Strona 16 z 16

Re: "Stalowy honor" - wersja baaardzo robocza :)

: 13 lip 2008, 17:12
autor: marcin1323
witam! zgodnie z obietnica, BONUSIK :)
zapraszam na http://www.stargraf.com.pl/ftp" onclick="window.open(this.href);return false; w celu pobrania dwóch moich tekstów. TAAL (juz po czesci kiedys publikowany na forum) i "sen". lojalnie uprzedam, że drugi tekst jest dla osób powyzej szesnatego roku zycia ! oba sa oczywiscie jeszcze niedkończone.
ps. mam prośbe - dzis czysciłem naszego firmowego ftpa z projektów i wrzucałem teksty. wrazie gdybyscie mieli problem z plikami, piszcie. u mnie w przeglądarce nie ma jeszcze plików, ale przez TC wrzuciłem juz pliki, wiec powinny byc. zapraszam do lektury i oceny. dzis dalej bede przepisywał "stalowego".

----------------------
teksty sa juz dostepne. wina serwera przez burze. zapraszam do lektury

Re: "Stalowy honor" - wersja baaardzo robocza :)

: 21 lip 2008, 06:27
autor: suter
jak zwylke "przez" Taala umierałem ze smiechu,no musze przyznac ze takie cos czyta misie najlepiej, a Twoje poczucie humoru wprost łamie nadgarstki, szkoda tylko jednego - ZA KRÓTKIE!! hehehehehe, ale to chyba nie tylko moja opinia ;)

Re: "Stalowy honor" - wersja baaardzo robocza :)

: 30 sie 2008, 10:38
autor: marcin1323
Młoda, zgrabna kobieta stała kilkanaście metrów za majorem Głuszczykiem. Właśnie miała zgłosić swemu dowódcy wypadki z zeszłej nocy, gdy usłyszała swoje nazwisko wypowiedziane podczas rozmowy telefonicznej. Kontekst tej wypowiedzi zmroził jej krew w żyłach. To co ułyszała przez kolejne kilkanaście sekund wywróciło jej świat do góry nogami. Szczególnie wrył się w pamięć fragment: “do tej pory powinna zresztą nie żyć”. Z trudem przełknęła ślinę. Gardło nagle stało się suche. Gdy Głuzczyk kończył rozmowę kobieta odwróciła się. Miała dziś dużo szczęścia. W tej samej chwili na pobliski przystanek podjechała “112”. Kilkanaście osób wysiadło. W jednym momencie utworzył sie tłok. Porucznik Ulińska wykorzystała to. Wsiadła do autobusu. Drzwi zamknęły sie z sykiem i samochód ruszył. Park bródnowski oddalał się, a wraz z nim postać majora.
“Co tu jest grane?!” - wyobraźnia młodej kobiety pracowała na wysokich obrotach. Ostatnie rzeczy, które zapamiętała z wczorajszego rozpoznania prowadzonego na polecenie Głuszczyka to przyćmione światło podziemnego schronu i tępy ból głowy. Ocknęła sie po kilku godzinach (jesli wierzyć zegarkowi na zimnej trawie pobocza drogi prowadzącej do Warszawy. Tej samej, którą wcześniej jechał tajemniczy konwój. Nie miała przy sobie ani kluczyków, ani telefonu. O dziwo! Zostały dokumenty i dwa banknoty po 50 złotych. Jednym zapłaciła kierowcy ciężarówki, który podwiózł ja do stolicy. Marzyła mu się inna forma zapłaty, ale po bliskim obejrzeniu pięści i służbowej legitymacji pani porucznik – pozostał przy banknocie. Drugi miała wciąż przy sobie. Po zaplanowanym wcześniej spotkaniu miała wrócić do mieszkania na mokotowie. Po tym jednak co usłyszała , zrezygnowała z tego pomysłu. Przez ostatnie kilkanaście godzin , zjawisko przypadku odgrywało dominującą rolę z życiu Ulińskiej. Podobnie było i tym razem. Wiedziała, że major Głuszczyk mieszka w okolicach szpitala bródnowskiego. Wysiadła na Kondratowicza i szła przez park, by być szybciej na miejscu. Większość podmiejskich skręcała tu w lewo lub jechała na wprost. Na autobus jadący w prawo wzdłuż parku pod dom majora musiała by czekać stanowczo za długo. Ten pospiech prawdopodobnie uratował jej życie. To wtedy usłyszała feralną rozmowę telefoniczną.
“O co tu właściwie chodzi? - powtarzała sobie w myślach – dlaczego major z takim spokojem, a raczej nadzieją w głosie zapewniał kogoś że ona >>powinna juz nie żyć<< ?” Autobus minął właśnie przystanek “ratusz targówek” i skręcił w lewo kierując się na centra handlowe. “Uspokój się Anka, to musi mieć jakiś wspólny mianownik. Najgłupszy jaki można sobie wymyśleć, ale wspólny. - uspokajała się w myślach – Przecież nie ma sytuacji bez wyjścia, czasem tylko odpadnie strzałka z drogi ewakuacyjnej”. “112” mijała własnie C.H. Targówek i wjeżdżała w ulicę Toruńską. Ulińska podjęła decyzję: żadnych pochopnych ruchów i nie wraca do mieszkania – to wiedziała na pewno. Musi w jakimś spokojnym, lecz bezpiecznym miejscu przemyśleć. Przecież to musi mieć jakieś wytłumaczenie...! Mogła pozostać w autobusie, lub iść do centrum handlowego. Wybrała drugą opcję – jak większość kobiet. Dopero teraz głód zaczął dawać o sobie znać. Porucznik Ulinska zdecydowała, że dalsze swoje postępowanie przemyśli w jakimś snack-barze albo pizzeri. I znowu stary znajomy – Przypadek – dał o sobie znać. Oczom pasażerów autobusu linii 112 ukazała sie sugestywna reklama sporych rozmiarów. Na białym talerzyku lezały parujące ziemniaczki a obok pokaźny kotlet w panierce. "No to miejsce mam z głowy". Bilboard reklamował restaurację w Ikei. Położona na I piętrze, nawet w zwykłe dni miała pełne obłozenie klientów. Ulińska zamówiła "to coś z reklamy" plus dużego Sprite`a. Po opłaceniu rachunku zajęła miejsce przy stoliku. Dłubiąc widelcem w ziemniakach odkryła bardzo smutną prawdę o swoim życiu – od wczoraj żyje na kredyt, tylko nie wie kto jej go przyznał. Z dnia na dzień z pionu operacyjnego WSI przeniosła sie do jakiegoś cholernego matrixa. Bez zasad, bez logicznego ciągu zdarzen – ale za to z wszędobylskim Przypadkiem. "W życiu nie ma przypadków – zawsze powtarzała sobie – to jedynie logiczne następstwa zdarzeń nam nie znanych". "Wyglada na to, że będę musiała ustalić tylko te >>nieznane mi zdarzenia<<.Pestka!" - ironizowała w myślach.
Para unosząca sie znad talerza dotarła wreszcie do nosa porucznik Ulińskiej. Głód i stres zrobiły swoje. Przez kolejne piec minut zniknęło całe danie z plastykowego naczynka. Podobnie Sprite był na ukonczeniu. Głuszczyk, konwój, dzisiejsza noc, wreszcie telefon sprzed kilkunastu minut... - to wszystko wirowało teraz po orbicie wyobraźni Anny. Zawężało jej świat do rozmiarów łepka od szpilki. Nie mogła czuć się bezpiecznie nigdzie. O powrotu do domu nie mogła nawet myśleć. Dziękowala teraz Bogu że jest samotna – "przynajmniej nikt przez mnie nie zginie". Po raz pierwszy w swoim życiu poczuła się jak w matni – każda drogę ucieczki miała odciętą. Dom, praca, znajomi (znów powrót do tematu "praca"). Każdy potrzrebuje swojego miejsca, bezpiecznego i tylko jego.
Nagle smukłe plecy kobiety zlał zimny pot. "Co, jesli nadal jest obserwowana?" Ktos musiał wynieśc ją ostatniej nocy z tamtego bunkra. Co, jeśli "na podpuche" dostała wlność? Dlaczego i komu Głuszczyk mówił o jej śmierci? Przeciez jemu ufała najbardziej... Czy to możliwe, żeby ją wystawił...? Po śniadych policzkach pociekły łzy. Pękła bariera człowieczeństwa – poczucie bezpieczeństwa i tozsamości. Straciła swoje miejsce w zyciu, tak samo jak ludzi którym mogła ufać. "Dla kogo ja wogóle pracuje? Co się tutaj do jasnej cholery dzieje?". Oparła twarz w dłoniach, tak by postronni obserwatorzy pomyśleli, ze co najwyżej nie wyspała się tej nocy. Dalecy od prawdy by nie byli... Jej szare oczy delikatnie, acz nerwowo zaczęły wędrować od punktu do punktu. Przestrzeń wokół zaczęła zawężać się do poszczególnych postaci. Młoda kobieta siedząca na wprost dwa stoliki dalej. Starzy mężczyzna zerkający na nią znad gazety od czasu do czasu. Dwóch wyrostków obcinających ja od stóp do głów przy wejściu. Małe dziecko latające wokół stolików jak karuzela na wiejskich odpustach.
Cholera! To jakis obłęd !!! Co ten dzieciak mógł mieć z tym wspólnego? Albo ten stary? Pewnie gapi się, bo chce ale nie może. Młodziki mogą, chcą tylko jeszcze się wstydzą. Nikły usmiech powrócił na usta czarnowłosej dziewczyny. W obecnej sytuacji należało to śmiało poczytać za cud.
„Nie komplikuj sama tego co juz i tak jest nieźle popieprzone. To wszystko musi mieć jakieś rozsądne wytłumaczenie. Z jakiegoś powodu przeżyłam, ktoś zamiast mnie zabić, dał mi stówę na nowe życie.” Rozmyślając nad zdarzeniami z ostatniej doby, porucznik Anna Ulińska przypomniała sobie jakieś nazwisko. Znajome nazwisko, które padło w podsłuchanej rozmowie. „Rychter”. Skąds je znała... , tak na pewno je gdzieś słyszała. „Juz wiem! - zaczęła znów monolog w myślach. To ten porucznik, pilot, którego przeniesiono do jej pionu w miesiąc po rozpoczęciu przez nią służby. Dziwnym trafem, bardzo krótko potem gdzieś go przeniesiono. Widziała go jeszcze kilka razy, ale nic poza tym o nim nie wiedziała. „No , może poza tym, że jest przystojny” - delikatny uśmiech wciąż muskał kąciki seksownych ust. Może on tez kiedyś dostał stówę i nowe życie? Musi to sprawdzić – w końcu to jedyne rozwiązanie gdzie miała szanse przeżyć. Niewielkie, ale zawsze to coś.
-------------------------------------------
i znowu c.d.n. :evilbat:

