czesc wam ponownie

ten fragment to tak na spóxnione mikołajki.
miłej lektury, reszta pisze się cały czas .....
...........................................................................................................- No widzisz. Lecę z tobą ,ale jakby coś, to nikt nic nie wie.
- Powiedz mi co tam właściwie się działo. Każdy mówi,tyle ile wie, czyli niedużo.
- Dostaliśmy rozkaz przechwycenia naruszyciela, po zlokalizowaniu nie mogliśmy ich zidentyfikować. Dwa Hindy, bez numerów bocznych.
Na informacje o braku oznaczenia brwi suchającego znacząco sie podniosły:
- Nie było nic?? – zapytał zaaferowany, odkładajac na biurko „lekturę” – a co z tower? Musieli od kogoś dostac zgode na start, przelot, jakiś plan lotu...?
- Nie Heniu, nic! Rozumiesz?! Nic [cEnZuRa] mać o nich nikt nie wiedział !!! Skąd..., po co..., gdzie...? NIC !!! – płk. Usiadł na krześle, po tej wymainie zdań, widocznie nerwy trochę „puściły” go – po rozpoczęciu przechwytywania „Wilczek” pzreszedł ich, do akcji miałem wejśc ja, gdy zestrzelili go... ktos to zrobił z ziemi, widziałem smuge rakiety, widziałem ją! A stary wciska mi kit, że „nie potwierdzono, czy na dole ktos wogóle był” !!! przecież nie strącił go wirus ptasiej grypy do jasnej cholery!!!
- Jurek, radze ci jak bratu , odpuść sobie teraz to wszystko – łagodnym tonem zasugerował ppłk Henryk Kniaź, rozmówca borkiewicza – dziś daj już spokój, Sławek naprawdę zrobi co w swojej mocy, żeby znaleźć chłopaka...
- ...tuż po zestrzeleniu nie widać było czaszy spadochronu, – mówił jakby tylko do siebie Borkiewicz - ale to nie przesądza o tym , że Wilczek nie żyje..., po drugie dlaczego nic nie wiedzą o tych na ziemi ?!, coś ktoś musiał odnotować do ciężkiej cholery! Facet ze stingerem na ramieniu to w końcu nie szara codzienność... bynajmniej jak na razie... – krzywo uśmiechnął się do siebie. - Jednego jestem pewien – powiedział – „Wilczek” nie zleciał na łeb z powodu zbyt silnego wiatru...
Zza szyby dochodziły miarowe uderzenia łopat śmigłowca. Na płycie lotniska lądował własnie grupa ratunkowa. Obaj oficerowie wyskoczyli na zewnątrz jak oparzeni. Sokół przyziemił, lecz silniki nadal wparwiały w ruch głowicę wirnika. Tumany kurzu i piasku biły srogo po twarzy. Borkiewicz odruchowo zaczął biec do śmigłowca pod kątem prostym. To była podstawowa metoda na ocalenie własnej głowy przy tej maszynie. Jakiekolwiek próby podejścia z innej strony mogły skończyć sie, hmmm... amputacją głowy, najdelikatniej rzecz ujmując. Pilot maszyny, mjr. Sławek Lelosz (węgier z urodzenia, polak z wyboru – jak sam o sobie zwykł mawiać) zobaczył biegnąca, nieco skuloną postać. Nawet nie musiał pzrebijac sie wzrokiem, przez wirujący w powietrzu piasek, żeby domyślec się komu tak spieszno. Sam znał i cenił zaginionego pilota i dlatego również dla niego ta akcja była moze trudniejsza niż pozostałe w jego karierze, nawet od powodzi. Miał cały czas opuszczony hełm, szara szyba odbijała promienie słońca. Borkiewicz nadspodziewanie szybko dobiegł do otwartej kabiny, chwytajac pilota za ramię.
- Masz coś?! – starał sie przekrzyczeć samolot – cos masz?!
