"Stalowy honor" - wersja baaardzo robocza :)
Moderatorzy: Sawicz, Xlem, Drzemi
- marcin1323
- Wyróżniony!

- Posty: 1321
- Rejestracja: 15 sie 2003, 15:21
- gadu: 0
- Lokalizacja: gostynin
Re: Re:
- marcin1323
- Wyróżniony!

- Posty: 1321
- Rejestracja: 15 sie 2003, 15:21
- gadu: 0
- Lokalizacja: gostynin
Re: "Stalowy honor" - wersja baaardzo robocza :)
zapraszam na http://www.stalowyhonor.pl" onclick="window.open(this.href);return false; jak dobrze pójdzie to pod koniec czerwca ta galeryjka moich opowiadań będzie gotowa.
wiem że trzymacie kciuki.
Z racji zbliżającego się ślubu mam troszkę "napięty" grafik więc termin czerwcowy może ulec zmianie (ale nie dużej)
jeszcze raz zapraszam
Z racji zbliżającego się ślubu mam troszkę "napięty" grafik więc termin czerwcowy może ulec zmianie (ale nie dużej)
jeszcze raz zapraszam
- fly_jabko
- Prawie moderator!

- Posty: 5593
- Rejestracja: 10 paź 2003, 11:06
- gadu: 4204020
- Lokalizacja: kamieniec (EPPO,EPKS)
Re: "Stalowy honor" - wersja baaardzo robocza :)
spoko jesteśmy tobą 
-
Mistrzu-PL
- Wyróżniony!

- Posty: 1412
- Rejestracja: 29 sty 2008, 15:29
- Lokalizacja: EPKS
Re: "Stalowy honor" - wersja baaardzo robocza :)
Marcinie co z lekturą ??
- marcin1323
- Wyróżniony!

- Posty: 1321
- Rejestracja: 15 sie 2003, 15:21
- gadu: 0
- Lokalizacja: gostynin
Re: "Stalowy honor" - wersja baaardzo robocza :)
najdalej w sobotę ruszy http://www.stalowyhonor.pl" onclick="window.open(this.href);return false; umiescze tam również pzostałem moje opowiadania (większość też jest w trakcie pisania - taki już jestem). miałem najpierw zrobić przelotówki.pl, lecz stwioerdziłem, że tamto może poczekać. acha i mam od razu prośbę do wszystkich odiwedzajacych - piszcie jak strona sprawuje sie w waszych przeghlądarkach. ja projektowałem ja w ie7 i moziili 2.0 coś tam 
oczywiście jak tylko ruszy mój/nasz e-brulionik, wrzucę tu odpowiedni wpisik
oczywiście jak tylko ruszy mój/nasz e-brulionik, wrzucę tu odpowiedni wpisik
-
Mistrzu-PL
- Wyróżniony!

- Posty: 1412
- Rejestracja: 29 sty 2008, 15:29
- Lokalizacja: EPKS
Re: "Stalowy honor" - wersja baaardzo robocza :)
no to czekamy 
Re: "Stalowy honor" - wersja baaardzo robocza :)
Twoje teksty naprawdę czyta się z przyjemnością. Mam pytanie - w jakich latach dzieje się "Stalowy Honor"? Chyba początek 90. tych - te 21-sze użytkowane razem z MiG-29. Jeśli miałbym drobną uwagę to tylko taką, że można by trochę "zdegradować" głównego bohatera i kilka innych osób. Bazą lotniczą dowodzi w tekście generał a w realu byłby to raczej podpułkownik lub pułkownik. Dla głównego bohatera - pilota z fantazją najlepszy stopień to chyba kapitan lub major - pułkownik to już trochę większa szyszka - mniej się wtedy lata a częściej siedzi za biurkiem w papierach. Ale za bardzo nie przejmuj się moimi uwagami - tekst jest naprawdę świetny - sam kiedyś próbowałem zabrać się za coś takiego ale zabrakło odwagi. Może, dzięki Tobie, do tego wrócę. Z niecierpliwością czekam na start stronki...marcin1323 pisze:najdalej w sobotę ruszy http://www.stalowyhonor.pl" onclick="window.open(this.href);return false;
- marcin1323
- Wyróżniony!