Re: "Stalowy honor" - wersja baaardzo robocza :)

: 20 maja 2009, 11:55
autor: marcin1323
dziś wstawię tekst tylko na forum, gdyż coś z serwerem dzieje się niedobrego. nazwa.pl cały czas "otwiera sie" na rózne syfy i dlatego chyba przejde na republika.pl. narazie zeby nikomu kompa nie zasyfić, pozostaję tylko na forum.

godzina 22, gdyz wczesniej z pracy nie wrócę, a dzis chciałbym jeszcze kilka sgtron przepisać do komputera :)

Re: "Stalowy honor" - wersja baaardzo robocza :)

: 20 maja 2009, 21:17
autor: marcin1323
14.50 – na pokladzie mi-2

Charakterystyczne wibracje niosły się po kadłubie śmigłowca. Ludzie siedzący z przodu, byli wyraźnie zaciekawieni terenem nad którym akurat przelatywali. Mężczyzna siedzący w tylnej części kabiny wpatrywał się w monitor leżący obok niego na siedzeniu. Metalowa walizka chroniła sprzęt przed uszkodzeniem – nawet tym zrobionym umyślnie. Mi-2 URM leniwie posuwała się do przodu, na północ. Uzbrojona w wyrzutnie Mars i karabiny maszynowe wydawała się być groźna niczym Apache. W rzezywistości te die maszyny dzielił ocean technologii. Wcześniej śmigłowiec wleciał nad Warszawę, przemieszczając się wzdłuż koryta Wisły. Po kilku minutach lotu nad stolicą, maszyna zawróciła z kierunku , z którego przyleciała. Teraz teoretycznie faza sprawdzania ewentualnego skażenia dobiegała końca.
Tak jak poprzednio – powiedział pasażer z tylnego siedzenia – bez najmniejszego śladu na trasie przejazdu. Jedynie kilkanaście kilometrów na północ miałem delikatny sygnał.
Czyli w miejscu gdzie zaginęła tamta kobieta wraz z konwojem? - odwrócił się Rychter siedzący na prawym fotelu pilota.
Nie mam tak dobrej orientacji w przestrzeni powietrznej jak wy, ale zgodnie z mapą to by sie mniej więcej zgadzało. Kurde, z góry to całkiem inaczej wygląda.
Zatoczymy jeszcze tam dyskretnie mały łuczek. - wtrącił się dotąd cicho siedzący Borkiewicz – pilot maszyny. - Dla nieprzyzwyczajonych, panie Łukaszu świat z powietrza i ten widziany na ziemi, to dwa różne miejsca. Przyzwyczai się pan.
Obym nie musiał.
Nie podoba się na górze? - zażartował pilot
Wolę stąpać po ziemi, Pewniej się czuję.
Całkiem jak pana przełożony. - pilot zerknął spod przyciemnianych okualrów na kolegę siedzącego obok.
Nie mogłeś się powstrzymać? - z lekkim wyrzutem zapytał Rychter.
Nie – Borkiewicz był do bólu szczery.

