikt zresztą nie kwapił się o przetłumaczenie). Był to hełm w kształcie kuli z szybą przeciwsłoneczną z przodu, zakończony u nasady pierścieniem stalowym. Łączył się z kombinezonem systemem twist jak pokrywka ze słoikiem, dodatkowo uszczelniony hermetycznie podkładką gumową. Ta hermetyczność była bardzo uciążliwa, szczególnie gdy było gorąco i czekało się na wylot. Można wtedy było napić się własnego potu zbierającego w hełmie. Ten kombinezon i ten hełm zupełnie unieruchamiały w kabinie. Nie można było obrócić głowy nie mówiąc już o tułowie. Z pochyleniem też były trudności i nie można było nawet marzyć, by jak w poprzednich samolotach wykonywać obserwacyjne ruchy ósemkowe głową; obserwacja okrężna powietrza była podstawą bezpieczeństwa dla myśliwca. Siedziałem więc jak kukła, poruszając z trudnością tylko rękami i trochę nogami, z unieruchomioną głową zanurzoną w przestrzeń pełną radiowych skrzeków. Nie byłem zadowolony. Nie siedziałem w samolocie ale w maszynie, robocie. Smętnie stwierdziłem, że widocznie trudno mi już przystosowywać się do nowego, przeszkadzała pamięć poprzednich przeżyć. Być może, zestarzałem się. Nowym, młodym następującym po mnie, adeptom sztuki latania, zapewne obce będzie to uczucie . Ale oni nie mieli wspomnień swobodnego ptaka, jakim się czułem latając na "prymitywach ", jak nazwał tamte samoloty jakiś uczony mądrala.
Pierwszy samodzielny lot 6. 09. 1951 na UT-2. Samolot rzeczywiście prymitywny, trochę sklejki i płótna, ale jaka swoboda. Lekki kombinezon, cienka pilotka i wiatr szumiący wokół otwartej kabiny. Żadnych tlenów, radiowych trzasków, skomplikowanych wskaźników. Buja się jak na kondorze w Kordylierach. Silnik gdacze wesoło, a w dole, trochę niżej, przesuwa się ziemia. Powoli, ze szczegółami, radośnie. Potem już zamknięta kabina, ryczący silnik i wielkie jak wiatrak trójłopatowe śmigło. A w kabinie już dodatkowe zajęcia. Temperatura wody, oleju, chowanie podwozia itp. itp. Szybkość i wysokość większa, ale ziemia i niebo jeszcze blisko. To Jak -9 , myśliwiec z ostatniej wojny. No i odrzutowce. Nowa jakość. Koniec z temperaturami wody, oleju, za to uwaga na temperaturę gazów, dyszy. to już zalatuje statkiem kosmicznym. Widoczność świetna, moc nadzwyczajna, w kabinie cicho, ciepło, przytulnie, ale do ziemi daleko, a niebo. takie ogromne, że aż niewidoczne.
A teraz siedzę w kabinie Mig -21. Tu już prawie zupełnie izolowany od świata. Wspomnienie początku drogi budzi nie tylko tęsknotę ale i poczucie osiągniętej wartości. Za chwilę stanę się pilotem jednego z najnowocześniejszych samolotu. Iluż takich pilotów jest aktualnie w PRL? Dziesięciu, dwudziestu? (Lot od razu samodzielny, bez kontrolnych, w owym czasie nie było dwusterów "sparek"").
Wykołowuję na pas. Przesuwam dźwignię mocy. Nie ma wskaźnika obrotów turbiny, jest tylko wskaźnik mocy. Jak w rakiecie, myślę z dumą, i już łatwiej znoszę ograniczenie ruchów w kabinie. Przesuwam dźwignię do końca, silnik brzęczy unisono, moc wzrasta, dochodzi do 100% , startuję. Pierwszy raz w życiu. Jest 22 sierpnia 1964 roku, piękny letni poranek. Wysokie niebo z porozrzucanymi białymi kłębkami cumulusów, podkreślającymi jego głębię, rozległa zielona płaszczyzna lotniska pachnąca świeżo skoszonym sianem i szeroki betonowy pas. Lekko unoszę nos, a on natychmiast, niedostrzegalnie, już w powietrzu. Chowam podwozie i nie mogę go utrzymać, rwie w górę jak korek. Spojrzenie na wariometr, powyżej 100 m/sek. Och, toś ty taki, zaskoczony szybko zmniejszam moc. Z mniejszym już wznoszeniem ale nadal ochoczo rwie w górę, jak żaden dotychczas.
Ziemia w dole coraz bardziej pokrywa się mgiełką, coraz mniej widoczna, coraz dalsza. Wlatuję jakby w kulę wypełnioną błękitno-złotym przestworem, gdzie wzrok nie znajdując oparcia gubi się w nieskończoności niebieskiego horyzontu. W takich chwilach przestaje się zwyczajnie widzieć, w takich chwilach wzrok sięga innego wymiaru. Samolot zawieszony na cichutkiej melodii wielostopniowej sprężarki, wtapia się w spokój otaczającego wszechświata. Ale ziemia burzy wszystko. Radio skrzeczy troską, nie dopuszcza ciszy, zasłuchania się w symfonię wszechświata. To niebezpieczne. Życie to ruch, walka.