- Posty: 1321
- Rejestracja: 15 sie 2003, 15:21
- gadu: 0
- Lokalizacja: gostynin
Re: "Stalowy honor" - wersja baaardzo robocza :)
dzięki za pomysły i uwagi. faktycznie, myślałem o tych stopniach i miałem podobne obiekcje do Twoich. Potem przełozyłem je na kporzyść całej fabuły. Jak skończę zobaczysz o co mi chodziło. Co do okresu, w jakim się to dzieje, to z grubsza początek lat dziewięćdziesiątych.Pat21-76 pisze:Twoje teksty naprawdę czyta się z przyjemnością. Mam pytanie - w jakich latach dzieje się "Stalowy Honor"? Chyba początek 90. tych - te 21-sze użytkowane razem z MiG-29. Jeśli miałbym drobną uwagę to tylko taką, że można by trochę "zdegradować" głównego bohatera i kilka innych osób. Bazą lotniczą dowodzi w tekście generał a w realu byłby to raczej podpułkownik lub pułkownik. Dla głównego bohatera - pilota z fantazją najlepszy stopień to chyba kapitan lub major - pułkownik to już trochę większa szyszka - mniej się wtedy lata a częściej siedzi za biurkiem w papierach. Ale za bardzo nie przejmuj się moimi uwagami - tekst jest naprawdę świetny - sam kiedyś próbowałem zabrać się za coś takiego ale zabrakło odwagi. Może, dzięki Tobie, do tego wrócę. Z niecierpliwością czekam na start stronki...marcin1323 pisze:najdalej w sobotę ruszy http://www.stalowyhonor.pl" onclick="window.open(this.href);return false;
Mam nadzieję, że będziesz miał sporo odwagi, żeby zacząć.
jesli lubisz klimat SF polecam jeszcze topic "taal - wersja robocza" (musze znalezc to powiem jak dokladnie brzmi) tez mojego autorstwa
-
Mistrzu-PL
- Wyróżniony!

- Posty: 1412
- Rejestracja: 29 sty 2008, 15:29
- Lokalizacja: EPKS
Re: "Stalowy honor" - wersja baaardzo robocza :)
Marcinie i jak tam ida prace ?? mamy dziś 4.07.08r stronka nie chodzi
nic się nie odzywasz .
PS : Marcinie niestety nie załatwiłem tobie obiecanych sektorów ale jak będę miał okazje to ci załatwię na razie ciesz się tym co masz
ale to taki oftop dla nie wtajemniczonych 
PS : Marcinie niestety nie załatwiłem tobie obiecanych sektorów ale jak będę miał okazje to ci załatwię na razie ciesz się tym co masz
- marcin1323
- Wyróżniony!

- Posty: 1321
- Rejestracja: 15 sie 2003, 15:21
- gadu: 0
- Lokalizacja: gostynin
Re: "Stalowy honor" - wersja baaardzo robocza :)
no siedze cicho bo nawet nie mam czasu co by dokończyć przepisywanie tekstu. dziś wieczorem (najdalej o 21) wrzuce to co mam. tekstowo jest narazie tylko to co opublikowałem do tejk pory na forum. Póki co trwa przepisywaie pozostałych tekstów oraz części "stalowego...". dziś o 21, OBIECUJĘ
p.s. spox i tak nbarazie nie mam czasu na latanie
p.s. spox i tak nbarazie nie mam czasu na latanie
- marcin1323
- Wyróżniony!

- Posty: 1321
- Rejestracja: 15 sie 2003, 15:21
- gadu: 0
- Lokalizacja: gostynin
Re: "Stalowy honor" - wersja baaardzo robocza :)
Stalowy honor - przeczytałam jednym tchem! Wrzucaj kolego więcej, bo chyba nie zasnę dziś 
Niebo w oczach, wiatr w podeszwach... to ja 
Re: "Stalowy honor" - wersja baaardzo robocza :)
Jeszcze dodam że książka "Los jest myśliwym" tak mnie nie wciągnęła... może dlatego że ani słowa w niej nie było o 1 PLMie... o EPMM... i o MiGach 29
Pisz dalej Marcin! Ja już robię miejsce w mojej domowej biblioteczce 
Niebo w oczach, wiatr w podeszwach... to ja 
- marcin1323
- Wyróżniony!

- Posty: 1321
- Rejestracja: 15 sie 2003, 15:21
- gadu: 0
- Lokalizacja: gostynin
Re: "Stalowy honor" - wersja baaardzo robocza :)
spokojnie bo sie spale ze wstydu
wiem, że dzis o 21 miała byc
kolejna czesc - będzie jutro
ale za to + niespodzianka (bonus) 
kolejna czesc - będzie jutro
- marcin1323
- Wyróżniony!

- Posty: 1321
- Rejestracja: 15 sie 2003, 15:21
- gadu: 0
- Lokalizacja: gostynin
Re: "Stalowy honor" - wersja baaardzo robocza :)
no to jest koeljan część
tym razem najpierw na forum, gdyz nie miałem czasu co by to w kod na stronke ubrać. postaram sie w najblizym czasie dokonczyc "środę". dzisiejsza aktualizacja jest ostanią w lipcu (może coś wrzuce w ta niedzielę - ale NIE OBIECUJE, jak zdążę przepisać z mojego brudnopisu), gdyz za tydzień bierzemy ślub i sami rozumiecie
co zas się tyczy obiecanego "bonusa" to będzie w ten weekend jeszcze
MistrzuPL z dedykacja dla Ciebie za cierliwośc w oczekiwaniu - wkońcu dopracowałem) akcja fragmentu ponizej zamieszczonego to kontynuacja opublikowanej części.