Maszyna delikatnie zmieniła kurs. Teraz leciała znacznie wyżej tak, aby nie wywołać podejrzeń kogoś na ziemi. O tym, że ludzie zajmujący się procederem handlu materiałami radioaktywnymi monitorują przestrzeń powietrzną nad „swoimi” miejscami nikt z obecnych na pokładzie nie miał wątpliwości. Pilot poprowadził maszynę „wężykiem” od punktu do punktu, oblatując podejrzany teren z południa. Odczyt z monitora nie pozostawiał wątpliwości. Pod nimi jest, albo był w najbliższej przeszłości materiał radioaktywny. Teraz mieli pewnośc co do miejsca – przynjamniej przechowywania.
Co teraz zrobimy, Tomek? - oczy pilota, choć schowane za przyciemnianymi szkłami były bardzo wyraźne.
Nie wiem. Nie ja podejmuje decyzję. Póki co robimy zdjęcia.
Mówiąc to, Rychter włączył swoją lustrzankę i robił ujęcia szerokokątnym obiektywem. Borkiewicz odwrócił maszynę prawym bokiem do kierunku z którego dochodziły minimalne ślady promieniowania. Światło dzienne żłobiło zielono – fioletowe ślady na szkłach obiektywu zeissa.
Możemy wracać.
Pilot zwiększył obroty rotora głównego kierując nos Mi-2 lekko do dołu. Popołudniowe światło zaczynało powoli przybierać delikatny, żółtawy odcień. Bordowo- brązowe łaty kamuflażu śmigłowca zamieniły się w kolor tęgiej herbaty.
Po kwadransie nad mińskim lotniskiem dało się słyszeć miarowy terkot łopat. Chwilę później drobinki piasku wirując tworzyły krąg wokół lądującego Mila. Najpierw ciężar samolotu przyjęły koła tylnego zawieszenia, sekundę później przedniego. Cień rzucany przez obracające się łopaty znieruchomiał w końcu.



Godz. 15.20 – Gabinet płk. Borkiewicza w bazie lotniczej

„Papieroloty” –tak w myślach Borkiewicz określał wszelkie czynności formalne związane z lotami. Kończył właśnie uzupełniać dziennik lotów. Po kilku napisanych cyfrach (które wszyscy nauczyciele podpułkownika od tych z klas podstawówki zaczynając a na wykładowcach dęblińskich kończąc – nazywali bazgrołami) Borkiewicz odłożył długopis i oparł się o fotel. Skóra z oparcia zatrzeszczała pod ciężarem napierającego na nią ciała.. Czuł, że zbliża się moment kiedy może odpocząć psychicznie, poukładac sobie puzzle ostatnich wydarzeń w jeden, pewnie niezbyt miły, widoczek. W gabinecie nikogo nie było. Szanse na to, że nagle pojawi się jakaś niecierpiąca zwłoki sprawa tez były nikłe. Dziś nie przewidywano lotów nocnych a zgodnie z informacjami od kontrolerów lotów jednostki, jeszcze tylko jeden Mi-2 był w locie. Wszystkie pozostałe statki powietrzne, w tym również „rurki” stały na stojankach. Przymknął powieki. Czuł, że zbliża się kres jego wytrzymałości psychicznej. Pierwsze niepokojące symptomy zauważył w Łazienkach. Pozory bezpieczeństwa jakie dawał park pełen zieleni i przyrody wywołały w nim bardzo niebezpieczną w obecnej sytuacji chęć. Chęć zaszycia się gdziekolwiek i przeczekania najgorszego. Dwa dni temu pogubil się w rzeczywistości która go otaczała i która zaczęła tworzyć jego dalsze losy. Był opanowany, wymagała tego od niego jego profesja, ostatnie wydarzenia wytrąciły go jednak z równowagi. Choć uwierzył w tłumaczenia Rychtera co do ich aktualnego położenia, to nadal miał jeden wielki szum w głowie. Nigdy wczesniej nie widział jak ktoś umiera. Dziś rano, można powiedzieć, że współuczestniczył w zabójstwie. Żeby nie wiedział jak bardzo tłumaczonym, to zawsze – zabójstwie. Nawet za sterami widział twarz zdziwionego człowieka na którego czole pojawia się brunatna plama przechodząca powoli w wielką smugę. Mężczyzna osuwa się na kolana jak w zwolnionym tempie. Wciąż krwawi, nawet intensywniej. Zamglonym i zdziwionym wzrokiem patrzy się przed siebie, a potem na niego i upada. Powoli, po cichu, po prostu. Oczy ma wciąż otwarte, pewnie jeszcze żył gdy wpatrywał się w swojego drugiego oprawcę. Takim mianem zaczął Borkieiwcz określać sam siebie. „Boże, co ja najlepszego narobiłem...? Przecież to była zwykła egzekucja. Komu ja właściwie słuzyłem? Na pewno nie Wojsku Polskiemu.” Ta myśl sparaliżowała strachem pułkownika. „A co, jeżeli Rychter też nie należy do tych >dobrych>? Może tu nie ma <dobrych> a tylko sami <źli>?” to było za dużo jak na jednego człowieka. „Wiem, że nic nie wiem – czyli mam przynajmniej dobry początek. Niżej nie mogę już spaść.” W kącikach oczu zaiskrzyły się łzy. Powieki znów powędrowały na dół. Upłynęło sześć minut – tak zaświadczał zegar wiszący na ścianie, choć Borkiewicz przysiągłby, że znacznie więcej, nim ponownie otworzył oczy. Siedział tak jeszcze kolejne minuty próbując wciąż z uporem poukładać łamigłówkę. „Jeśli jest tak jak mówi Rychter, to by znaczyło, że każdy nasz krok jest śledzony. Wszystkie flightplany, decyzje kadrowe itd.” Powoli , do świadomości Borkiewicza zaczął docierać przerażający fakt: nikt i nic nie będzie w jego życiu takie jak przedtem. Nikt i nic nie będzie tylko już jego, ale i „ich”. „Oni” – do tej pory myslał co najwyżej o rządzie, a nie o zgrai bandytów w mundurach. W tej plątaninie domysłów i faktów jedna rzecz nie dawała mu spokoju. Dlaczego Rychter wciąż żyje? Jeśli sytuacja była tak goźna, jak predstawiał ją Tomek, to do tej pory już dawno ktoś powinien go wyeliminować. Skoro ma przeciw sobie wielki syndykat, to dla jego przeciwników nie powinno stanowić problemu namierzenie i zabicie jedneo niepokornego oficera. Nawet jeśli byłby to prokurator wojskowy chroniony przez wysoko postawionych mocodawców. Przestępcy zawsze byli silniejsi od prawa. W tej chwili znów przed oczyma Borkiewicza stanęła scena leśnej egzekucji. „No chyba, że prawo zaczyna posilać się przestępczymi metodami.” Znowu w głowie poczuł wirówkę. Spuścił powieki. Zdawał się unosić gdzies w pzrestrzeni. Mial bardzo lekkie ciało. Jak w majakach sennych z dziecińtwa gdy unosił się nad polami okolicznych wsi. Gdzieś w pzrrstrzeni zaczęły dźwięczeć dzwoneczki. Z początku cicho, potem dźwięk zaczął narastać. Nagłe szarpnięcie przywróciło ciało pułkownika do rzeczywitości. Dzwoneczki w oddali okazały się dźwiękiem telefonu stojącego na skraju biurka. Borkiewicz usnął. Pewnie na ułamek sekundy, lecz intensywnie i głęboko. Wziął kilka głębokich oddechów i sięgnął po słuchawkę. Nie chciał by jego głos zdradzał senność.
słucham, Borkiewicz.
Panie pułkowniku, kapitan Ferenc z tej strony
no witam
panie pułkownikiu, dowódca do nas leci – tembr głosu wyraźnie zdradzał podekcytowanie dzwoniącego
czyj dowódca...? - ze zdziwieniem w głosie dopytywał się Borkieiwcz
dowódca WliOP-u panie Jurku
o,.. - tylko na tyle było tac Borkieiwcza w chwili obecnej. Zdziwnienie mieszało się ze strachem . Jednak po pierwszym szoku, wywołanym wiadomocią o przylocie głwnodowądzącego siłami powietrznymi, umył oficera wznowił poprawne funkcjonowanie – trezba uprzedzić Lelosza. Póki co on tym bajzelm dowodzi jako zatępca Koszyckiego...
na wspomnienie zmarłego generała, po obu tronach linii rozmowa na chwilę przycichła. Pierwszy zaczął kapitan.
Dzwoniłem ale nic z tego. Jest w domu, a powrót do bazy zajmie mu dobrą godzinę. Generał Górecki najdalej za kwadrans będzie na płycie. Przed chwilą zgłosił się do obszaru. Był nad Legionowem.
Sam pilotuje?
Tak, troche to dzwine bo ostatnio wozili go taksiaże ze spec pułku. Jak zawsze zresztą. Teraz leci do nas Bryzą 0201
Skąd pan wie kapitanie że to generał?
Dzwonił do mnie kolega z okęcia, żeby nas ostrzec. Nie co dzień widzi się dowódcę WliOP-u samodzielnie lecącego do innej jednotki. I to jeszcze popołudniu.
To prawda. Trochę mnie to niepokoi. Ok, w razie czego zastąpię Lelosza. Jak będzie na podejściu czekam na sygnał. Chcę go przyjąć jak należy. Rozumiem, że Lelosz jedzie do bazy?
Tak, lecz jak mówiłem. Około godziny potrzebuje, może z czterdziesci minut.
Dziekuję
Po odłożeniu słuchawki, Borkiewicz czym szybciej uprzątnął gabinet i zrobił porządek na biurku.

