"Stalowy honor" - wersja baaardzo robocza :)
: 29 paź 2004, 19:52
jak pisdałem wcześneij parcuje nad tym opowiadaniem długo. w rękopisie mam jakies 30 stroniczek. proszę o naukę, pokutę i rozgrzeszenie 
STALOWY HONOR
PONIEDZIAŁEK 5.30 RANO \ NAD MIŃSKIEM MAZOWIECKIM
Promienie wschodzącego słońca odbijały się od skrzydeł nadlatującego MIG-a-21. Myśliwiec wchodził w ciasny zakręt, zmieniając tor lotu o 270 stopni. Skrzydła o profilu delta ukazały na swej dolnej powierzchni biało-czerwone szachownice.
- Wieża kontroli lotów do dziewięćdziesiąt dwanaście. Na twojej drugiej grasuje jakiś mały samolot. Nie odpowiada na nasze wezwania. Wykonuje chaotyczne ruchy. Prawdopodobne zasłabnięcie pilota.
- Roger ,przejmuję go - pilot wojskowego odrzutowca zerknął na radar - Nie mam nawet odbicia - zameldował do wieży.
- Niemożliwe - zabrzmiał niedowierzająco głos w słuchawkach lotniczego hełmu - Rozejżyj się wokół , on gdzieś tam musi być, mam wyraźny sygnał. Pilot zaczął przeczesywać przestrzeń dookoła, lecz niczego nie dostrzegł - tu też niczego nie było. Niebo powyżej było pełne błękitu. Panowała wyjątkowo słoneczna pogoda. Dla zwykłych ludzi była to idealna aura, lecz nie dla pilota, który miał odnaleźć na jasnym widnokręgu srebrzysty punkcik wielkości muchy. Promienie porannego słońca odbijały się w szybie owiewki odrzutowca , niemiłosiernie oślepiając płk Jerzego Borkiewicza.
- Kontrola lotów do dziewięćdziesiąt dwanaście.
- Tu dziewięćdziesiąt dwanaście.
- Straciliśmy obiekt z radaru.
- Wszystko po staremu -mruknął do siebie pilot - sprawdzę jeszcze raz ten teren i wracam na lotnisko.- Myśliwiec radzieckiej produkcji zatoczył jeszcze kilka kręgów penetrując dokładnie przestrzeń .Poza grupką osób spoglądających w niebo płk Jerzy Borkiewicz nie zauważył żadnych innych ludzi lub pojazdów.
- Tu 9012 Wchodzę na 7 5 0 0 na 1 2 0. Wracam na lotnisko.
- 9012 Masz moje błogosławieństwo.-odezwał się głos kontrolera lotów - A propos gen. Koszycki chce cię widzieć
- Póki co może mi nadmuchać-wesoło skomentował pilot
- O tym też porozmawiamy pułkowniku - groźnie zadudnił głos dowódcy bazy.
- Tak jest ,panie majorze -odpowiedział Borkiewicz nie mogąc ukryć zmieszania -"Cholerny palant" - pomyślał -" Takich jak on powinno się stosować zamiast SIDEWINDERÓW Każdy do kogo się zbliży ginie natychmiast"
1 PLM."WARSZAWA"
Asfaltowa płyta lotniska połyskiwała w słońcu. Na końcu pasa startowego czekał zaparkowany UAZ, a w nim kierowca dowódcy bazy. Na horyzoncie, powyżej linii lasu wyłoniła się strzelista sylwetka najpopularniejszego, radzieckiego myśliwca. MIG-21 podchodził właśnie do lądowania, tylne podwozie "uszczypnęło" nawierzchni pasa, unosząc przy tym pióropusze dymu spod kół. Myśliwiec przyziemił i przemknął kilkaset metrów. Gdy samolot kołował na stojankę, UAZ ruszył w kierunku maszyny. Kierowca miał jak najszybciej dostarczyć pilota do dowódcy bazy – generała Koszyckiego. Z tonu przełożonego wnioskował, że jego dalsza kariera w tej jednostce, zależy od tego zdarzenia. Płk Borkiewicz schodził właśnie po drabince ze swego samolotu, gdy, podjechała doń wojskowa terenówka.
- Kazano mi pana, pułkowniku zawieźć jak najszybciej do dowódcy.
- Aż tak źle? -zapytał, idąc do samochodu, pilot
- Nic ponadto nie wiem panie pułkowniku – Borkiewicz wsiadł do samochodu i myślami był już w gabinecie swego szefa. Widział oczyma wyobraźni, jak dostaje burę od przełożonego, a po niej, wylatuje z hukiem z armii. Był świadom, że po ostatniej naganie, może mieć poważne problemy. Generał nie był zwolennikiem solowych popisów pilotażu, płk zaś nie dał sobie w kaszę dmuchać. Ci dwaj oficerowie stanowili odmienne bieguny, tej samej cząsteczki. Wszyscy w bazie wiedzieli, że niezdrowo było by się dostać między te dwie silne osobowości. UAZ zaparkował przy budynku dowódcy bazy.
- Nie odjeżdżaj, może odwieziesz mnie na dworzec - powiedział Borkiewicz wysiadając z samochodu - albo do szpitala-rzucił na odchodne.
- Mam nadzieję, że to drugie - odpowiedział szofer - bez pana ta baza skostnieje. Powodzenia! - Pułkownik uśmiechnął się przez ramię:
-Ja też jestem dobrej myśli. Wolę miesiąc chorobowego, niż dzień lotów turystycznych, z obrzydliwie bogatymi cwaniakami.
POKÓJ GENERAŁA KOSZYCKIEGO
Gabinet generała był małym pomieszczeniem, z nieco surowym wystrojem: drewniane biurko, stylowy wazon z kwiatami w rogu pokoju, prosty regał na książki oraz zdjęcia samolotów na szaroniebieskich ścianach. Nad biurkiem, za plecami dowódcy wisiało godło państwowe, a pod nim reprodukcja obrazu Kossaka z marszałkiem Piłsudskim na koniu. Osoba właściciela pomieszczenia była idealnie wkomponowana w jego wystrój. Pochmurne oblicze, z kamiennym spojrzeniem, przeszywającym swych gości na wylot, dopełniało spartańskiej atmosfery tego lokalu. Na korytarzu rozległy się miarowe kroki, a po nich pukanie do dębowych drzwi gabinetu.
- Wejźć! - głuchy głos dobiegł z wewnątrz. Drzwi otworzyły się ukazując wysoką sylwetkę pułkownika Borkiewicza.
- Melduję się na pański rozkaz - zasalutował wchodzący żołnierz. Gospodarz zmierzył wzrokiem przybyłego.
- Siadajcie Borkiewicz. Mamy kilka spraw do omówienia. - Pułkownik był szczerze zaskoczony uprzejmością swego dowódcy. Wykonał posłusznie polecenie i czekał na dalsze.
- Po pierwsze: jako jedyny pilot z tego pułku zostaliście wyznaczeni na DOL, po drugie: nie rozpieprzcie następnego MIG-a, po trzecie: macie naganę z wpisem do akt za jawne lekceważenie poleceń przełożonego. Czy macie jakieś pytania? To dobrze - dodał pospiesznie - Od tej chwili macie ćwiczyć noc i dzień, chcę widzieć najlepszego z najlepszych...
-... Już go pan widzi - wtrącił płk
- Nie chcę tam tresowanej małpy z cyrku, tylko prawdziwego zawodowca - żachnął się dowódca - Przez twoje popisy straciłem jeden samolot , teraz Wielki Brat nie rozdaje myśliwców na prawo i lewo, tylko równa z ziemią Grozny. A z "góry" dostaniesz co najwyżej po premii.
- Zrozumiałem panie generale. Jeśli to wszystko, pozwoli pan że oddalę się i zacznę przygotowania? – z ironią w głosie zameldował pułkownik.
Dowódca skinął głową na znak przyzwolenia.
- Co w was wstąpiło płk, taka grzeczność w pana ustach, przecież to panu nie przystoi – odpłacił się dowódca. Zaczepka słowna pozostała bez odzewu. Gdy pilot otwierał drzwi usłyszał głos za sobą:
- Zostały dwa tygodnie, nie zmarnuj tego czasu.
Wychodzący spojrzał przez ramię:
- Tak jest panie generale.
Następne dni były bliźniaczo podobne do siebie: lądowania na połowie długości pasa, na przemian z lotami na przechwycenie. Co wieczór płk dokładnie studiował raporty meteo na przyszły dzień i profile techniczne innych maszyn biorących udział w ćwiczeniach. Ćwiczenia DOL< Drogowy Odcinek Lotniskowy> odbywają się już od kilku lat. W europie DOL-e wykonują tylko Polacy, Szwedzi i Finowie. Sama filozofia jest prosta - wylądować na wydzielonej części autostrady o długości 2 tyś metrów i szerokości 14. Po obydwu jej stronach rosną piękne, wysokie drzewa. Prędkość podchodzenia do lądowania oscyluje wokół 350km\h, za sterami muszą więc siedzieć ludzie o stalowych nerwach. Płk Borkiewicz uczestniczył w ćwiczeniach pod Szczecinem już po raz drugi. Lubił wyzwania, którym trudno podołać- DOL nie wątpliwie takim był.
POKÓJ PŁK BORKIEWICZA
Na budziku dochodziła piąta rano, przyszły uczestnik DOL-u szykował się właśnie do wyjścia gdy zadzwonił telefon na biurku.
- Słucham, płk Borkiewicz.
- Sierżant sztabowy Sochocki z tej strony, macie rozkaz natychmiast stawić się na lotnisku. Kod czerwony. - głos w słuchawce zdradzał emocje rozmówcy.- Za chwilę przyjedzie po was samochód.