p.s. kolejna moja zasda która przyjąłem w trosce o "czysty przekaz" to brak "uaktualnień wstecz"
p.s.2 sory za literówki - jest 2,12 i trochę "latają mi literki"
zapraszam do lektury
-----------------------------------------------------------
środa
godz. 11.30
Łazienki – Warszawa
Granatowy mercedes stał na parkingu przy warszawskiej Agrykoli. Rychter, po leśnej egzekucji czym prędzej pozbył się zawartości bagażnika w Komendzie Głównej. Wiedział, że zostawiając tam jednego ze swych niedoszłych katów, faktycznie skazuje go na smierć. Nie to jednak teraz go absorbowało. Miał ostrzec innego oficera operacyjnego – porucznika Łukasza Lisieckiego. Oni dwaj najbardziej narazili się Organizacji i naturalnym biegiem rzeczy królowali na jej kilerskiej topliście. Wraz z płk. Borkiewiczem zmierzali w umówione miejsce spotkania na terenie Łazienek. Właśnie dochodzili do wejścia do Łazienek - wielkiej metalowej bramy – gdy zadzwoniła komórka Rychtera.
- Słucham.
- Jestem na miejscu. Gdzie jesteś?
- Wchodzimy od Agrykoli.
- „Wchodzimy”?
- Tak, jesteśmy razem.
Rychter rozłączył rozmowę.
Borkiewicz dużo przeszedł przez ostatnie kilka dni. Był najmniej ze wszystkich zamieszany w całą historię. Jego psychika potrzebowała odpoczynku. Normalni ludzie tak mają: po intensywnych przeżyciach, skumulowanych do tego w czasie, ich mózg potrzebuje urlopu. Do chwili egzekucji w lesie (znamienne, że nadal w myślach Borkiweicz właśnie tak to nazywał - „egzekucja”) czuł, że podoła temu co niesie los. Potem już wcale nie był tego taki pewien. Historia Rychtera utwierdziła go tylko w tym przekonaniu. Nigdy nie widział jak umiera człowiek (poza filmem, rzecz jasna) a tym bardziej nie pomagał w tym. Od polityki również trzymał się na dystans – tej wielkiej sejmowej jak i tej mniejszej „garnizonowej”, jak zwykł nazywać kadrowe podchody i roszady w każdej jednostce jakiej przyszło mu służyć. Miał głęboko w dupie ile gwaizdek ma na pagonach. Liczyło się tylko latanie. Pułkownika zawdzięcza jedynie Opatrzności, która stawiała na jego drodze dowódców, którzy potrafili docenić profesjonalizm.
Setki razy przemierzał te alejki i za każdym razem rozkoszował się błogością tego miejsca. Rozpędzony świat wokół zdawał się atakować je z każdej możliwej strony , lecz nieskutecznie. Klaksony samochodów, dzwonki tramwajów wreszcie huk odrzutowców startujących z Okęcia. Park, niczym średniowieczna twierdza stawiał temu czoła. Swoim spokojem i harmonią to miejsce dawało poczucie izolacji od pędzącej na oślep Warszawy. Wrzawa miasta docierała do Łazienek niczym niewyraźny sen sprzed kilku nocy. Borkiewicz wiedział, że to niestety pozory. Z tego co sam widział i co się dowiedział od Rychtera Organizacja potrafiłą wszędzie działać sprawnie. Łazienki były miejscem równie dobrym na kolejny zamach co miński szpital. Może nawet lepszym? Stwarzały pozory bezpieczeństwa, no i były w Warszawie. Tu nawet jakby cie zastrzelili to najpierw ci zrobią zdjęcie komórką, a dopiero potem zadzwonia po karetkę – jeśli w ogóle zadzwonią. Oaza spokoju, której tak bardzo pragnął i potrzebował – nie istniała. Bynajmniej nie tutaj. Idąc zacienionymi uliczkami nerwowo rozglądał się wokół siebie. Był przyzwyczajony by walczyć o przetrwanie, lecz w powietrzu, nie na ziemi. To nie jego żywioł.
Rychter, inaczej niż Borkiewicz, pewnie kroczył przed siebie. Umówionym miejscem spotkania w krytycznych sytuacjach były właśnie Łazienki – a dokładniej, mostek przy Pałacu na Wodzie. Tuż przy sklepiku z pamiatkami. Zawsze tam było mnóstwo turystów, wiec o wmieszanie się w tłum nie było trudno. Poza tym do minimum ograniczono w parku użycie kamer przemysłowych (w porównaniu z innymi miejscami publicznymi o takiej liczbie odwiedzających). Rychter wychodził z założenia, że lepiej nie pomagac swoim prześladowcom – i tak, by pewnie tego nie docenili.
Szczupłego blondyna rozpoznał bez problemu. Stał przy stoliku z upominkami i żywo dyskutował ze sprzedawczynią. Oglądał mapę stolicy. Jedną z minimum dziesięciu rodzajów dostępnych na straganie – jak zdążył ocenić pobieżnie Borkiewicz. Blondyn sprawaił wrażenie zwykłego turysty ustalającego harmonogram swojej wycieczki z panią od pamiątek. Co kilka sekund odwracali się oboje w różne strony, wskazując coś palcami na mapie. Takie zachowanie dawało możliwość ciągłego śledzenia tego co dzieje sie wokół. W razie obserwacji nie dawało przeciwnikowi więcej informacji, niż miał dotychczas o młodym blondynie.