Więc na 9 tysiącach próbuję sterów. Wspomagane hydraulicznie dają tylko tyle oporu ile się chce. Symulowanego oporu. W naszej epoce zdaje się będzie coraz więcej automatów, symulacji, robotów. Pilot zostanie oderwany od naturalnego piękna otaczającego świata, a jego rola będzie sprowadzona do elementu sterującego elektroniczną rzeczywistością. I w końcu trudno będzie ustalić granicę czy jeszcze bio- czy już tylko elektro- organizm. Ale to przyszłość, w której przypuszczalnie już nie będę uczestniczył. Teraz siedzę za sterami naddźwiękowego myśliwca i zapoznaję się z jego możliwościami.W górę i dół nie bardzo chętnie ale za to wokół osi podłużnej wystarczy przytrzymać ster, by kręcił beczki jak świderek. Zwiększam szybkość i niezauważalnie przekraczam szybkość dźwięku. Samolot płynie nadal jak w maśle bez wstrząsów, drgań, a tylko wskazówka machometru dochodzi do 2. Podwójna szybkość dźwięku (około 2300 km/godz.). To tak wygląda! Pięknie! Dalej pętla. Jeszcze ostrożnie z namysłem. Przed każdym ruchem zastanowienie, koncentracja, to dopiero początek. Wszystko pierwszy raz w życiu. Potem przyjdzie pełne zgranie. Myśl automatycznie przetwarzana ruchem ręki, będzie jego myślą, tego wspaniałego stalowego ptaka, do którego czuję coraz większą sympatię. Już wiem, że niedługo nie będę osobno, ja i samolot, lecz przetworzę się w jedno: człowieka - ptaka, mknącego w przestworzach na stalowych skrzydłach, dwukrotnie wyprzedzając dźwięk. Tylko trochę czasu.Otrząsam się z demona prędkości. Zmniejszam moc. I chociaż dusza rwie się nie wiadomo gdzie, wracam do wymiernych ziemskich wrażeń. Ląduje bez trudności. Pomimo upalnego rzadkiego powietrza obliczam dokładnie i nie muszę korzystać z hamującego spadochronu. Jak się to mówi, pasa starcza. Mechanicy wyciągają z kabiny, odkręcają hełmofon i wylewają z hełmu pot.
- Dobra seta, śmieją się przyjaźnie.
Ja jednak tego nie widzę. Patrzę na srebrzyste cygaro, krótkie trójkątne skrzydełka, zadarty fantazyjnie statecznik i nieznacznie gładzę smukły kadłub.
Dziękuję ci - szepczę, żeby kto nie posłyszał.
Kiwa porozumiewawczo statecznikiem. W porządku, akceptuję cię pilocie. Jestem szczęśliwy[...]Ledwo po powrocie do domu się położyliśmy, a tu alarm bojowy. Zima roku 1965 chociaż bezśnieżna była jednak bardzo mroźna, dokuczliwa. Tym bardziej, że nie tylko ostry mróz ale też kurz mieciony lodowatym wiatrem porażał nos. W szarzejącym zimnym świcie - minus piętnaście - rozcierając nosy przed odmrożeniem, wskakiwaliśmy do kabin. Głośne przekleństwa leciały przy tym na tych, którym zachciało się w taką pogodę bawić w wojnę. To tylko sztabowcy siedzący w ciepłych gabinetach mogli coś takiego wymyśleć. Kiedy okazało się jednak, że to ruskie, wszyscy szybko się uspokoili i zaległa cisza. Ruscy to obiektywna konieczność, człowiek nie ma wpływu, może tylko się pogodzić jak z burzą czy mrozem. Chociaż to tacy sami ludzie niby jak my, ale kto by się odważył. Oni się nie ceregielą, więc lepiej sza. Ostatecznie oni rządzą. Przebazowywali bombowce z NRD do ZSSR i marszałek Greczko, dowódca Paktu Warszawskiego, postanowił sprawdzić gotowość naszego lotnictwa, wchodzącego w całości w skład sił powietrznych Paktu.
W kabinie pod skórzaną bluzę wciska się zimno. Po co jeszcze muszę się męczyć, rozczulam się nad sobą. Co mnie już teraz to wszystko obchodzi, o co się starać, kiedy wszelkie zasługi nieprzydatne na przyszłe życie. A decyzja podjęta ostatecznie. W tej chwili chciałbym być już w cywilu. Ale miałbym uciechę: ja sobie leżę w ciepłym łóżku i może przy ciepłym brzuszku, a chłopaki w kabinach marzną i to na darmo, bo w żaden wylot nie wierzę. Spokojnie, upominam siebie, bez żadnych ekstrawagancji i szaleństw. Tyle masz się angażować, ile nakazuje regulamin. Nic ponadto. Naprowadzą, to zrobisz zdjęcia, nie naprowadzą, to nie zrobisz. Żadnej niepotrzebnej inicjatywy, na czym ci zależy? Studziłem podniecenie, ale nie na wiele to się zdało. Dobrze wiedziałem, że wszelkie tłumaczenia, uspakajania, wezmą w łeb gdy posłyszę komendę: start. Na razie jednak spokojnie i nic nie zapowiada, że poderwą, tylko ziąb coraz większy. Żeby tak łyk czegoś gorącego. Kawę zdaje się dopiero dowiozą gdy będę już w powietrzu. I jakbym wywołał. Tylko pomyślałem, a radio się rozdarło z przejęciem:
- Wam start.
Podniecony głos dyżurnego KL świadczy, że jednak tym razem to coś poważnego. Szybko więc włączniki, guziczek rozrusznika i już zaczyna szumieć turbina. Mechanik na drabince świeci latarką po kabinie, sprawdza przyrządy, ale spędzam go z burty.
- Szybciej, szybciej, zamykam kabinę.
Będzie nareszcie cieplej, chociaż już i tak przestałem czuć zimno. Blado świecą lampy pasa. Noc nie noc. Już nie tak ciemno, żeby widzieć gwiazdy, ale jeszcze nie pełny świt, jeszcze wszystko szare, bezbarwne. Horyzont schowany w mroku, głupia pora.
Startuję według przyrządów i ledwo schowałem podwozie, a już wpadłem w chmury. Ciemna szarość. Zniknęło wszystko co mnie otaczało, zachował się tylko w seledynowej nikłej poświacie kabinowy świat. Maleńki, wyznaczony światełkami przyrządów i fluoryzującym okienkiem sztucznego horyzontu. To jedyna widzialna rzeczywistość, ta niewidzialna, za burtą, objawia się tylko we wskazaniach przyrządów. Moją wiedzę o niej czerpię z wskaźników, których odczyt wyznacza granice mego istnienia. Wskazówki stoją nieruchomo, tylko wysokościomierz pracowicie kręci swoją, nabiera wysokości. Gdy przekracza cyfrę 700 (7. 000 m) wokół samolotu pojawia się szarość, rodzi się świat. Wyłaniają się z niej formy, plamy, ciemniejsze, jaśniejsze. Z początku zwiewne, nieokreślone, ale w miarę naboru wysokości, zbliżania się do źródła jasności, ukrytego gdzieś tam w górze, coraz mocniej wyodrębniają się z mglistej poświaty. Przybierają fantastyczne, jak z onirycznej krainy, kształty olbrzymów, drzew, zamków. Usytuowane poziomo, pionowo, nurkują za burtą w mgielnej rzece. Coraz jaśniej, coraz bliżej źródła, aż nagle słońce strzela oślepiającym promieniem, ciemność zakrywa oczy i wszystko znika. Szybko okulary, które przywracają świat. Pode mną, szarojasna mglista równina, przykrywa pozostawioną na ziemi noc. Tylko tu i ówdzie wynurzają się z niej, oświetlone prostopadłymi promieniami podnoszącego się z horyzontu słońca, wierzchołki śnieżno białych cumulusów. Przypomina to filiżankę mlecznej kawy z pływającymi kłębkami bitej śmietany. A nade mną pyszny błękit przeszywany złotymi strzałami światła. Nieskończoność niebiesko złota. Wzrok nie znajdując oparcia gubi się w przestrzeni. Dalekie bliskim, bliskie dalekim. Przestrzeń bez kresu i czasu. Duszę ogarnia radość i wielka szczęśliwość. Jakie cudne jest życie. Zapomniałem o wszystkim. O przykrościach, o podjętej decyzji opuszczenia tego powietrznego świata, o oszczędzaniu się dla przyszłej pracy i życia. i tym podobnych ziemskich zmartwieniach. Był tylko on, niezmierzony, wieczny wszechświat i ja, jego cząstka.
Odezwało się radio. Przypomniało, że życie to ruch, działanie.
- Popatrz w lewo.
Na trawersie srebrna ważka kroi błękit białą smugą, przywracając przestrzeni czas i wymiar. To mój cel. Włączam fotokaem i łagodnymi ruchami sterów staram się wykonać atak. Na wysokości 14. 000 m silnik jest bardzo słaby i starcza mu mocy zaledwie na utrzymanie samolotu w locie poziomym. Każde większe pochylenie niż 100, każdy gwałtowniejszy ruch sterami i samolot może przepaść, stracić wysokość, a wtedy celu już się nie dogoni. Srebrna ważka to potężny bombowiec TU-16. Łatwo rozpoznaję, bo w 1954, w Krzesinach, lądowała ich cała eskadra. Była to tajemnicza misja. Wbrew zwyczajom pili w klubie tylko mechanicy. Piloci zostali przez NKWD zupełnie odizolowani od kontaktów z nami. W przygodnych spotkaniach na lotnisku okazywali wobec nas ironiczną pogardę, tą cechę prymitywnych ludzi, którzy założywszy buty uważają się za mądrzejszych od bosych. Pysznili się z latania na tych wówczas nieznanych dla nas maszynach.
Obrazek
Awatar użytkownika
Leszek.Sz.
Super aktywny
Super aktywny
Posty: 844
Rejestracja: 08 wrz 2008, 16:34
gadu: 5452830
Lokalizacja: Poznań