- Jestem gotów -płk odpowiedział i zastanawiał się co mogło się wydarzyć " Komu o piątej rano chce się buszować w zakazanej strefie lotów? Pewnie nawalił w samolocie GPS ; ale co z radiostacją? I tak się wszystkiego dowiem na miejscu." - pomyślał zrezygnowany. Gdy wychodził z klatki schodowej swojego bloku zobaczył zbliżającego się z oddali UAZ-a; skierował swe kroki w kierunku nadjeżdżającego wojskowego samochodu terenowego. Po kilkunastu sekundach Borkiewicz siedział już wewnątrz pojazdu. Znajomy kierowca dowcipkował jak miał w swym zwyczaju:
- Komuś zachciało się robić darmowe pokazy - pasażer nasłuchiwał z zaciekawieniem - Podnieśli w powietrze wszystkie "suki" . "Dwudziestki dziewiątki" grzeją się na "stojankach"
- To dlaczego mnie tam wzywają?
- Potrzebna jest każda para skrzydeł - krótko skwitował kierowca udając, że nie obchodzi go wiele temat rozmowy.
- Tyle, to już się sam domyśliłem - spojrzał na swego rozmówcę - może powiedziałbyś coś nowego?
- Wiem tylko tyle, że stary mało nie wykorkował. Groził mi, chyba już czwarty raz w tym miesiącu, że wylecę z armii na zbity pysk, jeżeli pana nie przywiozę na czas.
- Ktoś mu zrobił porządne kuku.
- Jemu, albo...nam.
Oczy pułkownika wpatrywały się w kierowcę niczym w celownik.
- Powiedz co wiesz naprawdę?
- To tylko plotka...
- Kto jak kto, ale ty "Ździebko" komisją etyczną nie musisz się przejmować.
Kierowca miał opinię żywej agencji prasowej. Jeśli ktoś czegoś nie wiedział, wystarczyło tylko znaleźć kaprala Kotkowskiego pseudonim „Ździebko” i wszystko się wyjaśniało.
- Prawdopodobnie ruskie "hokeje" chciały się wykąpać na mazurach. Twarz Bokiewicza nieco spoważniała:
- No widzisz "Ździebko", nawet nie bolało.
W kręgach lotniczych mówiło się o rosyjskich MI-24 grasujących na granicy z Obwodem Kaliningradzkim, ale nigdy nie zapuszczały się dalej niż kilkanaście kilometrów w głąb.Za to nigdy na odwrót: uzbrojone po zęby "rydwany ognia" pełzły niczym cienie wzdłuż granicy utrzymując na dystans polskie śmigłowce. Kilka razy pogranicznicy na MI-8 psuli nerwy rosjanom lecąc wzdłuż granicy. Niedawni jeszcze sojusznicy, teraz byli po różnych stronach -czychając na błędy przeciwnika nawet przez kilkanaście minut. Do tej pory obyło się bez żadnych incydentów z użyciem broni. Każdy miał nadzieję utrzymać ten stan rzeczy nadal. Samochód dojechał właśnie do bazy. Wartownik zasalutował po czym zameldował:
- Proszę jechać na stojankę, rozkaz dowódcy - Borkiewicz skinął głową na znak przyjęcia do wiadomości
- Komuś się spieszy - skomentował kierowca UAZ-a.
- Samolot czeka w pogotowiu, panie pułkowniku.-dorzucił wartownik
- Dziękuję. Jedziemy – płk. zwrócił się do kierowcy.
Jechali wzdłuż MIG-ów 21 ustawionych rzędem. Przy, lub -na każdym z nich krzątali się mechanicy i reszta obsługi naziemnej, przygotowując maszyny do startu. Wojskowe cysterny połączone były z samolotami grubymi, czerwonymi wężami, tłocząc wysokooktanowe paliwo do zbiorników umieszczonych w skrzydłach. Niektóre z nich miały podczepiane zbiorniki pod kadłubem.Za to do wszystkich montowana była amunicja i pociski rakietowe AA2 klasy SIDEWINDER. Myśliwiec z numerem bocznym 9012 stał jako ostatni w rzędzie. Czerwone cyfry w białych obwódkach wyróżniały się z daleka na metalicznie lśniącej burcie samolotu. Podniesiona owiewka i przywieszona drabinka to stały element lotniczego "krajobrazu" w czasie przygotowań samolotu do lotu. Płk Borkiewicz obszedł swojego MIG-a sprawdzając mocowania rakiet i anten. Z kabiny wychylił się mechanik zwracając się do pilota:
- Wszystko w porządku, gotowy do startu.
- Dziękuję.- płk po przeglądzie swego samolotu skierował swe kroki do myśliwca stojącego po sąsiedzku. Miał numer boczny 9009, latał nim skrzydłowy Borkiewicza - porucznik Grzegorz Wilk. Był świeżo upieczonym pilotem, ale brak praktyki nadrabiał wyobraźnią i wyczuciem. To wystarczyło płk, by mu w zupełności ufać.
- Jak samopoczucie "Wilczek"? spytał prowadzący
- Gówniane, panie pułkowniku - zasalutował przy tych słowach porucznik - z "giełdy" wiem, że mamy polować na "hokeje", czy to prawda?
- Gdybym to wiedział na pewno, siedziałbym już w kokpicie, podobnie jak ty.
Porucznik był niskim, młodym człowiekiem o okrągłej i zawsze uśmiechniętej twarzy. Jako skrzydłowy Borkiewicza latał od roku - mieli do siebie zupełne zaufanie. Skończył właśnie sprawdzanie swej maszyny i usadowił się w kabinie. Prowadzący poszedł w jego ślady i połączył się z wieżą kontroli lotów. Dostał rozkaz zapuszczenia silników i oczekiwania w pogotowiu. Przez następne dwie minuty, razem z porucznikiem oczekiwali w napięciu rozwoju sytuacji, po tym czasie odezwał się w słuchawkach dyspozytor lotów:
- Wieża do 9012.
- Tu 9012, czekamy na instrukcje.
- Kołujcie na start z pasa nr.3,po wejściu na 1 5 0 0 skierujcie się na 1 4 5 .
- Roger.
Para srebrnych MIG-ów wkołowała na pas startowy nr.3, ostatnie próby usterzenia i uzbrojenia dały pozytywne wyniki. Turbiny wchodziły na wyższe obroty rozgrzewając do czerwoności dysze, nagle, z silników obu myśliwców wystrzeliły pomarańczowo - fioletowe płomienie, sygnalizując tym samym włączenie dopalaczy. Piloci, na chwilę przed dodaniem mocy do silników puścili hamulce. Efekt, był mniej więcej taki, jakby w jednej chwili spuścić ze smyczy dwa wściekłe wyżły: pełne agresji bestie pomknęły przed siebie pożerając przestrzeń z przerażającym hukiem. Oderwały się od pasa, stwarzając wrażenie mitycznych potworów mogących zmieść wszystko z powierzchni ziemi, niczym puch. Odrzutowce leciały równo niczym swe odbicia w lustrze. Precyzja w dublowaniu manewrów przez skrzydłowego była godna podziwu - tak lata elita myśliwców.
- 9012 do wieży, czekamy na instrukcje. - spokojnym głosem zakomunikował prowadzący
- Tu wieża. Przed wami zlokalizowano cztery MI-24, nie odpowiadają na wezwania radiowe - sprowadźcie ich na ziemię. Macie zakaz używania broni. Powtarzam: ZAKAZ UŻYCIA BRONI.
Twarz Borkiewicza nabrała brzydkiego grymasu:
- Ciekawie czym mamy ich zmusić do posadzenia na ziemi?
- Jesteście pomocą dla pary SU-22.- komentował głos z wieży.
- Od razu mi ulżyło - skwitował "wilczek" - zginiemy jako deser.
- A chcecie skończyć jak wasz prowadzący? - zabrzmiał w słuchawkach głos generała. - Melduję, że zawsze chciałem zostać pułkownikiem.
- Nie przeginajcie poruczniku. widzę, że głupota i beszczelność pułkownika Borkiewicza są zaraźliwe. Czy zrozumieliście polecenie od kontrolera lotów?
- Tak jest.
- Wykonać! - ton głosu dowódcy bazy był śmiertelnie poważny.
* * * * * * *
Para myśliwców przemierzała przestrzeń kierując się na północ. Zeszli na niższy pułap kierując się nad Wisłę. Lustro wody odbijało rosnącą na brzegach roślinność. Samoloty zeszły na wysokość kilkunastu metrów. Widok roztaczający się z kokpitu pilotów przypominał ten z tanich gier komputerowych. Szybko zmieniająca się panorama przed dziobem odrzutowców wymuszała na pilotach nieludzką wręcz prędkość reakcji. Kręty, wodny, szal rzeki przelatywał pod stalowymi skrzydłami MIG-ów, tak, że zdawało się, iż myśliwce mkną po wodzie niczym skrzydlate motorówki.
- Jeżeli nie możemy ich drasnąć, to przynajmniej sami musimy na nich uważać.-usprawiedliwił swą decyzję o zmianie wysokości prowadzący.
- U mnie na radarze pusto...- zameldował porucznik, lecz nagle zmienił się jego ton wypowiedzi-... mam coś na drugiej! - krzyknął - pięć kilometrów stąd, na kilkudziesięciu metrach, sygnał często zanika, lecą jak my.
- Wieża do 9012 – zaskwierczał nerwowy głos w słuchawkach - mamy HIND - y niecałe pięć kilometrów od was
- To już zdążyliśmy zauważyć, macie coś nowego? - zapytał Borkiewicz - Co z innymi?