Łukasz tez zauważył zbliżających się dwóch mężczyzn. Jednego znał i to dość dobrze. Nawyki żywieniowe, ulubione filmy, nawet jak sypiał i z kim. Lepiej niż rodzona matka. Drugiego znał tylko z akt personalnych. Wiedział jaką rolę odegrał w zdarzeniach sprzed kilku dni. Poza tym nie wiedział o nim nic.
Lisiecki zapłacił za mapę i odszedł w kierunku oranżerii. Szedł na tyle szybko, by nie wzbudzać niczyich podejrzeń. Znał procedury na pamięć Wiedział, że kilkadziesiąt metrów za nim idzie Rychter i Borkiewicz.
Po kilku minutach cała trójka siedziała na ławeczce przy jakiś wysokich, rzadko spotykanych roślinach. Kolejne kilka minut zajęło Rychterowi przedstawienie zamachu i wiadomości, które uzyskał w trakcie „przesłuchania” oraz powodu, dla którego Borkiewicz był razem z nimi.
- I tak musielismy sie spotkać – powiedział Lisiecki po wysłuchaniu Rychtera. - Mam nowe wiadomości. Chyba wiem, co przewożono w konwoju .
- Jakim konwoju...? - zapytał się Borkiewicz
- Kolega musi nadrobic zaległości. - ironizował – Rychter – dawaj , co masz.
- Trzy dni temu graniczni trafili duzą zielona paczuszkę.
- Ładunek radioaktywny – Rychter bawił sie w tłumacza Borkieiwcza. - co z tego? Poza tym nigdzie się tym nie chwalili.
- I nie pochwala się już. Nie maja czym. Dziś rano miano przewieźć ładunek do Świerku.
- No to sobie przynajmniej na paliwku zaoszczędzą z „ate”. No dobrze, a gdzie to mogli wywieźć?
- Powinniśmy „Tam” zajrzeć.
- No to idź, zapukaj ku...wa i powiedz :”Dzień dobry, ja z WSI”. Ciekawe jak szybko cię zastrzelą?
- Tylko proponuję, nie wku...wiaj się na mnie, to nie ja ten chory system stworzyłem.
- Wiem, sory Łukasz.
- A gdybyśmy uruchomili jakiś detektor promieniowania?
- Cokolwiek uruchomimy to oni się dowiedzą i tak to w dupę sobie głęboko schowają, że żadne wykrywacze tego nie znajdą.
- Przysłuchując się waszej rozmowie choć muszę stwierdzić, że rozumiem co piąte wasze słowo, to mam pomysł jak rozwiązać wasz ... nasz problem. Przynajmniej częściowo. - nieoczekiwanie włączył się do rozmowy Borkiewicz.
Obaj członkowie SGO zrobili zaskoczone miny.
- Słuchamy...?
- Na pojutrze nasze „dwójki” miały zaplanowane loty na monitorowanie przestrzeni powietrznej pod kątem skażenia radiologicznego.
Oczy słuchaczy Borkiewicza stawały się większe z sekundy na sekundę.
- Ale zaje...isty fart! - wysyczał przez zęby Lisiecki.
- Zobaczę co będę mógł zrobić, żeby przełozyć loty. Właściwie teraz po śmierci Koszyckiego jakiekolwiek zmiany to ciężki temat
- Jurek, musisz to zrobić! Słyszysz?! - Rychter prawie szarpał ramieniem Borkeiwcza – dziś musimy zrobić pomiary z powietrza. I tak nie wiem, czy nie będzie za późno. To jedyny bezpieczny pomysł.
- Jedną chwilę – lekko zażenowany Borkiewicz wstał, by wyjąc komórkę.
- Gdzie dzwonisz? - z podejrzeniem w głosie zapytał Łukasz
- Do zastępcy dowódcy pułku. Zaraz przekonamy się co z naszymi lotami.