Oba silniki Bryzy harmonijnie współgrały. Samolot toczył się powoli przez ostatnie metry stojanki, po czym zatrzymał się. Charakterysryczny świst i nagły spadek obrotów silnika. Łopaty obracały sie coraz wolniej. Widac było przez okno jak pilot zdejmuje słuchawki i udaje ię do wyjścia.

Komitet powitalny w składzie Borkiewicz i Lelosz czekał na płycie od około 5 minut. Własciwie to Borkiewicz spedził ostatnie pięć minut na płycie lotniska. Lelosz wpadł jak opazony w chwili gdy generalska Bryza kołowała z taxiway`a na stojankę. Jego słodką tajemnica pozostawała zawsze technika jazdy samochodem. O ile w powietrzu trzymał się ściśle procedur, o tyle na ziemi...? hmm miał bardzo relatywne, żeby nie powiedziec wybiórcze podejście do zasad kodeksu drogowego. Chyba tylko dzieki mundurowi nie musiał zastawić jeszcze domu za nieopłacone mandaty.

Gdy generał Górecki otwierał drzwi, obaj oficerowie podeszli do Bryzy oddając honory swemu dowódcy.
Panowie ciesze się, że obaj jestescie . Mam z wami dwoma do pogadania. - Mówiąc to położył ręce na barkach stojących na wprost niego mężczyzn. Popatrzył się im przez chwilę w oczy, po czym wznowił swoją mowę:
Nie mamy dużo czasu, a spraw jest dużo i to ważnych. Możemy znaleźć jakieś ustronne miejsce?
Tak spoufałe zachowanie szczerze zaskoczyło Lelosza i Borkiewicza. Podobnie jak zapowiedź rozmowy. Nie uszło to pilnej uwadze generała. Idąc pomiędzy swymi podwładnymi, Górecki zdawał się wciąż intensywnie myśleć. Nagle odwrócił się w stronę Borkiewicza:
Musimy szczerze porozmawiać.
Borkieiwcz milczał. Przestał już nawet liczyc sytuacje, które go zaskakiwały. Po prostu chciał je przeczekać, a najlapiej – przetrwać. Jak do tej pory udawało mu się.
Lelosz pierwszy, jak na obecnie najwazniejszego oficera pułku, zareagował:
Służę gtabinetem panie generale.
Chodźmy więc – poprosił Górecki
Dzięki temu, że wizyta była niezapowiedziana i to jeszcze po piętnastej, ten specyficzny pochód nie miał zbyt wielu widzów. Uczestników, zaś dokładnie tylu, ilu powinien. Niespełna pięć minut było potrzeba, by trójka mężczyzn zajęła miejsca przy biurku nieboszczyka generała Koszyckiego.
Napije się pan generał czegoś? - Lelosz wywiązywał się jak mógł z obowiązku gospodarza.
Nie, dziękuję. Ale to miło z pana strony, majorze. Za tą niespodziewaną wizytę z pewnością nie zasługuję na tak miłe przyjęcie. Pewnie panowie już do domu zbieraliscie się? Przepraszam, ale sprawa jest paląca jak już wcześniej mówiłem. Po drugie nie zajmie nam dużo czasu.
Ta wypowiedź nieco rozluźniła napięcie. Chwilowo.
właściwie, to panu majorowi nie zajmie dużo czasu – dorzucił generał – pan, panie pułkowniku – zwrócił się do Borkiewicza - będzie musial poświecić nieco więcej czasu tej sprawie.
„ Jakoś mnie to nie dziwi” - odpowiedział w myśli wymieniony przez Góreckiego pilot. Nie dał jednak po sobie poznać , że w jakikolwiek sposób obchodzi go ta wypowiedź. Lelosz okazał niejakie zdziwienie.
Panowie, wszysycy nie mamy czasu – kontynuował Górecki – pan, panie pułkowniku wie chyba o tym najlepiej.
Tym razem zadziałało. Borkieiwcz ciężko przełknął ślinę i uciekł wzrokiem na sufit.
Tak, panie generale. Dziś zobaczyłem, że każdemu z nas może nagle zabraknąć czasu na cokolwiek...
Lelosz nie był zaskoczony. Wieść o zamachu rozniosła się po bazie lotem błyskawicy. Borkiewicz nie miał jednak tylko własnego życia na mysli. Znów pojawiła się przed jego oczami scena egzekucji. Wzrok generała zdawał się mówić: „Dokładnie wiem, o czym myślisz”. To tworzyło zimne krople potu na plecach Borkieiwcza, pomimo wiosennego upalnego popołudnia.
Moją sprawą zajął się prokurator, major Rychter, ten sam... - Borkieiwcz znów nie dokończył wypowiedzi
Wiem, znam Tomka – rzucił generał
Twarz majora Lelosza wyrażała największe zdziwienie. Oblicze Borkieiwcza wprost przeciwnie. Zapatrzony w okno za Leloszem, zdawał się pogrążać we własnym świecie myśli. Generał z premedytacją nie zauważał tego zachowania. Mówił dalej, choć uważny obserwator mógłby zauważyć pewne problemy jakie miał przy kontynuowaniu tej wypowiedzi:
Znam majora i wiem czym się tutaj zajmuje.
„Doprawdy?!” niepokorny charakter Borkiewicza dał o sobie znać. Na szczęście dla własciciela tego charakteru pytanie padło znów tylko w myślach.
Panowie, żeby nie przedłużać, chcę zacząc od tego, że dziękuje panu majorowi za to, że w tak trudnym czasie wziął na swe barki dowództwo pułku – zwrócił się do Lelosza – prawdziwych dowódców poznaje się jak działają w sytuacjach kryzysowych, a nie na salach wykladowych kolejnych kursów.
Jednak po chwili dodał:
Choc i te drugie umiejętności są równie potrzebne, zwłaszcza na współczesnym polu walki – na salonach polityczno-towarzyskich.
Tą wypowiedź dodał z nieukrywanym sarkazmem w głosie. Znów odezwała się w nim ta sama ułańska dusza, którą tak nietrawili ci wszysyc ważniacy ze Sztabu Generalnego, a która dodawała mu bardzo wiele w oczach zwykłych pilotów. Żeby współpraca jakoś układa się na linii Sztab Generalny – WliOP, przyjęto bardzo prosty układ: „oni” wiedzieli że Górecki tak mysli i to akceptowali, a on? A jemu to wisiało że „oni” wiedzą, … o tym też wiedzieli – podobnie jak inni oficerowie, znający generała. Stąd na twarzy Lelosza zagościł blady uśmiech. Borkiewicz nadal był niewzruszony.
Chciałbym, by nadal pełnił pan funkcję zastępcy dowódcy pułku, majorze Lelosz. Natomiast na miejscu generała Koszyckiego, widziałbym chętnie pana panie pułkowniku Borkiewicz.