- Resztą zajęły się SU-22.-lakonicznie brzmiała odpowiedź kontrolera lotów - Pamiętajcie macie zakaz używania broni , BEZWZGLĘDNY
- Ciekaw jestem czy "suki" używały voodoo do posadzenia MI-24? - skomentował "Wilczek" - A może po prostu ładnie poprosili ?
- "Wilczek" bo nawet nie podzielisz mojego losu. Jak się generał dowie. - ostrzegł pułkownik - Nie zdążysz załapać się nawet na kapitana
- Przepraszam panie pułkowniku.
- Nie przepraszaj tylko ciszej komentuj.
Para myśliwców pożerała wszystko co było przed nią z prędkością zbliżoną do prędkości dźwięku. Tuż nad linią horyzontu pojawił się malutki, czarny punkcik, który po chwili rozdzielił się na dwa nieco większe. Przybliżały się z sekundy na sekundę kreśląc w przestrzeni swój zarys. Teraz można było już rozróżnić belki ogonowe i kabiny śmigłowców.
- 9012 do wieży. Znaleźliśmy właśnie gruchającą parkę.- zameldował płk.
- Posadźcie ich na ziemi, tylko bez strzelaniny.
- Nie wydaje ci się, że się powtarzasz?
- Wykonuję polecenia dowódcy.- sztywno wyjaśnił kontroler lotów, który przed momentem zdążył objąć służbę -Zatrzymać bez użycia broni.
- Roger - krótko uciął Borkiewicz - "Wilczek" wejdź na 1 8 0 0 na 2 3 0. Ja pogadam z "hokejami".
- Robi się - myśliwiec lecący na pozycji prowadzonego odchylił się w prawo unosząc nieco dziób w górę. Zwiększył pułap o trzysta metrów wprowadzając poprawkę do swego kursu. Znajdował się teraz ponad swym partnerem oraz parą MI-24. Krajobraz z kokpitu przypominał panoramę z tarasu widokowego, wszystko było dostrzegalne jak na dłoni
- "Wilczek" na pozycji.
- Dobrze - skinął głową płk jakby rozmówcę miał przed sobą. Zmniejszył moc silnika, choć wiedział, że i tak "przejdzie" śmigłowce. Leciał za szybko, lecz gdy zbliżał się do poszukiwanej pary nie dostrzegł oznaczeń na ich kadłubach. Zajął miejsce przed nimi machając delikatnie skrzydłami. Chcąc sprawdzić skutek swych działań, zmienił kurs o 45 stopni w lewo. Posunięcie to nie przyniosło oczekiwanych rezultatów.
- Patrol wojskowy do nie oznakowanych MI-24 - zaczął Borkiewicz - naruszyliście Polską przestrzeń powietrzną. Jeżeli nie polecicie za mną na najbliższe lotnisko, będę zmuszony was zestrzelić.
- Przecież masz zakaz użycia broni - pewnie powiedział obcy głos w eterze - Odpuśćcie sobie nas i skoczcie na śniadanie do jakiejś dobrej knajpki.
Słowa te zbiły z tropu Borkiewicza ."Musieli wisieć na radiu" - przemknąło przez myśl pilota myśliwca z numerem bocznym 9012
- Powtarzam lećcie za mną. - stanowczo rozkazał dowódca patrolu. Ze strony piratów powietrznych nie było żadnej reakcji.
- Słyszałeś "Wilczek"? Zaczynamy balet, ja schodzę z parkietu. - W słuchawkach lotniczych dało się słyszeć podwójny trzask, co oznaczało zgodę. Myśliwiec dowódcy zszedł z kursu w lewo, a tymczasem znajdujący się trzysta metrów powyżej porucznik Grzegorz Wilk rozpoczął procedurę przewidzianą w takich przypadkach. Był świadom, że miał zakaz otworzenia ognia. Nos MIG-a 21 z numerem bocznym 9009 pochylił się ku dołowi , zaś cała sylwetka samolotu przechyliła się delikatnie, schodząc na lewe skrzydło. Pilot ustawił celownik na przestrzeń tuż przed pierwszym śmigłowcem, po czym odbezpieczył i nacisnął spust na drążku. Seria z karabinu GP9 pomknęła w stronę radzieckich śmigłowców. Naboje kalibru 23mm przeleciały tuż przed kadłubem "rydwanu ognia". Jego pilot zareagował automatycznie: zwiększył obroty głównego rotora i przechylił maszynę w lewo, prowadzony MI-24 "wszedł" pod swego dowódcę z nieznacznym opóźnieniem. Oba statki powietrzne zeszły w dół. Na wysokości kilkunastu metrów nad ziemią nieoznakowane samoloty pochyliły nosy ku dołowi, zwiększając tym samym prędkość do niebezpiecznej na tym pułapie. Płk Borkiewicz w tym samym czasie zszedł ze swego poprzedniego kursu w lewo, dając polecenie swemu podwładnemu do wystrzelenia ostrzegawczej serii. Myśliwiec 9012 zatoczył kręg o promieniu 360 stopni. W momencie kończenia manewru, zobaczył jak jego skrzydłowy wdał się w pościg za dwoma uciekinierami. Obydwaj oficerowie byli świadomi tego, że każdy metr niżej to mniejsza szansa na sukces - śmigłowce na niskich pułapach czują się jak ryba w wodzie. Małe wysokość i predkość to pięta achillesowa myśliwców o napędzie odrzutowym.
- Zbiegowie zeszli łowić ryby - zakomunikował 9009 - zaraz ich przejdę.
- Musimy ich trzymać na krótko. - powiedział płk – Muszą gdzieś wylądować. Mają co najwyżej jeszcze jakieś 130 - 140 km lotu przed sobą
- Roger. Należą do pana, pułkowniku. Odchodzę na kontakt wzrokowy do przodu
- 9012 do wieży. Zaczynam pościg za zbiegami. Jestem na 50 metrach, utrzymuję ich kurs.
POKŁAD DOWÓDCY GRUPY MI-24
Dwaj mężczyźni w mundurach polskiego lotnictwa wojskowego siedzieli w dzielonej kabinie śmigłowca. Pierwszy z nich - pilot, znajdujący się powyżej, nerwowo zerkał ku górze, wypatrując grupy pościgowej. Dostrzegł jak lecący za nimi myśliwiec dodaje mocy i oddala się do przodu pozostawiając za sobą cienkie smużki pary kondensacyjnej powstałej na krawędzi spływu skrzydeł.
- "Młody" sobie odpuścił, został tylko Borkiewicz,- przekazał pilot do strzelca pokładowego, siedzącego poniżej - jeżeli będzie sprawiał problemy - zestrzel go na mój znak
- Zrozumiałem.
- HIND 1 do Centrum.- wywoływał pilot.
- Zgłasza się Centrum.
- Za dwie minuty będziemy nad celem. Potrzebne wsparcie, mam na ogonie Borkiewicza, "młody" "przeszedł nas", ale coś pewnie jeszcze zmajstruje.
- Na miejscu czeka "Matrioszka" z ludźmi, to musi ci wystarczyć.
- Mają wyrzutnie pocisków niekierowanych?
- Tak.
- Wystarczy- pewnie skomentował rozmówca ze śmigłowca - Ile zostało czasu? - zwrócił się do strzelca poniżej
- Jeden dwadzieścia - brzmiała krótka odpowiedź. Dowódca włączył interkom pokładowy:
- Panowie, za minutę będziemy nad celem - zwrócił się do siedzących w części transportowej młodych mężczyzn
- Zauważyliście zapewne że mamy drobne problemy z nadgorliwymi pilotami, lecz zapewniam - to tylko przejściowe niedogodności, zaraz będzie po kłopocie. - po obecnych wewnątrz przeszedł drobny szmer zniecirpliwienia
- Co z Borkiewiczem? – padło pytanie do strzelca pokładowego
- Leci cały czas za nami, powoli zbliża się...
- Jest już "Matrioszka" - poinformował pilot i wyszczerzył zęby w krzywym uśmiechu widząc w oddali szarego Kraz-a z kilkoma osobami kręcącymi się obok
- Borkiewicz straci drugi myśliwiec...
LAS W OKOLICACH WYSZOGRODU
Ciężarowy samochód zatrzymał się przy linii lasu zostawiając za sobą głębokie koleiny wyryte w błotnistej drodze. Z oplandekowanej naczepy wojskowego Kraza wyskoczyli mężczyźni uzbrojeni w pistolety maszynowe , ubrani w wojskowe "panterki". Było ich sześciu: dwóch z nich pozostało przy samochodzie, czterech wyszło na skraj polany. Kierowca pozostał w kabinie przypalając papierosa. Wyrzucona za okno zapałka tliła się jeszcze kilkanaście sekund na mokrej ziemi, po czym zgasła nagłym wybuchem płomienia. Stojący przy ostatnich rzędach drzew obserwowali monotonną Wisłę, która o tej porze roku raczy swym pięknem każdą czułą na piękno duszę. Jednak ci obserwatorzy nie grzeszyli wrażliwością. Z ich twarzy płynęła agresja i obojętność w stosunku do wszystkiego i wszystkich. Jeden z nich miał oprócz pistoletu maszynowego, również ręczną wyrzutnię rakiet niekierowanych. Gdy reszta patrzyła się z tępym wyrazem twarzy przed siebie, ten jeden mężczyzna pilnie zajmował się składaniem i uzbrajaniem dodatkowego wyposażenia. Nagle, w kabinie ciężarówki zaskwierczało radio
- "Matrioszka", zbliżają się nasi. Mają eskortę, zdejmijcie ich. Tylko szybko!!! - Kierowca podskoczył jak oparzony. Jednym susem znalazł się na ziemi, zatrzaskując za sobą skorodowane drzwi radzieckiego samochodu.
- Sasza !!! Nasi mają obstawę, trzeba im pomóc !!!