Godzina 13.15
SIEDZIBA WSI
Spirala dymu z cygara wzbijała się ku sufitowi. Potężna, mosiężna popielnica pełna była już niedopałków i popiołu. Starszy mężczyzna z mocno siwiejącymi skroniami wpatrywał się w ekran monitora stojącego na biurku. Przeglądał właśnie serwisy informacyjne w poszukiwaniu jakiegoś echa wydarzeń z ostatnich dni. Znalazł tylko kilka niusów z ogólnopolskich portali o śmierci Koszyckiego oraz o “wypadku starych, wysłużonych myśliwców produkcji radzieckiej”. Zero domysłów, domniemań. “Bardzo dobrze” – przyznał mężczyzna w duchu, sięgając kolejny raz po dymiące cygaro. Zaciągnął się trującym dymem i oparł głowę o oparcie fotela. Wypuszczał teraz metodologicznie szare kółka w powietrze. Dębowe kasetony sufitu przyćmiła siwa chmurka. W pomieszczeniu panował półmrok. Przykręcone żaluzje wpuszczały wąskie paski zaokiennej codzienności. Mężczyzna wyłączył przeglądarkę internetową i odwrócił się w fotelu, tyłem do wejścia. Ciemnobrązowe drewno użyte do wyłożenia gabinetu robiło wrażenie na każdym. Na gospodarzu pomieszczenia również. Choć miał gabinet od ponad dziesięciu lat ten sam, przez cały czas podziwiał klasę i kunszt wykonawców tej stolarki. Tuż nad biurkiem wisiał obraz – portert jakiegos polskiego szlachcica. Wzorowany na flamandzkich portrecistach. Tło było jeszcze ciemniejsze niż boazeria. Prawie tak czarne jak myśli gospodarza tego pomieszczenia. Obcowanie ze sztuka nobilitowało go . Bynajmniej w jego własnych osądach. Dawało mu awans społeczny, bez względu na ilość przelanej krwi spływającej co dzień po blacie jego biurka, jak i po jego ręcach. Choć nie podpisywał wyroków, sam je często wydawał. Za najbardziej zbrodniczy mebel jego gabinetu można by uznać nie tyle biurko, co telefon. To za jego pośrednictwem wydawał polecenia. Rozwój telefonów, przyniósł mu nowe horyzonty zbrodniczych krajobrazów. Polecenie stało się nierzadko bardziej anonimowe. Innymi razy dawało możliwość jego przyszłej ofierze przeczytać jego numer telefonu na kilka sekund przed śmiercią. Nabierało wymiaru pewnej chorej intymności znanej tylko jemu samemu i jego ofiarom.
Piękne wnętrza pomagały również myśleć. „ Rychtera i tamtego pojeba Lisieckiego nie ma praktycznie – uśmiechnął się sam do siebie – Ulińska tez przepadła. Jak ten kretyn Głuszczyk niczego nie spierdoli, najdalej za tydzień będę smażył się w haitańskim piekiełku. W końcu święty nie jestem” - był szczerze ubawiony puenta własnej produkcji. Chałupniczej, ale własnej. „Teraz trzeba tylko sprawdzić, czy oby na pewno wszystko idzie jak powinno” - na tę myśl sięgnął po telefon.
Godzina 13.20
PARK BRÓDNOWSKI – WARSZAWA
Głuszczyk wyszedł właśnie ze sklepu. Puszka coli mroziła lewą dłoń majora. Upał zbliżał się nieubłaganie. „Jeszcze z miesiąc i znowu kurwicy będzie można dostać od słońca” - meteorologiczne myśli krążyły po głowie oficera. Nagle poczuł przyjemne wibracje w kieszeni. Odebrał połączenie.
- Słucham, Głuszczyk.
- Mam nadzieję, że spełniłeś swoją obietnicę. - głos w słuchawce był niski i władczy.
- Tak. - tylko to słowo przeszło mu przez gardło. Tamten głos zawsze tak na niego działał.
- Pamiętam, jak wspaniale zabezpieczyłeś konwój i naszych gości z powietrza. Jeśli tą sprawę tak spaprałeś jak pozostałe, to lepiej juz wybieraj sobie obicia do trumny. Słyszałem, że do łask sztywnej mody wracaja atłasy.
- Wysłałem ludzi, tak szybko jak mogłem. Już teraz Rychter i jego pies powinni gryźć piach.
- Pożyjemy, zobaczymy. - rozwlekle powiedział człowiek z cygarem. - chociaż w twoim przypadku Głuszczyk, to powiedzenie może być nie na miejscu.
„Pier...ol się palancie!” - przemknęło przez myśl majora, lecz powstrzymał się od komentarzy na głos. Nie lubił dostawac telefonów od swego rozmówcy. Może dlatego, że zbyt dobrze wiedział, co one często oznaczały dla potencjalnych adresatów tych rozmów?
- A co z Ulińską?
- Ulińska? - powtórzył Głuszczyk – nie wiem gdzie jest. Zresztą, do tej pory powinna już nie żyć. Nie ma o co się martwić.
- Skoro tak sądzisz....? - ironicznie zawisł głos – tym lepiej dla ciebie. Słuchaj, mam jeszcze jedną sprawę do ciebie. Trochę bardziej... osobistą. Odnoszę wrażenie, że ludzie do których dzwonie nie lubią tego. Co ty o tym myślisz?
„Ale złosliwy suk...nsyn!!! Jeszcze w jasnowidza się pier...olony bawi!!!”
- Nie, proszę pana. Bynajmniej mnie ten problem nie dotyczy.
- To dobrze. Z tego co wiem, ci co tak myśleli szybko wyswobadzali się od swoich ... lęków.
W słuchawce było juz tylko słychać miarowe pikanie sygnału zajętości linii. Głuszczyk schował telefon i przeklinając w duchu swego mocodawcę poszedł aleją parkową w stronę swojego samochodu.