Zaskoczenie na twarzy Lelosza było już bardzo widoczne. Borkieiwcz przeniósł spokojnie wzrok z okna na twarz generała , który siedział naprzeciwko Lelosza, a po lewej ręce Borkiewicza. Skrzyżowali wzrok na kilka sekund, po czym Borkieiwcz, wolno, niemal artykuując kazdy wyraz z osobna wycedził z gniewem w głosie:
To najdroższy moralnie telefon w moim życiu, panie generale.
Po czym zdjął czapkę z wieszaka przy drziwach i wyszedł na korytarz. Szedł wolno. Miarowym krokiem zszedł po schodach na parter. Wrzucił monetę do automatu z kawa. Słuchając pluskania płynu w kubeczku czekał aż ten napełni się. Na korytarzu było cicho. Widocznie jego rozmówcy wciąż siedzieli w gabinecie. Borkiewicz wciąż stał z głową opartą o zimny metal automatu. Po około dwóch minutach dały się słyszeć kroki na pierwszym piętrze. Chwilę potem, na schodach pojawił się generał. W milczeniu minął pułkownika, kierując się do wyjścia z budynku. Zatrzymał się tuż przed drzwiami.
Pukowniku, leci Pan ze mną
W dupie mam taką armię, panie generale.
Górecki milczał. Zimna stal automatu wciąż dotykała czoła pułkownika. Spojrzał na generała. Ten stał przodem i mierzył swym łagodnym wzrokiem, swiezo upieczonego dowódce pułku.
W dupie mam – powtórzył Borkieiwcz – pierdolę ten chory system! Starzy! Młodzi! Kogo to interesuje?! - odwrócił się z wyrzutem w głosie do generała.
Zabijają w majestacie prawa – kontynuował – w majestacie munduru... - urwał, jakby te słowa szczególnie bolały go
Wplątaliście mnie w to gówno! - krzyknął pełen bólu. Teraz całe jego zwątpienie, zaskoczenie i obrzydzenie tą sytuacja znalazło ujście. Wszystkie mary i wyrzuty sumienia skumulowały się w jeden wielki krzyk.
Generał wciąz zachowywał stoicka postawę.
Wie pan, panie generale kiedy ostatni raz patrzyłem w lustro? Pewnie jeszcze długo nie spojrzę...
Borkiewicz wyraźni ucichł. Już nie krzyczał, tylko skarżył się.
Byłem pilotem, oficerem sił powietrznych..., teraz zeszmaciłem się, wy mnie zeszmaciliście! Nigdy nie chciałem zabić człowieka, nie bezbronnego ze związanymi rękoma na plecach! Z lotniczej stali naszych mundurów zrobiliśmy brunatną czerwień. Taki kolor miała krew tamtego człowieka w lesie. Widzę ją ilekroć przymknę oczy. Nawet czasem i tego nie trzeba.. Jeśli pan o tym wszystkim wie i akceptuje to , to jest pan generale na równi odpowiedzialny ze mną i Rychterem za tą egzekucję. Teraz żałuję że Rychter mnie uratował, miałbym przynajmniej już to z głowy... Nie mam pojęcia jak z tym mam życ, a od .. od egzekucji nie minęło nawet pół dnia...

Znowu oparł się o automat, tym razem plecami. Popijał wrząca niemal jeszcze kawę.

Było sporo kontrowersji wokół pańskiej nominacji. Sam je podzielałem – przemówił w końcu generał – teraz przekonał mnie pan, że byłem w błędzie. Nadaje się pan, jak mało kto – mówiąc te słowa zbliżył się do swojego rozmówcy – wie pan dlaczego?

Teraz Borkiewicz milczał.

Bo jesteś na tyle czysty by to raz na zawsze skończyć. Jeśli byłbys byle jebanym karierowiczem – przeszedł na „ty” - to nawet nie zająknąłbys się o tym wszystkim, tylko już bys ustawiał tabliczke na swoim biurku. Ale ty masz charakter i zasady. Ty masz jaja Jurek i jeśli naprawdę zalezy ci na skończeniu z tym draństwem to przyjmiesz tą nominację.