Mężczyzna z ręczną wyrzutnią błyskawicznie zareagował repetując broń.
- Za ile tu będą? - spokojnie spytał.
- Są już niedaleko! - nerwowo gestykulował "Matrioszka"- Rusz się !!! - Sasza wycelował w niebo wylot lufy. Z oddali dobiegł huk silnika odrzutowego. Z północy zbliżał się z dużą prędkością MIG-21, leciał około stu metrów nad ziemią. Za nim w tle, na niebie ukazały się dwa śmigłowce i inny MIG-21. Miały niższy pułap i leciały wolniej. Gdy pierwszy z myśliwców nadlatywał nad polanę, Sasza pociągnął za spust. Pocisk pomknął w kierunku celu z cichym szumem, pozostawiając za sobą siwą smużkę na niebie. Samolot zrobił nagły zwrot przez prawe skrzydło, lecz nie uniknął zderzenia z nadlatującym pociskiem. Rakieta rozerwała poszycie skrzydła prowadząc do eksplozji zbiornika paliwa. MIG-21 kilka sekund wirował wokół własnej osi, po czym zderzył się z ziemią. Eksplozja samolotu wstrząsnęła powietrzem, niosąc ognisty powiew w najdalsze zakamarki lasu. Nie fala, lecz sztorm akustyczny przeciął okolicę, napełniając ją dzikim odgłosem wybuchu. Płk Borkiewicz ściągnął swój myśliwiec w niemal pionowe położenie. Przeciążenie od razu dało o sobie znać. Białka oczu pilota zaszły krwią, a skóra na twarzy nienaturalnie nabrzmiała.
- Sukinsyny !!! –wydarło się z piersi płk – Zestrzelili „Wilczka” !!! Powtarzam zastrzelili 9009!
- Tu wieża zawracaj do bazy! – mówił głos w słuchawkach
- Sprawdzę, może się katapultowął – nalegał pilot
- Wyślemy tam patrol – oznajmił generał, który już przejął mikrofon w wieży. – Wracaj jak najszybciej do bazy. Zostaw ich !!! – gen. wyraźnie krzyczał podenerwowany.
MIG-21 z numerem 9012 wchodził właśnie już na dwieście metrów, gdy kątem oka płk zauważył białą smużkę zbliżającą się do lewego skrzydła odrzutowca. Odruchowo zrobił zwrot bojowy przez prawe skrzydło i zaczął piąć się ku górze włączając dopalacz.
- 9012, mam rakietę ziemia –powietrze na ogonie.
- Pozbądź się jej – zakomunikował dowódca
- Łatwo powiedzieć – powiedział sam do siebie Borkiewicz
Pocisk zbliżał się cały czas, z sekundy na sekundę był coraz bliżej skrzydła. Pilot 9012 wiedział, że największym przeciwnikiem była teraz prędkość. W tym momencie zaświtała w głowie pilota myśl na wagę życia. Nagle oddał drążek kierując się niemal pionowo w dół. Wskazówka wysokościomierza mknęła wstecz jak oszalała. Dystans pomiędzy samolotem i pociskiem nadal malał. Na horyzoncie pilot dostrzegł wzniesienia, które układały się poprzecznie do toru lotu. To była szansa, której nie wolno mu było zaprzepaścić. Odległość między ziemią i samolotem malała, 800, 750, 650 metrów. Gdy licznik pokazał 300 metrów Borkiewicz odpalił rakietę ATOL, która uderzyła w jedno ze wzniesień poniżej, doszczętnie je burząc. Głowica termiczna pocisku wystrzelonego z ziemi zmieniła sobie obrany wcześniej cel, z dyszy wylotowej MIG-a 21 na eksplodującą rakietę ATOL. Borkiewicz ściągnął samolot na siebie. MIG-21 przemknął kilkanaście metrów powyżej koron drzew, porastających okoliczne zbocza. Odgłos eksplozji rakiet zmieszał się z rykiem silnika odrzutowca.
BAZA WOJSKOWA W MIŃSKU MAZOWIECKIM
Pułkownik Borkiewicz minął właśnie koszary kierując się do budynku dowódcy bazy. „Wściekły”, to zbyt delikatne stwierdzenie, jakiego można użyć w stosunku do uczuć, jakie miotały duszą pilota. Nawet nie zauważył, kiedy przekroczył próg gabinetu generała Koszyckiego.
- Czy coś wiadomo o „Wilczku”? – wyrzucił z siebie jednym tchem.
- Na razie nic. Wysłałem żandarmerię i Sokoła w rejon wypadku. To teren lesisty, nie spodziewaj się cudów...
Furia Borkiewicza znalazła wreszcie ujście:
- Kto wydał zakaz strzelania ?
- To nie jest w tym momencie najistotniejsze...-pośpiesznie rzucił generał
- Jest! Ten ktoś skazał nas na pewną śmierć! Czy to też nie jest „najistotniejsze w tym momencie” ?
- Przypominam wam Borkiewicz, że jak na razie to ja tu jeszcze dowodzę i jestem starszy stopniem. Spowiadać się przed wami nie mam zamiaru.
- Nie interesują mnie pana zamiary, generale. – Borkiewicz patrzył wprost w oczy Koszyckiego - Dlaczego nie mogliśmy uziemić tych sukinsynów ?!
- Bo wydałem taki rozkaz! Jasne ?!
Krzycząc, generał zerwał się zza swego biurka. Oparł ręce na blacie i cedził słowa :
- nie masz prawa oceniać moich rozkazów. Ty je masz po prostu w y k o n y w a ć ! kiedy to do ciebie dotrze ?!
Oblicze pilota było przeciwieństwem tego, co czuł wewnątrz. Źrenice jego oczu przeszywały rozmówcę na wylot groźnym spojrzeniem.
- Jak dawno temu wyleciał Sokół ? – przejmująco chłodnym tonem zapytał Borkiewicz.
- Od razu po twoim meldunku. Do tej pory go nie znaleźli.
- A co z tymi na ziemi ?
- Właściwie, to nie ustaliliśmy czy tam ktoś był ,a jeśli tak, to czy od ich strzału zginął „Wilczek”.
Pułkownik mierzył spojrzeniem sylwetkę swego dowódcy. Zbyt długo służył w armii, by czuć się oszukanym, lub zdradzonym. Do takich przypadków zdążył już przywyknąć. Nie mógł jednak przez cały okres służby, pojąć dlaczego muszą ginąć ludzie przez błędy innych.
- Skoro pan go już traktuje jak zmarłego, to po co ta cała szopka z żandarmerią ? – zapytał.
Koszycki przez moment sprawiał wrażenie zbitego z tropu, lecz po chwili odzyskał równowagę i ze spokojem w głosie powtórzył.
- Powiem ci jeszcze raz, bo może się seplenię. Ja tu wydaję rozkazy, a ty je wykonujesz.
Borkiewicz zaczął bawić się nerwowo szarym długopisem, który leżał na biurku.
- Zapłacisz mi za to i to nie długo. – warknął na od chodne, podnosząc się z fotela. – Muszę wrócić do swoich zajęć. – Powiedział z przekąsem w głosie. – Mam ćwiczyć DOL– e.
Generał odwrócił się tyłem do drzwi. W oknie swojego gabinetu podziwiał właśnie sylwetkę MIG-29 startującego do lotu patrolowego nad terenem północnego mazowsza.
Borkiewicz od razu, po niewybrednej konwersacji z przełożonym udał się do hangarów. W otwartych na oścież drzwiach ukazały się sylwetki śmigłowców. W pierwszym rzędzie stał Sokół, para MI-2, dalej MI-8 i stary samochód holowniczy. „ Zardzewniałe pamiątki zardzewniałej przeszłości ” śmiał się w duchu. Wewnątrz krzątali się ludzie w różnolorowych ubraniach. Znał wszystkich – ufał jedynie kilku z nich. Borkiewicz widział ich wraz z maszynami ustawionymi rzędami. Wszedł do małego pomieszczenia, które znajdowało się niejako na zapleczu. Czekali tam piloci, którzy w danym momencie pełnili dyżur. Siedział tam tylko jeden oficer w stalowym mundurze oglądając jakieś plugawe pisemko.
- Cześć Jurek – od drzwi powitał przybysza „zaczytany” oficer.
- Cześć , szukam Lelosza. Wiesz gdzie go znajdę?
- To on wyleciał po wilczka.
Płk. przeklął pod nosem
- Masz jakieś rozkazy?
- Nie.
- Muszę gdzieś lecieć. – prosząco spojrzał Borkiewicz.
- Trzeba tylko wstawić staremu jakiś kit.
- Ty to musisz zrobić.
- To nie moja sprawa, ale dlaczego to robimy. Lelosz załatwi sprawę. Jeśli przeżył twój skrzydłowy, to go znajdą.
- Tak, pod warunkiem , że dostaną prawidłowe koordynaty lotu. Ile lat znasz starego ?
- Wystarczająco długo. – z niesmakiem odpowiedział kapitan Grzegorz Stawicki, rozmówca pułkownika. – To rasowy skurwiel. Niejednego już zgnoił, a ile jeszcze przed nim ?
- No widzisz. Lecę z tobą ,ale jakby coś, to nikt nic nie wie.
- Powiedz mi co tam właściwie się działo. Każdy mówi,tyle ile wie, czyli niedużo.
- Tuż po zestrzeleniu nie widać było czaszy spadochronu, ale to nie przesądza o tym , że Wilczek nie żyje” – myślał Borkiewicz – „Po drugie dlaczego nic nie wiedzą o tych na ziemi, coś ktoś musiał odnotować do ciężkiej cholery. Facet ze stingerem na ramieniu to w końcu nie szara codzienność. Bynajmniej jak na razie.” – krzywo uśmiechnął się do siebie w myślach. „Jednego jestem pewien – 9009 nie zleciał na łeb z powodu zbyt silnego podmuchu wiatru”.