Major w odpowiedzi pokręcił pzrecząco głowa, patrząc sie przy tym głęboko w oczy przyjaciela. Jego oczy mówiły wszystko... W trakcie „rozmowy” żołnierze opuścili część transportową. Lelosz jednym ruchem ręki wyłączył silniki, nie odrywając oczu od Borkiewicza. Wysaidł z kabiny i oparty o kadłub wpatrywał się smutno w wirujące powyżej końcówki łopat wirnika. Te obracały się coraz wolniej aż stanęły na dobre.
ROZDZIAŁ II
Światła sygnalizatora ulicznego oblane były soczystą czerwienią. Skrzyżowanie wymarło na dobre kilka godzin wczesniej, tuż po zmroku. W okolicach północy, ta część miasta była wyłączona z życia. Pomarańczowe refleksy świateł miejskich odbijały się w karoserii zbliżającego sie samochodu. W ułamku sekundy przemknął przez skrzyżowanie wzbijając w powietrze kawałki lisci i niedopałki leżące w rynsztoku. Kierwoca był tak skupiony na jeżdzie, że nie zauważył we wstecznym lusterku swojego opla sytauacji, którą spowodował. Na środku skrzyżowania stał wpoprzek drogi policyjny ford focus. Srebrna frontiera opuściła już granice miasta. Po obu drogach przesuwały sie rzędy drzew. Dopiero teraz generał Koszycki dostrzegł w lusterku jadący za nim radiowóz. Czerwono – niebieskie błyski rozświetlały nocna scenerię. Koszycki nieiwele zastanawiając się zjechał ostro w pierwszy prawy dukt lesny. Zmiane nawierzchni odczuł od razu. Terenówkę prowadzało po całej drodze. Przekraczając setkę, trudno jest utrzymać dwie tony w posłuszeństwie na śliskich korzeniach i lepkim błocie. Koszycki włączył pzrekładnię terenową, ale nie pomogło to za dużo. Wielkie koła srebrengo samochodu tańczyły na śliskim. Teraz policja wydawała się być nieco bliżej niż na szosie. Snopy świateł radiowozu omiatały już tylny zderzak opla. „Cholerne krawęzniki” – pomyślał z wściekłością generał – „Nie mogli siedizec z dupami na miejscu?! Tylko ich jeszcze potrzebowałem!”. Tymczasem lepkie błoto coraz skuteczniej zalepiało bieżniki opon obu samochodów. W pewnym momencie srebrna frontiera straciła przyczepność i siłą bezwładności wpadła na dwa drzewa rosnące tuż przy dukcie. Snopy iskier z reflektorów i fontanna pary z chłodnicy wskazywały miejsce feralnego w skutkach wypadku. Ułamki sekund później w tył frontiery wbił się policyjny radiowóz kasując przód aż po linię rozpoczęcia dachu. Syrena umilkła jak zaklęta a koguty odfrunęły kilkanaście metrów dalej, pewnie po raz pierwszy w ich policyjnym życiu. Funkcjonariusz kierujący focusem odniósł drobne obrażenia. Partner również nie wyglądał najgorzej.
- Dobrze, że zadziałały – kierowca wskazał na opadłe już poduszki powietrzne. Obaj wygramolili sie z resztek radiowozu i z odbezpieczoną bronią doskoczyli do srebrnej bryły metalu, która kiedyś była oplem frontierą. Przestrzeń po zbitej szybie od strony kierowcy ujawniała makabryczny widok wnętrza kabiny. Koło kierownicy wraz z deską rozdzielczą i częścią konsolety przedniej zalana była krwią. Ekskluzywna skóra z obicia siedzenia również miała brunatnoszarą barwę. Ne siedzeniu lezało bezwładne ciało. Pokiereszowane licznymi odłamkami szkła i metalu.
- O [cEnZuRa]... – wyrwało się z ust policjanta, po tym jak dostrzegł generalskie gwiazdki na pagonach nieboszczyka i uzi na sąsiednim siedzeniu.