Górecki odwrócił się. Wychodząc dodał:
Chodź! Pomogę spojrzec ci w lusterko. Sam już dawno tego nie robiłem.

Borkiewicz nie miał już sił do stawiania oporu. Był jak wymięta gazeta. Jednak wciąż miał w oczach złość i ból. Plastikowy kubek potoczył się z wolna po kamiennych płytach podłogi, a niedopita kawa tworzyła coraz pokaźniejszą plamę. Pułkownik już tego nie mógł zobaczyć. Podążał za swym dowódcą na stojankę. Za kwadrans byli w powietrzu.

Gdzie teraz lecimy? - zrezygnowanie wciąż brzmiało w głosie pułkownika
Na Okęcie. Jurek mam na imię – generał podał dłoń.
Ja też – z przekąsem odpowiedział Borkieiwcz
Mamy mocnego patrona. Teraz czas na nas
Ta – Borkiewicz nieco ochłonął, a może to tylko złość przerodziła się w zobojętnienie – tylko on walczył ze smokami, a ja? Z czym ja mam walczyć?
Nie „ty” tylko „my”. - poprawił go generał – Musisz to zrozumieć, inaczej zginiesz. Ich siłą jest grupa i strach. Nasza musi być to samo.

Po chwili namysłu dodał:
My Jurek walczymy, nie ze smokiem a z hydrą, wieloma hydrami. Im więcej łbów polci, tym więcej odrośnie. Musimy zabić organizm, wtedy nie będzie co miało rodzic kolejnych łbów.

Bryza wzbiła się już na 3000 metrów. Blask słońca rzeźbił na metalowym kadłubie samolotu światłofantastyczne wzory. Kolejny kwadrans lecieli w ciszy. Jeden zagłębiony w swym umysle, drugi w duszy. Kiedy ten pierwszy myślał jak uratowac świat, drugi myślał jak uratować duszę i honor. Mężczyzna pilotujący Bryzę pierwszy przerwał milczenie:
Byłem jednym z tych, którzy założyli SGO. Do tej pory nie wiem czy metody stosowane przez nas są dobre. Wiem natomiast, ze są skuteczne. Nie jesteśmy już bezbronni. My Jurek – powiedział z naciskiem na „my” - wszyscy, ja ty, rząd, zwykli ludzie. Pamiętaj jaką przysięgę kiedyś złożyłeś.

Teraz twarz Borkiewicza ożywiła się. Była do cna cyniczna:
Wiesz, przysięgałem w innym systemie, z innym orzełkiem , więc nie wiem, czy moja przysięga wciąż jeszcze ma moc prawna...?
mylisz, się i dokładnie o tym wiesz. Polska jest jedna i orzeł tez.
Dodał po chwili:
My wciąż mamy chronić kraj. Już nie przed imperializmem, zresztą przed komunizmem również nie. Właśnie przed takimi ludźmi jak oni. Będziesz dowodził bardzo wazna jednostka, i ty o tym wiesz...
Ważną...? - Borkieiwcz kiwał lekko na boki w gescie powątpiewania – za kilka lat będą Krzesiny, Łask, Powidz. Tam będa supernowoczesne rumaki. - ostatnie dwa słowa wypowiedział z czystą, niczym nie zmąconą ironią
Przekonasz się, że mam racje. Już niedługo.
Mogę być szczery i nie traktować cię jak dowódcę?
Przecież o to mi chodzi
Czy jeśli odmówię to mam szanse dożyć jutra?
Masz. Do jutra na pewno. Dalej nic ci nie mogę zagwarantować. I nie jest tak jak myślisz. „Starzy” już wydali na ciebie wyrok. W ich mniemaniu jesteś już członkiem SGO.
Dlatego uważam, że nie możecie mi pomóc...
to ty masz pomóc nam. A „my” to również „ty”.
Pojebane to trochę...
wcale nie trochę
czy Koszycki był w ich grupie?
Nie, wiem od Tomka, że go podejrzewał, podobnie jak ty. Teraz mogę ci już powiedzieć prawdę o generale Koszyckim. Pełnił taką funkcję jaka ty masz obecnie przed sobą. Wiedział o tym, że para hindów, które ty ścigałes, miała na pokładzie materiał rozszczepialny, dlatego mieliście zakaz uzycia broni. Wczorajszego wieczoru spieszył się z kimś na spotkanie. Z kretem w naszych szeregach, którego odkrył. Niestety nie zdążył przekazać nikomu kto nim jest. Przypadkowo natknął się na patrol drogówki. Chcąc uniknąć komplikacji, uciekał. Niestety przez to że wszystko musiało pozostać w tajemnicy, tak to wyglądało z boku. Jego sposób bycia również nie sprzyjał nawiązywaniu bliskich więzi z podwładnymi...
Ostatnie słowa generał wypowiedział w tonie pewnego niedomówienia. Mniej wiece mogłoby ono brzmieć : „ciebie wcale jakoś to nie powinno zdziwić,nie byłeś wyjątkiem”.

Borkieiwcz spojrzał w przestrzeń, nieco powyżej kabiny.
Każdy na twoim miejscu myślałby tak samo Jurek, nie wiń się za to. Przygotuj się, że tobie nie będzie nawet o gram lżej. To niebezpieczna, niełatwa i niewdzięczna fucha.
I tak już niczym nie ryzykuję – z mieszanką opętania i rezygnacji w głosie odpowiedział Borkiewicz.
Znowu się mylisz. Masz bardzo dużo do stracenia. Los operacji, grupy, nas wszystkich zalezy i zależeć będzie od twojej postawy. Zawsze musisz być tego świadom. Zawsze.
A co z moim DOL-em? Nadal mam się przygotowywać?
Jeśli tylko będzisz mógł. Jeżeli nie, to niech leci, najlepszy po tobie w pułku.
Jest kilku i lepszych.
Watpię, inaczej Koszycki by ci tego nie powierzył.
Lelosz.
Miałem go na myśli, lecz to twoja decyzja. Będziesz miał od groma innych obowiązków.
Będe musiał im sprostać – ironia i niechęć zamieniły się w rezygnacje. Nie było już też wrogości.
Teraz ja chciałbym ci zadać jedno szczere pytanie, ok?
Oczy pilotów spotkały się
Ok.
Dlaczego sam najpierw zaproponowałeś patrolowanie z powietrza, a potem nie chciałes nominacji?
Bo nie wiem która strzelanina do mnie bardziej przemówiła. Ta przy szpitalu, czy ta w lesie?
Wiem że to trudne dla kogoś z zewnątrz, tylko będziesz musiał pokonac barierę szczerości względem samego siebie. To diabelnie trudne.
Borkieiwcz znów zapatrzył się przed siebie.