STALOWY HONOR
PONIEDZIAŁEK 5.30 RANO \ NAD MIŃSKIEM MAZOWIECKIM
Promienie wschodzącego słońca odbijały się od skrzydeł nadlatującego MIG-a-21. Myśliwiec wchodził w ciasny zakręt, zmieniając tor lotu o 270 stopni. Skrzydła o profilu delta ukazały na swej dolnej powierzchni biało-czerwone szachownice.
- Wieża kontroli lotów do dziewięćdziesiąt dwanaście. Na twojej drugiej grasuje jakiś mały samolot. Nie odpowiada na nasze wezwania. Wykonuje chaotyczne ruchy. Prawdopodobne zasłabnięcie pilota.
- Roger ,przejmuję go - pilot wojskowego odrzutowca zerknął na radar - Nie mam nawet odbicia - zameldował do wieży.
- Niemożliwe - zabrzmiał niedowierzająco głos w słuchawkach lotniczego hełmu - Rozejżyj się wokół , on gdzieś tam musi być, mam wyraźny sygnał. Pilot zaczął przeczesywać przestrzeń dookoła, lecz niczego nie dostrzegł - tu też niczego nie było. Niebo powyżej było pełne błękitu. Panowała wyjątkowo słoneczna pogoda. Dla zwykłych ludzi była to idealna aura, lecz nie dla pilota, który miał odnaleźć na jasnym widnokręgu srebrzysty punkcik wielkości muchy. Promienie porannego słońca odbijały się w szybie owiewki odrzutowca , niemiłosiernie oślepiając płk Jerzego Borkiewicza.
- Kontrola lotów do dziewięćdziesiąt dwanaście.
- Tu dziewięćdziesiąt dwanaście.
- Straciliśmy obiekt z radaru.
- Wszystko po staremu -mruknął do siebie pilot - sprawdzę jeszcze raz ten teren i wracam na lotnisko.- Myśliwiec radzieckiej produkcji zatoczył jeszcze kilka kręgów penetrując dokładnie przestrzeń .Poza grupką osób spoglądających w niebo płk Jerzy Borkiewicz nie zauważył żadnych innych ludzi lub pojazdów.
- Tu 9012 Wchodzę na 7 5 0 0 na 1 2 0. Wracam na lotnisko.
- 9012 Masz moje błogosławieństwo.-odezwał się głos kontrolera lotów - A propos gen. Koszycki chce cię widzieć
- Póki co może mi nadmuchać-wesoło skomentował pilot
- O tym też porozmawiamy pułkowniku - groźnie zadudnił głos dowódcy bazy.
- Tak jest ,panie majorze -odpowiedział Borkiewicz nie mogąc ukryć zmieszania -"Cholerny palant" - pomyślał -" Takich jak on powinno się stosować zamiast SIDEWINDERÓW Każdy do kogo się zbliży ginie natychmiast"
1 PLM."WARSZAWA"
Asfaltowa płyta lotniska połyskiwała w słońcu. Na końcu pasa startowego czekał zaparkowany UAZ, a w nim kierowca dowódcy bazy. Na horyzoncie, powyżej linii lasu wyłoniła się strzelista sylwetka najpopularniejszego, radzieckiego myśliwca. MIG-21 podchodził właśnie do lądowania, tylne podwozie "uszczypnęło" nawierzchni pasa, unosząc przy tym pióropusze dymu spod kół. Myśliwiec przyziemił i przemknął kilkaset metrów. Gdy samolot kołował na stojankę, UAZ ruszył w kierunku maszyny. Kierowca miał jak najszybciej dostarczyć pilota do dowódcy bazy – generała Koszyckiego. Z tonu przełożonego wnioskował, że jego dalsza kariera w tej jednostce, zależy od tego zdarzenia. Płk Borkiewicz schodził właśnie po drabince ze swego samolotu, gdy, podjechała doń wojskowa terenówka.
- Kazano mi pana, pułkowniku zawieźć jak najszybciej do dowódcy.
- Aż tak źle? -zapytał, idąc do samochodu, pilot
- Nic ponadto nie wiem panie pułkowniku – Borkiewicz wsiadł do samochodu i myślami był już w gabinecie swego szefa. Widział oczyma wyobraźni, jak dostaje burę od przełożonego, a po niej, wylatuje z hukiem z armii. Był świadom, że po ostatniej naganie, może mieć poważne problemy. Generał nie był zwolennikiem solowych popisów pilotażu, płk zaś nie dał sobie w kaszę dmuchać. Ci dwaj oficerowie stanowili odmienne bieguny, tej samej cząsteczki. Wszyscy w bazie wiedzieli, że niezdrowo było by się dostać między te dwie silne osobowości. UAZ zaparkował przy budynku dowódcy bazy.
- Nie odjeżdżaj, może odwieziesz mnie na dworzec - powiedział Borkiewicz wysiadając z samochodu - albo do szpitala-rzucił na odchodne.
- Mam nadzieję, że to drugie - odpowiedział szofer - bez pana ta baza skostnieje. Powodzenia! - Pułkownik uśmiechnął się przez ramię:
-Ja też jestem dobrej myśli. Wolę miesiąc chorobowego, niż dzień lotów turystycznych, z obrzydliwie bogatymi cwaniakami.
POKÓJ GENERAŁA KOSZYCKIEGO
Gabinet generała był małym pomieszczeniem, z nieco surowym wystrojem: drewniane biurko, stylowy wazon z kwiatami w rogu pokoju, prosty regał na książki oraz zdjęcia samolotów na szaroniebieskich ścianach. Nad biurkiem, za plecami dowódcy wisiało godło państwowe, a pod nim reprodukcja obrazu Kossaka z marszałkiem Piłsudskim na koniu. Osoba właściciela pomieszczenia była idealnie wkomponowana w jego wystrój. Pochmurne oblicze, z kamiennym spojrzeniem, przeszywającym swych gości na wylot, dopełniało spartańskiej atmosfery tego lokalu. Na korytarzu rozległy się miarowe kroki, a po nich pukanie do dębowych drzwi gabinetu.
- Wejźć! - głuchy głos dobiegł z wewnątrz. Drzwi otworzyły się ukazując wysoką sylwetkę pułkownika Borkiewicza.
- Melduję się na pański rozkaz - zasalutował wchodzący żołnierz. Gospodarz zmierzył wzrokiem przybyłego.
- Siadajcie Borkiewicz. Mamy kilka spraw do omówienia. - Pułkownik był szczerze zaskoczony uprzejmością swego dowódcy. Wykonał posłusznie polecenie i czekał na dalsze.
- Po pierwsze: jako jedyny pilot z tego pułku zostaliście wyznaczeni na DOL, po drugie: nie rozpieprzcie następnego MIG-a, po trzecie: macie naganę z wpisem do akt za jawne lekceważenie poleceń przełożonego. Czy macie jakieś pytania? To dobrze - dodał pospiesznie - Od tej chwili macie ćwiczyć noc i dzień, chcę widzieć najlepszego z najlepszych...
-... Już go pan widzi - wtrącił płk
- Nie chcę tam tresowanej małpy z cyrku, tylko prawdziwego zawodowca - żachnął się dowódca - Przez twoje popisy straciłem jeden samolot , teraz Wielki Brat nie rozdaje myśliwców na prawo i lewo, tylko równa z ziemią Grozny. A z "góry" dostaniesz co najwyżej po premii.
- Zrozumiałem panie generale. Jeśli to wszystko, pozwoli pan że oddalę się i zacznę przygotowania? – z ironią w głosie zameldował pułkownik.
Dowódca skinął głową na znak przyzwolenia.
- Co w was wstąpiło płk, taka grzeczność w pana ustach, przecież to panu nie przystoi – odpłacił się dowódca. Zaczepka słowna pozostała bez odzewu. Gdy pilot otwierał drzwi usłyszał głos za sobą:
- Zostały dwa tygodnie, nie zmarnuj tego czasu.
Wychodzący spojrzał przez ramię:
- Tak jest panie generale.
Następne dni były bliźniaczo podobne do siebie: lądowania na połowie długości pasa, na przemian z lotami na przechwycenie. Co wieczór płk dokładnie studiował raporty meteo na przyszły dzień i profile techniczne innych maszyn biorących udział w ćwiczeniach. Ćwiczenia DOL< Drogowy Odcinek Lotniskowy> odbywają się już od kilku lat. W europie DOL-e wykonują tylko Polacy, Szwedzi i Finowie. Sama filozofia jest prosta - wylądować na wydzielonej części autostrady o długości 2 tyś metrów i szerokości 14. Po obydwu jej stronach rosną piękne, wysokie drzewa. Prędkość podchodzenia do lądowania oscyluje wokół 350km\h, za sterami muszą więc siedzieć ludzie o stalowych nerwach. Płk Borkiewicz uczestniczył w ćwiczeniach pod Szczecinem już po raz drugi. Lubił wyzwania, którym trudno podołać- DOL nie wątpliwie takim był.
POKÓJ PŁK BORKIEWICZA
Na budziku dochodziła piąta rano, przyszły uczestnik DOL-u szykował się właśnie do wyjścia gdy zadzwonił telefon na biurku.
- Słucham, płk Borkiewicz.
- Sierżant sztabowy Sochocki z tej strony, macie rozkaz natychmiast stawić się na lotnisku. Kod czerwony. - głos w słuchawce zdradzał emocje rozmówcy.- Za chwilę przyjedzie po was samochód.