********************************************************************************
c. d. n.
p.s. kolejna moja zasda która przyjąłem w trosce o "czysty przekaz" to brak "uaktualnień wstecz"
p.s.2 sory za literówki - jest 2,12 i trochę "latają mi literki"
zapraszam do lektury
-----------------------------------------------------------
środa
godz. 11.30
Łazienki – Warszawa
Granatowy mercedes stał na parkingu przy warszawskiej Agrykoli. Rychter, po leśnej egzekucji czym prędzej pozbył się zawartości bagażnika w Komendzie Głównej. Wiedział, że zostawiając tam jednego ze swych niedoszłych katów, faktycznie skazuje go na smierć. Nie to jednak teraz go absorbowało. Miał ostrzec innego oficera operacyjnego – porucznika Łukasza Lisieckiego. Oni dwaj najbardziej narazili się Organizacji i naturalnym biegiem rzeczy królowali na jej kilerskiej topliście. Wraz z płk. Borkiewiczem zmierzali w umówione miejsce spotkania na terenie Łazienek. Właśnie dochodzili do wejścia do Łazienek - wielkiej metalowej bramy – gdy zadzwoniła komórka Rychtera.
- Słucham.
- Jestem na miejscu. Gdzie jesteś?
- Wchodzimy od Agrykoli.
- „Wchodzimy”?
- Tak, jesteśmy razem.
Rychter rozłączył rozmowę.
Borkiewicz dużo przeszedł przez ostatnie kilka dni. Był najmniej ze wszystkich zamieszany w całą historię. Jego psychika potrzebowała odpoczynku. Normalni ludzie tak mają: po intensywnych przeżyciach, skumulowanych do tego w czasie, ich mózg potrzebuje urlopu. Do chwili egzekucji w lesie (znamienne, że nadal w myślach Borkiweicz właśnie tak to nazywał - „egzekucja”) czuł, że podoła temu co niesie los. Potem już wcale nie był tego taki pewien. Historia Rychtera utwierdziła go tylko w tym przekonaniu. Nigdy nie widział jak umiera człowiek (poza filmem, rzecz jasna) a tym bardziej nie pomagał w tym. Od polityki również trzymał się na dystans – tej wielkiej sejmowej jak i tej mniejszej „garnizonowej”, jak zwykł nazywać kadrowe podchody i roszady w każdej jednostce jakiej przyszło mu służyć. Miał głęboko w dupie ile gwaizdek ma na pagonach. Liczyło się tylko latanie. Pułkownika zawdzięcza jedynie Opatrzności, która stawiała na jego drodze dowódców, którzy potrafili docenić profesjonalizm.
Setki razy przemierzał te alejki i za każdym razem rozkoszował się błogością tego miejsca. Rozpędzony świat wokół zdawał się atakować je z każdej możliwej strony , lecz nieskutecznie. Klaksony samochodów, dzwonki tramwajów wreszcie huk odrzutowców startujących z Okęcia. Park, niczym średniowieczna twierdza stawiał temu czoła. Swoim spokojem i harmonią to miejsce dawało poczucie izolacji od pędzącej na oślep Warszawy. Wrzawa miasta docierała do Łazienek niczym niewyraźny sen sprzed kilku nocy. Borkiewicz wiedział, że to niestety pozory. Z tego co sam widział i co się dowiedział od Rychtera Organizacja potrafiłą wszędzie działać sprawnie. Łazienki były miejscem równie dobrym na kolejny zamach co miński szpital. Może nawet lepszym? Stwarzały pozory bezpieczeństwa, no i były w Warszawie. Tu nawet jakby cie zastrzelili to najpierw ci zrobią zdjęcie komórką, a dopiero potem zadzwonia po karetkę – jeśli w ogóle zadzwonią. Oaza spokoju, której tak bardzo pragnął i potrzebował – nie istniała. Bynajmniej nie tutaj. Idąc zacienionymi uliczkami nerwowo rozglądał się wokół siebie. Był przyzwyczajony by walczyć o przetrwanie, lecz w powietrzu, nie na ziemi. To nie jego żywioł.
Rychter, inaczej niż Borkiewicz, pewnie kroczył przed siebie. Umówionym miejscem spotkania w krytycznych sytuacjach były właśnie Łazienki – a dokładniej, mostek przy Pałacu na Wodzie. Tuż przy sklepiku z pamiatkami. Zawsze tam było mnóstwo turystów, wiec o wmieszanie się w tłum nie było trudno. Poza tym do minimum ograniczono w parku użycie kamer przemysłowych (w porównaniu z innymi miejscami publicznymi o takiej liczbie odwiedzających). Rychter wychodził z założenia, że lepiej nie pomagac swoim prześladowcom – i tak, by pewnie tego nie docenili.
Szczupłego blondyna rozpoznał bez problemu. Stał przy stoliku z upominkami i żywo dyskutował ze sprzedawczynią. Oglądał mapę stolicy. Jedną z minimum dziesięciu rodzajów dostępnych na straganie – jak zdążył ocenić pobieżnie Borkiewicz. Blondyn sprawaił wrażenie zwykłego turysty ustalającego harmonogram swojej wycieczki z panią od pamiątek. Co kilka sekund odwracali się oboje w różne strony, wskazując coś palcami na mapie. Takie zachowanie dawało możliwość ciągłego śledzenia tego co dzieje sie wokół. W razie obserwacji nie dawało przeciwnikowi więcej informacji, niż miał dotychczas o młodym blondynie.