Chcę, żebyś wiedział, że każdy z nas ma czasem problemy z lustrem Jurek, kontynuował dowódca WliOP-u,- pamiętaj wtedy chwile, kiedy kule latały ci nad głową. Tamci nie mieli takich wyrzutów. Gdyby was ustrzelili dostali by pewnie jakś premię.
Po chwili namysłu, Górecki poprawił się:
na pewno dostali by premię za Tomka. On jest dla nich waznijeszy niż ja i premier razem wzięci. Za bardzo im zaszedł za skórę.
Borkieiwcz wciąż myślał. Teraz już nieco spokojniej. Jakby z dystansem.
Wiesz kiedy ja ostatnio korzystałem z lusterka? - melancholia opanowała również głos Góreckiego. Odpowiedzią była cisza
Po pogrzebie mojego syna. Zginął tak jak wy mieliście zginąć. Straciłem go, bo zamachowcy spartolili robotę i pomylili nasze samochody.
Przykro mi – tym razem cisza nabrała barwy głosu Borkiewicza.
Mi też było przykro. O mało co nie straciłem całej rodziny. Moja matka nie odzywa się do mnie do dziś za to. Ojciec zmarł na zawał dwa dni po pogrzebie. Żona i córka nie chciały usiąść ze mną w tej samej ławce w kościele na pogrzebie. Potrzebowały dwóch lat by mnie zrozumieć i przebaczyć. Ja nigdy sobie nie przebaczę... - znowu cisza dźwięczała w powietrzu jak najpotężnieszy grom
Ale teraz już mnie niczym nie złamią. Ani młodzi, ani starzy ani żadni inni zwyrodnialce...
Dlatego dowodzisz SGO?
Nie ja dowodzę. Grupa, jako całość nie ma dowódcy. Bardzo oględnie powiedziawszy wykonujemy polecenia ministra obrony narodowej, a w rzeczywistości premiera.
Co jeśli zmienia się rząd?
Jedni wprowadzają drugich. Od nas zależy los i życie innych ludzi, a my zalezymy od zdrowotności tego chorego systemu.
Przerwał. Na twarzy obu mężczyzn pojawił się nikły, ledwo kpiący grymas, którego nawet bardzo naciągając nie można było nazwać usmiechem.
Politycznie jestesmy obojętni – kontynuował – Nie pisza o nas gazety, więc politycy nie mają czym się chwalić, ani czego bać, jeśli jest wpadka.
Użyteczni jesteśmy...
Powiedziałbym raczej „pożyteczni”.
Wracając do celu naszej podrózy. Gdzie mnie zabierasz?
Do premiera.

Ta odpowiedź nieco zaskoczyła pytajacego.
Mogłeś cos wposmnieć w bazie, ubrałbym przynajmniej inny mundur.
Nie ma strachu. Pomyslałem i o tym. W tylnej części samolotu masz mundur i całą resztę w twoim rozmiarze.

Borkieiwcz nie zdawał się być zaskoczony.

Ale zanim pójdziesz , musimy jeszcze uzgodnić dwie sprawy.
Słucham
Podjąłeś decyzję co do Lelosza?
Tak.
To dobrze, bo przekazałem mu ją jak jeszcze byliśmy na dole... jak kupowałes kawę – dorzucił

Borkieiwcz blado usmiechnął się.
Czy na jutro rano możesz ustawić lot sokołem, żeby potwierdzić miejsce?
Tak
To dobrze,im wcześniej, tym lepiej. Niebawem dowiesz się powodu tego pospiechu.

Nastała chwila ciszy. Ciszy, która podczas tej rozmowy przepełniona była basowym mrukiem silników.
słuchaj, Jurek – zaczął znowu generał – Nie muszę ci chyba przypominać, że jestes jedynym człowiekiem w pułku który zna prawdę. I tak ma pozostać, nawet po twojej smierci
Jak Koszycki?
Tak
Rozumiem, oczywiście. Skoro jestesmy znów przy Koszyckim...
Czekałem na to … - Górecki odwrócił się do Borkieiwcza – odpowiem na każde pytanie.
Wiem już dlaczego kazał cackać się z hindami, ale dlaczego olał temat zestrzelenia mojego skrzydłowego?
Bo szukali go nasi ludzie.
Dlaczego? Nie rozumiem sensu tego działania. Przeciez gdyby spóźnili się chłopak mógłby już nie żyć!
Tak, ale tylko on jeden. Nikt więcej.
Teraz czoło Borkieiwcza zaczęło marszczyć się a ogólna fizjonomia zdradzała nagły wzrost zainteresowania poruszanym tematem.
A więc jednak ktos tam był? - wolno wycedził pułkownik
Był – spokojnie odpowiedział generał – I gdyby żandarmeria, albo inni zołnirze natknęli się na nich nikt by nie przeżył. Czy teraz rozumiesz dlaczego ryzykowalismy zyciem porucznika? Mając do wyboru jednego żołnierza i cały oddział , co bys wybrał? Jako dowódca?
Ja wybrałem, to wy sobie nie poradziliście – w głosie wyraźnie słychac było dumę z dobrze wykonanej roboty
A to kolejny dowód na to, że nadajesz się jak mało kto do SGO. Wiesz, kiedy złamać reguły. Jesteś skuteczny. Prawdopodobnie gdyby nie ty, my byśmy go nie znaleźli
czyli załoga z Bydgoszczy...?
Nie. Oni musieli przylecieć, bo sprawa była już zbyt głośna. Wszystko nabrało oficjalnego biegu. Tego bałem się najbardziej, że zginą inni.
Czyli ty tez nie wierzyłeś, że on przeżył?
Nie, nie wierzyłem. Ciesze się, że się myliłem.
Może powinniście przenieść gdzies Wilczka?
...niśmy ! Po-win-ni-smy! - sylabizował Górecki – musisz się tego nauczyc i to jak najszybciej. Co do porucznika to masz rację, też o tym myslałem i już podjęlismy pewne kroki.
- To dobrze, dziekuję.
Nie ma za co. Tak więc wiesz już wszystko?
Szczęśliwszy nie jestem od tego?
I nie będziesz. Dolatujemy. Radzę ogarnąć się nowy „panie dowódco pierwszego pułku lotnictwa myśliwsko-bombowego”

Borkieiwicz , bez słowa przeszedł na tył samolotu.