- Jestem gotów -płk odpowiedział i zastanawiał się co mogło się wydarzyć " Komu o piątej rano chce się buszować w zakazanej strefie lotów? Pewnie nawalił w samolocie GPS ; ale co z radiostacją? I tak się wszystkiego dowiem na miejscu." - pomyślał zrezygnowany. Gdy wychodził z klatki schodowej swojego bloku zobaczył zbliżającego się z oddali UAZ-a; skierował swe kroki w kierunku nadjeżdżającego wojskowego samochodu terenowego. Po kilkunastu sekundach Borkiewicz siedział już wewnątrz pojazdu. Znajomy kierowca dowcipkował jak miał w swym zwyczaju:
- Komuś zachciało się robić darmowe pokazy - pasażer nasłuchiwał z zaciekawieniem - Podnieśli w powietrze wszystkie "suki" . "Dwudziestki dziewiątki" grzeją się na "stojankach"
- To dlaczego mnie tam wzywają?
- Potrzebna jest każda para skrzydeł - krótko skwitował kierowca udając, że nie obchodzi go wiele temat rozmowy.
- Tyle, to już się sam domyśliłem - spojrzał na swego rozmówcę - może powiedziałbyś coś nowego?
- Wiem tylko tyle, że stary mało nie wykorkował. Groził mi, chyba już czwarty raz w tym miesiącu, że wylecę z armii na zbity pysk, jeżeli pana nie przywiozę na czas.
- Ktoś mu zrobił porządne kuku.
- Jemu, albo...nam.
Oczy pułkownika wpatrywały się w kierowcę niczym w celownik.
- Powiedz co wiesz naprawdę?
- To tylko plotka...
- Kto jak kto, ale ty "Ździebko" komisją etyczną nie musisz się przejmować.
Kierowca miał opinię żywej agencji prasowej. Jeśli ktoś czegoś nie wiedział, wystarczyło tylko znaleźć kaprala Kotkowskiego pseudonim „Ździebko” i wszystko się wyjaśniało.
- Prawdopodobnie ruskie "hokeje" chciały się wykąpać na mazurach. Twarz Bokiewicza nieco spoważniała:
- No widzisz "Ździebko", nawet nie bolało.
W kręgach lotniczych mówiło się o rosyjskich MI-24 grasujących na granicy z Obwodem Kaliningradzkim, ale nigdy nie zapuszczały się dalej niż kilkanaście kilometrów w głąb.Za to nigdy na odwrót: uzbrojone po zęby "rydwany ognia" pełzły niczym cienie wzdłuż granicy utrzymując na dystans polskie śmigłowce. Kilka razy pogranicznicy na MI-8 psuli nerwy rosjanom lecąc wzdłuż granicy. Niedawni jeszcze sojusznicy, teraz byli po różnych stronach -czychając na błędy przeciwnika nawet przez kilkanaście minut. Do tej pory obyło się bez żadnych incydentów z użyciem broni. Każdy miał nadzieję utrzymać ten stan rzeczy nadal. Samochód dojechał właśnie do bazy. Wartownik zasalutował po czym zameldował:
- Proszę jechać na stojankę, rozkaz dowódcy - Borkiewicz skinął głową na znak przyjęcia do wiadomości
- Komuś się spieszy - skomentował kierowca UAZ-a.
- Samolot czeka w pogotowiu, panie pułkowniku.-dorzucił wartownik
- Dziękuję. Jedziemy – płk. zwrócił się do kierowcy.
Jechali wzdłuż MIG-ów 21 ustawionych rzędem. Przy, lub -na każdym z nich krzątali się mechanicy i reszta obsługi naziemnej, przygotowując maszyny do startu. Wojskowe cysterny połączone były z samolotami grubymi, czerwonymi wężami, tłocząc wysokooktanowe paliwo do zbiorników umieszczonych w skrzydłach. Niektóre z nich miały podczepiane zbiorniki pod kadłubem.Za to do wszystkich montowana była amunicja i pociski rakietowe AA2 klasy SIDEWINDER. Myśliwiec z numerem bocznym 9012 stał jako ostatni w rzędzie. Czerwone cyfry w białych obwódkach wyróżniały się z daleka na metalicznie lśniącej burcie samolotu. Podniesiona owiewka i przywieszona drabinka to stały element lotniczego "krajobrazu" w czasie przygotowań samolotu do lotu. Płk Borkiewicz obszedł swojego MIG-a sprawdzając mocowania rakiet i anten. Z kabiny wychylił się mechanik zwracając się do pilota:
- Wszystko w porządku, gotowy do startu.
- Dziękuję.- płk po przeglądzie swego samolotu skierował swe kroki do myśliwca stojącego po sąsiedzku. Miał numer boczny 9009, latał nim skrzydłowy Borkiewicza - porucznik Grzegorz Wilk. Był świeżo upieczonym pilotem, ale brak praktyki nadrabiał wyobraźnią i wyczuciem. To wystarczyło płk, by mu w zupełności ufać.
- Jak samopoczucie "Wilczek"? spytał prowadzący
- Gówniane, panie pułkowniku - zasalutował przy tych słowach porucznik - z "giełdy" wiem, że mamy polować na "hokeje", czy to prawda?
- Gdybym to wiedział na pewno, siedziałbym już w kokpicie, podobnie jak ty.
Porucznik był niskim, młodym człowiekiem o okrągłej i zawsze uśmiechniętej twarzy. Jako skrzydłowy Borkiewicza latał od roku - mieli do siebie zupełne zaufanie. Skończył właśnie sprawdzanie swej maszyny i usadowił się w kabinie. Prowadzący poszedł w jego ślady i połączył się z wieżą kontroli lotów. Dostał rozkaz zapuszczenia silników i oczekiwania w pogotowiu. Przez następne dwie minuty, razem z porucznikiem oczekiwali w napięciu rozwoju sytuacji, po tym czasie odezwał się w słuchawkach dyspozytor lotów:
- Wieża do 9012.
- Tu 9012, czekamy na instrukcje.
- Kołujcie na start z pasa nr.3,po wejściu na 1 5 0 0 skierujcie się na 1 4 5 .
- Roger.
Para srebrnych MIG-ów wkołowała na pas startowy nr.3, ostatnie próby usterzenia i uzbrojenia dały pozytywne wyniki. Turbiny wchodziły na wyższe obroty rozgrzewając do czerwoności dysze, nagle, z silników obu myśliwców wystrzeliły pomarańczowo - fioletowe płomienie, sygnalizując tym samym włączenie dopalaczy. Piloci, na chwilę przed dodaniem mocy do silników puścili hamulce. Efekt, był mniej więcej taki, jakby w jednej chwili spuścić ze smyczy dwa wściekłe wyżły: pełne agresji bestie pomknęły przed siebie pożerając przestrzeń z przerażającym hukiem. Oderwały się od pasa, stwarzając wrażenie mitycznych potworów mogących zmieść wszystko z powierzchni ziemi, niczym puch. Odrzutowce leciały równo niczym swe odbicia w lustrze. Precyzja w dublowaniu manewrów przez skrzydłowego była godna podziwu - tak lata elita myśliwców.
- 9012 do wieży, czekamy na instrukcje. - spokojnym głosem zakomunikował prowadzący
- Tu wieża. Przed wami zlokalizowano cztery MI-24, nie odpowiadają na wezwania radiowe - sprowadźcie ich na ziemię. Macie zakaz używania broni. Powtarzam: ZAKAZ UŻYCIA BRONI.
Twarz Borkiewicza nabrała brzydkiego grymasu:
- Ciekawie czym mamy ich zmusić do posadzenia na ziemi?
- Jesteście pomocą dla pary SU-22.- komentował głos z wieży.
- Od razu mi ulżyło - skwitował "wilczek" - zginiemy jako deser.
- A chcecie skończyć jak wasz prowadzący? - zabrzmiał w słuchawkach głos generała. - Melduję, że zawsze chciałem zostać pułkownikiem.
- Nie przeginajcie poruczniku. widzę, że głupota i beszczelność pułkownika Borkiewicza są zaraźliwe. Czy zrozumieliście polecenie od kontrolera lotów?
- Tak jest.
- Wykonać! - ton głosu dowódcy bazy był śmiertelnie poważny.
* * * * * * *
Para myśliwców przemierzała przestrzeń kierując się na północ. Zeszli na niższy pułap kierując się nad Wisłę. Lustro wody odbijało rosnącą na brzegach roślinność. Samoloty zeszły na wysokość kilkunastu metrów. Widok roztaczający się z kokpitu pilotów przypominał ten z tanich gier komputerowych. Szybko zmieniająca się panorama przed dziobem odrzutowców wymuszała na pilotach nieludzką wręcz prędkość reakcji. Kręty, wodny, szal rzeki przelatywał pod stalowymi skrzydłami MIG-ów, tak, że zdawało się, iż myśliwce mkną po wodzie niczym skrzydlate motorówki.
- Jeżeli nie możemy ich drasnąć, to przynajmniej sami musimy na nich uważać.-usprawiedliwił swą decyzję o zmianie wysokości prowadzący.
- U mnie na radarze pusto...- zameldował porucznik, lecz nagle zmienił się jego ton wypowiedzi-... mam coś na drugiej! - krzyknął - pięć kilometrów stąd, na kilkudziesięciu metrach, sygnał często zanika, lecą jak my.
- Wieża do 9012 – zaskwierczał nerwowy głos w słuchawkach - mamy HIND - y niecałe pięć kilometrów od was
- To już zdążyliśmy zauważyć, macie coś nowego? - zapytał Borkiewicz - Co z innymi?
- Resztą zajęły się SU-22.-lakonicznie brzmiała odpowiedź kontrolera lotów - Pamiętajcie macie zakaz używania broni , BEZWZGLĘDNY
- Ciekaw jestem czy "suki" używały voodoo do posadzenia MI-24? - skomentował "Wilczek" - A może po prostu ładnie poprosili ?