Łukasz tez zauważył zbliżających się dwóch mężczyzn. Jednego znał i to dość dobrze. Nawyki żywieniowe, ulubione filmy, nawet jak sypiał i z kim. Lepiej niż rodzona matka. Drugiego znał tylko z akt personalnych. Wiedział jaką rolę odegrał w zdarzeniach sprzed kilku dni. Poza tym nie wiedział o nim nic.
Lisiecki zapłacił za mapę i odszedł w kierunku oranżerii. Szedł na tyle szybko, by nie wzbudzać niczyich podejrzeń. Znał procedury na pamięć Wiedział, że kilkadziesiąt metrów za nim idzie Rychter i Borkiewicz.
Po kilku minutach cała trójka siedziała na ławeczce przy jakiś wysokich, rzadko spotykanych roślinach. Kolejne kilka minut zajęło Rychterowi przedstawienie zamachu i wiadomości, które uzyskał w trakcie „przesłuchania” oraz powodu, dla którego Borkiewicz był razem z nimi.
- I tak musielismy sie spotkać – powiedział Lisiecki po wysłuchaniu Rychtera. - Mam nowe wiadomości. Chyba wiem, co przewożono w konwoju .
- Jakim konwoju...? - zapytał się Borkiewicz
- Kolega musi nadrobic zaległości. - ironizował – Rychter – dawaj , co masz.
- Trzy dni temu graniczni trafili duzą zielona paczuszkę.
- Ładunek radioaktywny – Rychter bawił sie w tłumacza Borkieiwcza. - co z tego? Poza tym nigdzie się tym nie chwalili.
- I nie pochwala się już. Nie maja czym. Dziś rano miano przewieźć ładunek do Świerku.
- No to sobie przynajmniej na paliwku zaoszczędzą z „ate”. No dobrze, a gdzie to mogli wywieźć?
- Powinniśmy „Tam” zajrzeć.
- No to idź, zapukaj ku...wa i powiedz :”Dzień dobry, ja z WSI”. Ciekawe jak szybko cię zastrzelą?
- Tylko proponuję, nie wku...wiaj się na mnie, to nie ja ten chory system stworzyłem.
- Wiem, sory Łukasz.
- A gdybyśmy uruchomili jakiś detektor promieniowania?
- Cokolwiek uruchomimy to oni się dowiedzą i tak to w dupę sobie głęboko schowają, że żadne wykrywacze tego nie znajdą.
- Przysłuchując się waszej rozmowie choć muszę stwierdzić, że rozumiem co piąte wasze słowo, to mam pomysł jak rozwiązać wasz ... nasz problem. Przynajmniej częściowo. - nieoczekiwanie włączył się do rozmowy Borkiewicz.
Obaj członkowie SGO zrobili zaskoczone miny.
- Słuchamy...?
- Na pojutrze nasze „dwójki” miały zaplanowane loty na monitorowanie przestrzeni powietrznej pod kątem skażenia radiologicznego.
Oczy słuchaczy Borkiewicza stawały się większe z sekundy na sekundę.
- Ale zaje...isty fart! - wysyczał przez zęby Lisiecki.
- Zobaczę co będę mógł zrobić, żeby przełozyć loty. Właściwie teraz po śmierci Koszyckiego jakiekolwiek zmiany to ciężki temat
- Jurek, musisz to zrobić! Słyszysz?! - Rychter prawie szarpał ramieniem Borkeiwcza – dziś musimy zrobić pomiary z powietrza. I tak nie wiem, czy nie będzie za późno. To jedyny bezpieczny pomysł.
- Jedną chwilę – lekko zażenowany Borkiewicz wstał, by wyjąc komórkę.
- Gdzie dzwonisz? - z podejrzeniem w głosie zapytał Łukasz
- Do zastępcy dowódcy pułku. Zaraz przekonamy się co z naszymi lotami.