Re: Kółko miłośników MiG-21

Post autor: Leszek.Sz. »

Fajnie się czyta takie opowiadania, lepsze niz film.
Spoterek
Prawie moderator!
Prawie moderator!
Posty: 2358
Rejestracja: 04 maja 2007, 13:33
gadu: 0
Lokalizacja: EGLL - LHR HEATHROW AIRPORT

Re: Kółko miłośników MiG-21

Post autor: Spoterek »

biver pisze:
CRIS pisze:Rumunia ile posiada 21?
47xMiG-21 LanceR A (wielozadaniowy)
13xMiG-21 LanceR B (treningowy)
20xMiG-21 LanceR C (myśliwiec)
Jakie masz źródło drogi kolego biver :P ?

Na stronie RoAF nie znalazłem żadnych danych.
Wiki podaje liczbę 48.
Podobne dane w AirForce Monthly z Februara br:

"Three variants of the MiG-21 LanceR are in use. About 38 LanceR As are split between the bases at Bacau, Borcea-Fetesti and Campia Turzii(...)eleven twin-seaters(...)"
Super klimacik. Piękna sprawa. Polsko - radzieckie MiG-i na "wrogiej" niegdyś ziemi...i niebie.
Podziwiam tych ludzi, którzy poświęcają tym maszynom góry pieniędzy i większą część swojego życia. Jest to też dowód na to, że można łamać schematy - te ideologiczne. Muszę ten filmik komuś zadedykować...
Ponadto to wspaniała sprawa, że w USA jest to na porządku dziennym. Żywe skanseny lotnictwa. Można sobie latać z "Czerwoną Gwiazdą", tymczasem w Polsce, jak już wreszcie zakupię kiedyś ołówka, nie będzie On mógł mieć szachownic - smutne.

eNwings - 9:16 :shock: 8) :lol:
Grzes pisze:Prawdopodobnie zdjęcie pochodzi z połowy lat 90-tych, gdzie stopniowo przemalowywano samoloty i obie wersje szachownic funkcjonowały jednocześnie przez jakiś czas
Tak, zdaje się że w niektórych przypadkach aż do końca lat 90-tych, można było spotkać "niepoprawny politycznie" wzór szachownicy.
Niezła historia. Dzięki Łukasz. Jesteś specjalistą jeśli chodzi o te sprawy. 8)
Obrazek
Awatar użytkownika
CRIS
Wyróżniony!
Wyróżniony!
Posty: 1263
Rejestracja: 14 lut 2008, 17:19
gadu: 0
Lokalizacja: EPMM

Re: Kółko miłośników MiG-21

Post autor: CRIS »

Znalezione w necie EPMM dawno temu
Załączniki
a7269c0469ef1023[2].jpg
a7269c0469ef1023[2].jpg (111.02 KiB) Przejrzano 4264 razy
Obrazek
Awatar użytkownika
eNwings
Prawie moderator!
Prawie moderator!
Posty: 5285
Rejestracja: 27 sie 2007, 14:51
gadu: 11935913
skype: skysweeper52
Lokalizacja: ACES II