- "Wilczek" bo nawet nie podzielisz mojego losu. Jak się generał dowie. - ostrzegł pułkownik - Nie zdążysz załapać się nawet na kapitana
- Przepraszam panie pułkowniku.
- Nie przepraszaj tylko ciszej komentuj.
Para myśliwców pożerała wszystko co było przed nią z prędkością zbliżoną do prędkości dźwięku. Tuż nad linią horyzontu pojawił się malutki, czarny punkcik, który po chwili rozdzielił się na dwa nieco większe. Przybliżały się z sekundy na sekundę kreśląc w przestrzeni swój zarys. Teraz można było już rozróżnić belki ogonowe i kabiny śmigłowców.
- 9012 do wieży. Znaleźliśmy właśnie gruchającą parkę.- zameldował płk.
- Posadźcie ich na ziemi, tylko bez strzelaniny.
- Nie wydaje ci się, że się powtarzasz?
- Wykonuję polecenia dowódcy.- sztywno wyjaśnił kontroler lotów, który przed momentem zdążył objąć służbę -Zatrzymać bez użycia broni.
- Roger - krótko uciął Borkiewicz - "Wilczek" wejdź na 1 8 0 0 na 2 3 0. Ja pogadam z "hokejami".
- Robi się - myśliwiec lecący na pozycji prowadzonego odchylił się w prawo unosząc nieco dziób w górę. Zwiększył pułap o trzysta metrów wprowadzając poprawkę do swego kursu. Znajdował się teraz ponad swym partnerem oraz parą MI-24. Krajobraz z kokpitu przypominał panoramę z tarasu widokowego, wszystko było dostrzegalne jak na dłoni
- "Wilczek" na pozycji.
- Dobrze - skinął głową płk jakby rozmówcę miał przed sobą. Zmniejszył moc silnika, choć wiedział, że i tak "przejdzie" śmigłowce. Leciał za szybko, lecz gdy zbliżał się do poszukiwanej pary nie dostrzegł oznaczeń na ich kadłubach. Zajął miejsce przed nimi machając delikatnie skrzydłami. Chcąc sprawdzić skutek swych działań, zmienił kurs o 45 stopni w lewo. Posunięcie to nie przyniosło oczekiwanych rezultatów.
- Patrol wojskowy do nie oznakowanych MI-24 - zaczął Borkiewicz - naruszyliście Polską przestrzeń powietrzną. Jeżeli nie polecicie za mną na najbliższe lotnisko, będę zmuszony was zestrzelić.
- Przecież masz zakaz użycia broni - pewnie powiedział obcy głos w eterze - Odpuśćcie sobie nas i skoczcie na śniadanie do jakiejś dobrej knajpki.
Słowa te zbiły z tropu Borkiewicza ."Musieli wisieć na radiu" - przemknąło przez myśl pilota myśliwca z numerem bocznym 9012
- Powtarzam lećcie za mną. - stanowczo rozkazał dowódca patrolu. Ze strony piratów powietrznych nie było żadnej reakcji.
- Słyszałeś "Wilczek"? Zaczynamy balet, ja schodzę z parkietu. - W słuchawkach lotniczych dało się słyszeć podwójny trzask, co oznaczało zgodę. Myśliwiec dowódcy zszedł z kursu w lewo, a tymczasem znajdujący się trzysta metrów powyżej porucznik Grzegorz Wilk rozpoczął procedurę przewidzianą w takich przypadkach. Był świadom, że miał zakaz otworzenia ognia. Nos MIG-a 21 z numerem bocznym 9009 pochylił się ku dołowi , zaś cała sylwetka samolotu przechyliła się delikatnie, schodząc na lewe skrzydło. Pilot ustawił celownik na przestrzeń tuż przed pierwszym śmigłowcem, po czym odbezpieczył i nacisnął spust na drążku. Seria z karabinu GP9 pomknęła w stronę radzieckich śmigłowców. Naboje kalibru 23mm przeleciały tuż przed kadłubem "rydwanu ognia". Jego pilot zareagował automatycznie: zwiększył obroty głównego rotora i przechylił maszynę w lewo, prowadzony MI-24 "wszedł" pod swego dowódcę z nieznacznym opóźnieniem. Oba statki powietrzne zeszły w dół. Na wysokości kilkunastu metrów nad ziemią nieoznakowane samoloty pochyliły nosy ku dołowi, zwiększając tym samym prędkość do niebezpiecznej na tym pułapie. Płk Borkiewicz w tym samym czasie zszedł ze swego poprzedniego kursu w lewo, dając polecenie swemu podwładnemu do wystrzelenia ostrzegawczej serii. Myśliwiec 9012 zatoczył kręg o promieniu 360 stopni. W momencie kończenia manewru, zobaczył jak jego skrzydłowy wdał się w pościg za dwoma uciekinierami. Obydwaj oficerowie byli świadomi tego, że każdy metr niżej to mniejsza szansa na sukces - śmigłowce na niskich pułapach czują się jak ryba w wodzie. Małe wysokość i predkość to pięta achillesowa myśliwców o napędzie odrzutowym.
- Zbiegowie zeszli łowić ryby - zakomunikował 9009 - zaraz ich przejdę.
- Musimy ich trzymać na krótko. - powiedział płk – Muszą gdzieś wylądować. Mają co najwyżej jeszcze jakieś 130 - 140 km lotu przed sobą
- Roger. Należą do pana, pułkowniku. Odchodzę na kontakt wzrokowy do przodu
- 9012 do wieży. Zaczynam pościg za zbiegami. Jestem na 50 metrach, utrzymuję ich kurs.
POKŁAD DOWÓDCY GRUPY MI-24
Dwaj mężczyźni w mundurach polskiego lotnictwa wojskowego siedzieli w dzielonej kabinie śmigłowca. Pierwszy z nich - pilot, znajdujący się powyżej, nerwowo zerkał ku górze, wypatrując grupy pościgowej. Dostrzegł jak lecący za nimi myśliwiec dodaje mocy i oddala się do przodu pozostawiając za sobą cienkie smużki pary kondensacyjnej powstałej na krawędzi spływu skrzydeł.
- "Młody" sobie odpuścił, został tylko Borkiewicz,- przekazał pilot do strzelca pokładowego, siedzącego poniżej - jeżeli będzie sprawiał problemy - zestrzel go na mój znak
- Zrozumiałem.
- HIND 1 do Centrum.- wywoływał pilot.
- Zgłasza się Centrum.
- Za dwie minuty będziemy nad celem. Potrzebne wsparcie, mam na ogonie Borkiewicza, "młody" "przeszedł nas", ale coś pewnie jeszcze zmajstruje.
- Na miejscu czeka "Matrioszka" z ludźmi, to musi ci wystarczyć.
- Mają wyrzutnie pocisków niekierowanych?
- Tak.
- Wystarczy- pewnie skomentował rozmówca ze śmigłowca - Ile zostało czasu? - zwrócił się do strzelca poniżej
- Jeden dwadzieścia - brzmiała krótka odpowiedź. Dowódca włączył interkom pokładowy:
- Panowie, za minutę będziemy nad celem - zwrócił się do siedzących w części transportowej młodych mężczyzn
- Zauważyliście zapewne że mamy drobne problemy z nadgorliwymi pilotami, lecz zapewniam - to tylko przejściowe niedogodności, zaraz będzie po kłopocie. - po obecnych wewnątrz przeszedł drobny szmer zniecirpliwienia
- Co z Borkiewiczem? – padło pytanie do strzelca pokładowego
- Leci cały czas za nami, powoli zbliża się...
- Jest już "Matrioszka" - poinformował pilot i wyszczerzył zęby w krzywym uśmiechu widząc w oddali szarego Kraz-a z kilkoma osobami kręcącymi się obok
- Borkiewicz straci drugi myśliwiec...
LAS W OKOLICACH WYSZOGRODU
Ciężarowy samochód zatrzymał się przy linii lasu zostawiając za sobą głębokie koleiny wyryte w błotnistej drodze. Z oplandekowanej naczepy wojskowego Kraza wyskoczyli mężczyźni uzbrojeni w pistolety maszynowe , ubrani w wojskowe "panterki". Było ich sześciu: dwóch z nich pozostało przy samochodzie, czterech wyszło na skraj polany. Kierowca pozostał w kabinie przypalając papierosa. Wyrzucona za okno zapałka tliła się jeszcze kilkanaście sekund na mokrej ziemi, po czym zgasła nagłym wybuchem płomienia. Stojący przy ostatnich rzędach drzew obserwowali monotonną Wisłę, która o tej porze roku raczy swym pięknem każdą czułą na piękno duszę. Jednak ci obserwatorzy nie grzeszyli wrażliwością. Z ich twarzy płynęła agresja i obojętność w stosunku do wszystkiego i wszystkich. Jeden z nich miał oprócz pistoletu maszynowego, również ręczną wyrzutnię rakiet niekierowanych. Gdy reszta patrzyła się z tępym wyrazem twarzy przed siebie, ten jeden mężczyzna pilnie zajmował się składaniem i uzbrajaniem dodatkowego wyposażenia. Nagle, w kabinie ciężarówki zaskwierczało radio
- "Matrioszka", zbliżają się nasi. Mają eskortę, zdejmijcie ich. Tylko szybko!!! - Kierowca podskoczył jak oparzony. Jednym susem znalazł się na ziemi, zatrzaskując za sobą skorodowane drzwi radzieckiego samochodu.
- Sasza !!! Nasi mają obstawę, trzeba im pomóc !!!
Mężczyzna z ręczną wyrzutnią błyskawicznie zareagował repetując broń.
- Za ile tu będą? - spokojnie spytał.