Godzina 13.15
SIEDZIBA WSI
Spirala dymu z cygara wzbijała się ku sufitowi. Potężna, mosiężna popielnica pełna była już niedopałków i popiołu. Starszy mężczyzna z mocno siwiejącymi skroniami wpatrywał się w ekran monitora stojącego na biurku. Przeglądał właśnie serwisy informacyjne w poszukiwaniu jakiegoś echa wydarzeń z ostatnich dni. Znalazł tylko kilka niusów z ogólnopolskich portali o śmierci Koszyckiego oraz o “wypadku starych, wysłużonych myśliwców produkcji radzieckiej”. Zero domysłów, domniemań. “Bardzo dobrze” – przyznał mężczyzna w duchu, sięgając kolejny raz po dymiące cygaro. Zaciągnął się trującym dymem i oparł głowę o oparcie fotela. Wypuszczał teraz metodologicznie szare kółka w powietrze. Dębowe kasetony sufitu przyćmiła siwa chmurka. W pomieszczeniu panował półmrok. Przykręcone żaluzje wpuszczały wąskie paski zaokiennej codzienności. Mężczyzna wyłączył przeglądarkę internetową i odwrócił się w fotelu, tyłem do wejścia. Ciemnobrązowe drewno użyte do wyłożenia gabinetu robiło wrażenie na każdym. Na gospodarzu pomieszczenia również. Choć miał gabinet od ponad dziesięciu lat ten sam, przez cały czas podziwiał klasę i kunszt wykonawców tej stolarki. Tuż nad biurkiem wisiał obraz – portert jakiegos polskiego szlachcica. Wzorowany na flamandzkich portrecistach. Tło było jeszcze ciemniejsze niż boazeria. Prawie tak czarne jak myśli gospodarza tego pomieszczenia. Obcowanie ze sztuka nobilitowało go . Bynajmniej w jego własnych osądach. Dawało mu awans społeczny, bez względu na ilość przelanej krwi spływającej co dzień po blacie jego biurka, jak i po jego ręcach. Choć nie podpisywał wyroków, sam je często wydawał. Za najbardziej zbrodniczy mebel jego gabinetu można by uznać nie tyle biurko, co telefon. To za jego pośrednictwem wydawał polecenia. Rozwój telefonów, przyniósł mu nowe horyzonty zbrodniczych krajobrazów. Polecenie stało się nierzadko bardziej anonimowe. Innymi razy dawało możliwość jego przyszłej ofierze przeczytać jego numer telefonu na kilka sekund przed śmiercią. Nabierało wymiaru pewnej chorej intymności znanej tylko jemu samemu i jego ofiarom.
Piękne wnętrza pomagały również myśleć. „ Rychtera i tamtego pojeba Lisieckiego nie ma praktycznie – uśmiechnął się sam do siebie – Ulińska tez przepadła. Jak ten kretyn Głuszczyk niczego nie spierdoli, najdalej za tydzień będę smażył się w haitańskim piekiełku. W końcu święty nie jestem” - był szczerze ubawiony puenta własnej produkcji. Chałupniczej, ale własnej. „Teraz trzeba tylko sprawdzić, czy oby na pewno wszystko idzie jak powinno” - na tę myśl sięgnął po telefon.
Godzina 13.20
PARK BRÓDNOWSKI – WARSZAWA
Głuszczyk wyszedł właśnie ze sklepu. Puszka coli mroziła lewą dłoń majora. Upał zbliżał się nieubłaganie. „Jeszcze z miesiąc i znowu kurwicy będzie można dostać od słońca” - meteorologiczne myśli krążyły po głowie oficera. Nagle poczuł przyjemne wibracje w kieszeni. Odebrał połączenie.
- Słucham, Głuszczyk.
- Mam nadzieję, że spełniłeś swoją obietnicę. - głos w słuchawce był niski i władczy.
- Tak. - tylko to słowo przeszło mu przez gardło. Tamten głos zawsze tak na niego działał.
- Pamiętam, jak wspaniale zabezpieczyłeś konwój i naszych gości z powietrza. Jeśli tą sprawę tak spaprałeś jak pozostałe, to lepiej juz wybieraj sobie obicia do trumny. Słyszałem, że do łask sztywnej mody wracaja atłasy.
- Wysłałem ludzi, tak szybko jak mogłem. Już teraz Rychter i jego pies powinni gryźć piach.
- Pożyjemy, zobaczymy. - rozwlekle powiedział człowiek z cygarem. - chociaż w twoim przypadku Głuszczyk, to powiedzenie może być nie na miejscu.
„Pier...ol się palancie!” - przemknęło przez myśl majora, lecz powstrzymał się od komentarzy na głos. Nie lubił dostawac telefonów od swego rozmówcy. Może dlatego, że zbyt dobrze wiedział, co one często oznaczały dla potencjalnych adresatów tych rozmów?
- A co z Ulińską?
- Ulińska? - powtórzył Głuszczyk – nie wiem gdzie jest. Zresztą, do tej pory powinna już nie żyć. Nie ma o co się martwić.
- Skoro tak sądzisz....? - ironicznie zawisł głos – tym lepiej dla ciebie. Słuchaj, mam jeszcze jedną sprawę do ciebie. Trochę bardziej... osobistą. Odnoszę wrażenie, że ludzie do których dzwonie nie lubią tego. Co ty o tym myślisz?
„Ale złosliwy suk...nsyn!!! Jeszcze w jasnowidza się pier...olony bawi!!!”
- Nie, proszę pana. Bynajmniej mnie ten problem nie dotyczy.
- To dobrze. Z tego co wiem, ci co tak myśleli szybko wyswobadzali się od swoich ... lęków.
W słuchawce było juz tylko słychać miarowe pikanie sygnału zajętości linii. Głuszczyk schował telefon i przeklinając w duchu swego mocodawcę poszedł aleją parkową w stronę swojego samochodu.
********************************************************************************
c. d. n.