Re: Kółko miłośników MiG-21

Post autor: eNwings »

Nie wiem za bardzo co powiedzieć... http://www.patricksaviation.com/videos/i.p.Hodja/3838/" onclick="window.open(this.href);return false; w-o-j-n-a Obrazek
ObrazekObrazek
Yeah, all you f@ckers wish you flew the Viper ** More than just a job! It's a state of being.......
young
Super aktywny
Super aktywny
Posty: 988
Rejestracja: 06 gru 2007, 11:53
gadu: 0

Re: Kółko miłośników MiG-21

Post autor: young »

eNwings w tym kole miłośników, takie wideo, to prowokacja! :lol:
Awatar użytkownika
CRIS
Wyróżniony!
Wyróżniony!
Posty: 1263
Rejestracja: 14 lut 2008, 17:19
gadu: 0
Lokalizacja: EPMM

Re: Kółko miłośników MiG-21

Post autor: CRIS »

jeszcze kawałek z 1plm
Załączniki
78806a7180286fe4[1].jpg
78806a7180286fe4[1].jpg (58.73 KiB) Przejrzano 4189 razy
Obrazek
Awatar użytkownika
Sawicz
Prawie moderator!
Prawie moderator!
Posty: 5800
Rejestracja: 20 wrz 2007, 17:19
gadu: 0

Re: Kółko miłośników MiG-21

Post autor: Sawicz »

Trzymajcie się klawiatury zanim otworzycie zdjęcie: :shock:

http://www.airliners.net/photo/Poland-- ... 1466047/L/" onclick="window.open(this.href);return false;
Obrazek
Awatar użytkownika
CRIS
Wyróżniony!
Wyróżniony!
Posty: 1263
Rejestracja: 14 lut 2008, 17:19
gadu: 0
Lokalizacja: EPMM

Re: Kółko miłośników MiG-21

Post autor: CRIS »

Czemu ma biały rysik? :?
Obrazek
krzysiu21
Aktywny!
Aktywny!
Posty: 317
Rejestracja: 28 sie 2008, 21:24
gadu: 5549906

Re: Kółko miłośników MiG-21

Post autor: krzysiu21 »

dramat to co zrobili z tym naszym 21-szym :cry:
Awatar użytkownika
CRIS
Wyróżniony!
Wyróżniony!
Posty: 1263
Rejestracja: 14 lut 2008, 17:19
gadu: 0
Lokalizacja: EPMM

Re: Kółko miłośników MiG-21

Post autor: CRIS »

Coś pięknego z dawnych lat :D :

http://www.myaviation.net/search/photo_ ... size=large" onclick="window.open(this.href);return false;

http://www.myaviation.net/search/photo_ ... size=large" onclick="window.open(this.href);return false;

http://www.myaviation.net/search/photo_ ... size=large" onclick="window.open(this.href);return false;
Obrazek
Awatar użytkownika
Leszek.Sz.
Super aktywny
Super aktywny
Posty: 844
Rejestracja: 08 wrz 2008, 16:34
gadu: 5452830
Lokalizacja: Poznań

Re: Kółko miłośników MiG-21

Post autor: Leszek.Sz. »

CRIS pisze:Coś pięknego z dawnych lat :D :

http://www.myaviation.net/search/photo_ ... size=large" onclick="window.open(this.href);return false;

http://www.myaviation.net/search/photo_ ... size=large" onclick="window.open(this.href);return false;

http://www.myaviation.net/search/photo_ ... size=large" onclick="window.open(this.href);return false;
Piękne, tylko w opisie fotki 2 i 3 jest błąd bo to nie MiG-21MF tylko PFM
Awatar użytkownika
CRIS
Wyróżniony!
Wyróżniony!
Posty: 1263
Rejestracja: 14 lut 2008, 17:19
gadu: 0
Lokalizacja: EPMM

Re: Kółko miłośników MiG-21

Post autor: CRIS »

Ale zauważ że autorem zdjęć nie jest Polak,to miał prawo się pomyrdać :wink:
Obrazek
Awatar użytkownika
Leszek.Sz.
Super aktywny
Super aktywny
Posty: 844
Rejestracja: 08 wrz 2008, 16:34
gadu: 5452830
Lokalizacja: Poznań

Re: Kółko miłośników MiG-21

Post autor: Leszek.Sz. »

CRIS pisze:Ale zauważ że autorem zdjęć nie jest Polak,to miał prawo się pomyrdać :wink:
Faktycznie, Polak nie miałby już takiego prawa... :?
ODPOWIEDZ