- Są już niedaleko! - nerwowo gestykulował "Matrioszka"- Rusz się !!! - Sasza wycelował w niebo wylot lufy. Z oddali dobiegł huk silnika odrzutowego. Z północy zbliżał się z dużą prędkością MIG-21, leciał około stu metrów nad ziemią. Za nim w tle, na niebie ukazały się dwa śmigłowce i inny MIG-21. Miały niższy pułap i leciały wolniej. Gdy pierwszy z myśliwców nadlatywał nad polanę, Sasza pociągnął za spust. Pocisk pomknął w kierunku celu z cichym szumem, pozostawiając za sobą siwą smużkę na niebie. Samolot zrobił nagły zwrot przez prawe skrzydło, lecz nie uniknął zderzenia z nadlatującym pociskiem. Rakieta rozerwała poszycie skrzydła prowadząc do eksplozji zbiornika paliwa. MIG-21 kilka sekund wirował wokół własnej osi, po czym zderzył się z ziemią. Eksplozja samolotu wstrząsnęła powietrzem, niosąc ognisty powiew w najdalsze zakamarki lasu. Nie fala, lecz sztorm akustyczny przeciął okolicę, napełniając ją dzikim odgłosem wybuchu. Płk Borkiewicz ściągnął swój myśliwiec w niemal pionowe położenie. Przeciążenie od razu dało o sobie znać. Białka oczu pilota zaszły krwią, a skóra na twarzy nienaturalnie nabrzmiała.
- Sukinsyny !!! –wydarło się z piersi płk – Zestrzelili „Wilczka” !!! Powtarzam zastrzelili 9009!
- Tu wieża zawracaj do bazy! – mówił głos w słuchawkach
- Sprawdzę, może się katapultowął – nalegał pilot
- Wyślemy tam patrol – oznajmił generał, który już przejął mikrofon w wieży. – Wracaj jak najszybciej do bazy. Zostaw ich !!! – gen. wyraźnie krzyczał podenerwowany.
MIG-21 z numerem 9012 wchodził właśnie już na dwieście metrów, gdy kątem oka płk zauważył białą smużkę zbliżającą się do lewego skrzydła odrzutowca. Odruchowo zrobił zwrot bojowy przez prawe skrzydło i zaczął piąć się ku górze włączając dopalacz.
- 9012, mam rakietę ziemia –powietrze na ogonie.
- Pozbądź się jej – zakomunikował dowódca
- Łatwo powiedzieć – powiedział sam do siebie Borkiewicz
Pocisk zbliżał się cały czas, z sekundy na sekundę był coraz bliżej skrzydła. Pilot 9012 wiedział, że największym przeciwnikiem była teraz prędkość. W tym momencie zaświtała w głowie pilota myśl na wagę życia. Nagle oddał drążek kierując się niemal pionowo w dół. Wskazówka wysokościomierza mknęła wstecz jak oszalała. Dystans pomiędzy samolotem i pociskiem nadal malał. Na horyzoncie pilot dostrzegł wzniesienia, które układały się poprzecznie do toru lotu. To była szansa, której nie wolno mu było zaprzepaścić. Odległość między ziemią i samolotem malała, 800, 750, 650 metrów. Gdy licznik pokazał 300 metrów Borkiewicz odpalił rakietę ATOL, która uderzyła w jedno ze wzniesień poniżej, doszczętnie je burząc. Głowica termiczna pocisku wystrzelonego z ziemi zmieniła sobie obrany wcześniej cel, z dyszy wylotowej MIG-a 21 na eksplodującą rakietę ATOL. Borkiewicz ściągnął samolot na siebie. MIG-21 przemknął kilkanaście metrów powyżej koron drzew, porastających okoliczne zbocza. Odgłos eksplozji rakiet zmieszał się z rykiem silnika odrzutowca.
BAZA WOJSKOWA W MIŃSKU MAZOWIECKIM
Pułkownik Borkiewicz minął właśnie koszary kierując się do budynku dowódcy bazy. „Wściekły”, to zbyt delikatne stwierdzenie, jakiego można użyć w stosunku do uczuć, jakie miotały duszą pilota. Nawet nie zauważył, kiedy przekroczył próg gabinetu generała Koszyckiego.
- Czy coś wiadomo o „Wilczku”? – wyrzucił z siebie jednym tchem.
- Na razie nic. Wysłałem żandarmerię i Sokoła w rejon wypadku. To teren lesisty, nie spodziewaj się cudów...
Furia Borkiewicza znalazła wreszcie ujście:
- Kto wydał zakaz strzelania ?
- To nie jest w tym momencie najistotniejsze...-pośpiesznie rzucił generał
- Jest! Ten ktoś skazał nas na pewną śmierć! Czy to też nie jest „najistotniejsze w tym momencie” ?
- Przypominam wam Borkiewicz, że jak na razie to ja tu jeszcze dowodzę i jestem starszy stopniem. Spowiadać się przed wami nie mam zamiaru.
- Nie interesują mnie pana zamiary, generale. – Borkiewicz patrzył wprost w oczy Koszyckiego - Dlaczego nie mogliśmy uziemić tych sukinsynów ?!
- Bo wydałem taki rozkaz! Jasne ?!
Krzycząc, generał zerwał się zza swego biurka. Oparł ręce na blacie i cedził słowa :
- nie masz prawa oceniać moich rozkazów. Ty je masz po prostu w y k o n y w a ć ! kiedy to do ciebie dotrze ?!
Oblicze pilota było przeciwieństwem tego, co czuł wewnątrz. Źrenice jego oczu przeszywały rozmówcę na wylot groźnym spojrzeniem.
- Jak dawno temu wyleciał Sokół ? – przejmująco chłodnym tonem zapytał Borkiewicz.
- Od razu po twoim meldunku. Do tej pory go nie znaleźli.
- A co z tymi na ziemi ?
- Właściwie, to nie ustaliliśmy czy tam ktoś był ,a jeśli tak, to czy od ich strzału zginął „Wilczek”.
Pułkownik mierzył spojrzeniem sylwetkę swego dowódcy. Zbyt długo służył w armii, by czuć się oszukanym, lub zdradzonym. Do takich przypadków zdążył już przywyknąć. Nie mógł jednak przez cały okres służby, pojąć dlaczego muszą ginąć ludzie przez błędy innych.
- Skoro pan go już traktuje jak zmarłego, to po co ta cała szopka z żandarmerią ? – zapytał.
Koszycki przez moment sprawiał wrażenie zbitego z tropu, lecz po chwili odzyskał równowagę i ze spokojem w głosie powtórzył.
- Powiem ci jeszcze raz, bo może się seplenię. Ja tu wydaję rozkazy, a ty je wykonujesz.
Borkiewicz zaczął bawić się nerwowo szarym długopisem, który leżał na biurku.
- Zapłacisz mi za to i to nie długo. – warknął na od chodne, podnosząc się z fotela. – Muszę wrócić do swoich zajęć. – Powiedział z przekąsem w głosie. – Mam ćwiczyć DOL– e.
Generał odwrócił się tyłem do drzwi. W oknie swojego gabinetu podziwiał właśnie sylwetkę MIG-29 startującego do lotu patrolowego nad terenem północnego mazowsza.
Borkiewicz od razu, po niewybrednej konwersacji z przełożonym udał się do hangarów. W otwartych na oścież drzwiach ukazały się sylwetki śmigłowców. W pierwszym rzędzie stał Sokół, para MI-2, dalej MI-8 i stary samochód holowniczy. „ Zardzewniałe pamiątki zardzewniałej przeszłości ” śmiał się w duchu. Wewnątrz krzątali się ludzie w różnolorowych ubraniach. Znał wszystkich – ufał jedynie kilku z nich. Borkiewicz widział ich wraz z maszynami ustawionymi rzędami. Wszedł do małego pomieszczenia, które znajdowało się niejako na zapleczu. Czekali tam piloci, którzy w danym momencie pełnili dyżur. Siedział tam tylko jeden oficer w stalowym mundurze oglądając jakieś plugawe pisemko.
- Cześć Jurek – od drzwi powitał przybysza „zaczytany” oficer.
- Cześć , szukam Lelosza. Wiesz gdzie go znajdę?
- To on wyleciał po wilczka.
Płk. przeklął pod nosem
- Masz jakieś rozkazy?
- Nie.
- Muszę gdzieś lecieć. – prosząco spojrzał Borkiewicz.
- Trzeba tylko wstawić staremu jakiś kit.
- Ty to musisz zrobić.
- To nie moja sprawa, ale dlaczego to robimy. Lelosz załatwi sprawę. Jeśli przeżył twój skrzydłowy, to go znajdą.
- Tak, pod warunkiem , że dostaną prawidłowe koordynaty lotu. Ile lat znasz starego ?
- Wystarczająco długo. – z niesmakiem odpowiedział kapitan Grzegorz Stawicki, rozmówca pułkownika. – To rasowy skurwiel. Niejednego już zgnoił, a ile jeszcze przed nim ?
- No widzisz. Lecę z tobą ,ale jakby coś, to nikt nic nie wie.
- Powiedz mi co tam właściwie się działo. Każdy mówi,tyle ile wie, czyli niedużo.
- Tuż po zestrzeleniu nie widać było czaszy spadochronu, ale to nie przesądza o tym , że Wilczek nie żyje” – myślał Borkiewicz – „Po drugie dlaczego nic nie wiedzą o tych na ziemi, coś ktoś musiał odnotować do ciężkiej cholery. Facet ze stingerem na ramieniu to w końcu nie szara codzienność. Bynajmniej jak na razie.” – krzywo uśmiechnął się do siebie w myślach. „Jednego jestem pewien – 9009 nie zleciał na łeb z powodu zbyt silnego podmuchu wiatru”.