Re: "Stalowy honor" - wersja baaardzo robocza :)

: 01 cze 2009, 21:36
autor: marcin1323
jestem winny wszystkim słówko wyjasnienia i przeprosin:
zamiast piatek tekst dpiero gotowy jest w poneidziałek. niestety burza pozbawiła mnie na weekend netu stąd takie opóźnienie. jeszcze raz sorki :roll: zaparszam do lektury (mam andzieje, ze miłej) :D
----------------------------------------------
Godz 16.30 – u premiera w gabinecie –

Chociaz dochodziła wpółdopiątej, słońce miało się znakomicie. Zółtawy palący poblask niemiłosiernie penetrował najdrobniejsze zakamarki. Dwaj mężczyźni w stalowych mundurach , z teczkami w rękach szli wzdłuż budynku MON-u równym , defiladowym niemal tempem. Kazdy przechodzień zwracał na nich uwagę, zas kazdy mijany żołnierz – salutował. Ich postury, mundury i wygląd ogólny były prawie identyczne. Nawet spoceni byli podobnie. Błyszczące kropelki rzęsiście pokrywały ich siwiejące skronie oraz brązowe od słońca nosy i czoła. Mężczyźni skręcili w prawo do drzwi. Tuż za nimi natknęli się na dwóch szeregowców uzbrojonych w karabiny AK-47 Kałasznikow. Żołnierze z zasadniczej służby wyprężyli się jak struny od fortepianu oddając honory na widok generalskich gwiazdek jednego z oficerów. Wchodzacy pułkownik i generał odpowiedzieli po raz kolejny w ostatnich pięciu minutach salutem. Błyszczące daszki czapek i buty w pełni pasowały do błysku chromowanych poręczy i marmurowych schodów.
Obaj milczeli. Rozmowa zakończona pięc minut temu w samochodzie wiozącym ich z lotniska zupełnie im na razie wystarczała. G dy byli sami na niemiłosiernie długim korytarzu, Borkieiwcz przegrał ze swoją ciekawością:
Pewnie brak nazwiska na mundurze, to nie przypadek?
Nie – odparł generał
Wwystarczy, że ja siebie poznaję – mruknął pod nosem pułkownik, nawet nie starając się ukryć sarkazmu – choć ostatnio coraz rzadziej.
C ień usmiechu (lub czegoś na jego kształt) przemknął po obliczu generała, równie szybko ginąc, co się pojawił. Labirynt korytarzy, drzwi, schodów ciagnął się przez kolejne dwie-trzy minuty, by zakończyć swój bieg przed stalowymi, wypolerowanymi do lsnienia drzwiami. Takich, jakich tu zresztą setki. Dodatkowo, te zlokalizowane na tym piętrze miały skanery siatkówek i zamki cyfrowe. Nie bez znaczenia pozostawął również fakt, iz dostac się na to piętro z poziomu windy było niemozliwością. Poporostu tutaj winda nie zatrzymywała się. Droga na tn korytarz prowadziła waskimi schodami, u podstawy których był kolejny już w tym budynku punkt kontrolny.

Górecki przejechał kartą magnetyczną po czytniku. Czerwone światełko zmieniło się na zielone , wyzwalając jednoczesnie puslowanie innej diody w okolicach skanera siatkówki. Generał zbliżył się nieco do urządzenia. Po kolejnej sekundzie na ściance przy drzwiach paliły się dwie zielone diody. Same drzwi zaś, wydały dźwięk ni to delikatnego syku, ni to metalicznego szczęku. Z zadziwiającą lekkością ustąpiły pod naciskiem ręki generała. Borkiewicz wciąż trzymał się z tyłu. Otwierajaca się przestrzeń zdradzała kolejne sekrety budynku, jakich wiele w tym rejonie stolicy – korytarz z kolejnymi drzwiami. Pomieszczenie miało około 3 do 4 metrów długości. Tak bynajmniej ocenił je Borkiewicz. Było ośiwtelone intensywnym, białym światłem. W rogach nad obydwoma parami drzwi widniały kamery sferyczne. Każdy kto tu wchodził musiał czuć się obdarty ze swych najgłębszych sekretów. Na lewej ściance zamontowana była półka. Generał sprawnym ruchem, wyjął z mieszeni telefon komórkowy jedną ręką i czarną Berettę zza paska drugą. Odłozył to wszystko na półkę i zwrócił się do Borkiewicza:
Zostaw tu telefon komórkowy. Nad dodatkowym wyposażeniem popracujemy, jak wyjdziemy stąd.
Widzę, że razem z Tomkiem w jednym supermarkecie zakupy robicie. - ironizował Borkiewicza
Tak, to można nazwać, mamy znizki dla stałych klientów.
Wypowiadając te słowa, generał nacisnął klamkę. Tak po prostu. Bez skanerów, czytników i Bóg jeden raczy wiedzieć czego jeszcze. Drzwi otworzyły się. Tym razem bez szczęku, syku , ani innych odgłosów. Jak zwykłe drzwi w pokoju dla dzieci – pomyslał Borkieiwcz. Gdyby mężczyxni nie byli zaprzątnięci kilka sekund wcześniej rozmową, zapewne do ich uszu doleciałby delikatne stuknięcię dobywajace się jakby ze ściany. To obsługa pomieszczenia zwalniała zapadki od zamka po uprzednim prześwietleniu kilokoma rodzajami urządzeń dwóch mężczyzn stojących w waskim korytarzu. Gdyby którys z nich pozostawił jakieś urządzenie elektroniczne lub broń – drugie drzwi nie otworzyły by się w ogóle. Pierwsze już zresztą tez nie.
W chwili gdy otwierało się przejście do kolejnego pomieszczenia, oświetlenie korytarza mocno przygasło. Teraz miało może z dziesięć procent ze swej poprzedniej intensywności. Dokładnie tak samo oświetlony był kolejny pokój. Właściwy cel podróży lotników. Borkiewicz postrzegał go jako kwadrat o boku mnij więcej od szesciu do osmiu metrów. Sama ocena długosci tych ścian była mocno utrudniona. Zamiast boazerii, tapety, lub zwyklego tynku, tutaj zastosowano... głosniki. Wieklkie koła, elipsy o rozmiarach dochodzących do półtora metra przekroju generowały delikatny szum. To „wyposażenie „ zdecydowanie zrobiło na pułkowniku największe wrażenie. Największa zagadka była chwilowo ukryta przed wzrokiem gości. W chwili gdy zamknęły się drzwi wejściowe (co stało się bardzo wolno – jak zdążyła odnotowac podświadomość „nowego goscia” tego pokoju) delikatny snop światła ukazał coś bardziej interesującego. Na środku pokoju, na podwyzszeniu stała szklana klatka. Mniej więcej trzy na trzy metry. Wewnątrz były tylko trzy krzesła. Tylko tyle. Borkiewicz wciąż rozglądał się nie mogąc uwierzyć w to co zobaczył. Takie pokoje istniały, ale tylko w filmach. Bynajmniej do tej pory tak myślał. Górecki tymczasem , widać przywykły do tego wszystkiego , stał jakieś cztery kroki przed pułkownikiem. Milczał. Z rękoma w kieszeniach przyglądał się swemu towarzyszowi. Badał jego reakcję na wygłuszone pomieszczenie.
Nie upłynęły nawet dwie minuty , gdy do pokoju wszedł jakiś mężczyzna drzwiami niewidocznymi do tej pory. Zlokalizowane one były po przeciwnej stronie, idealnie zamaskowane w wygłuszającej zabudowie. Mężczyzna stał w cieniu przez moment. Jakby obserwował pozostałych w pomieszczeniu. Po chwili ruszył do przodu. Gdy podchodził do szklanego pomieszczenia, niemrawe światło stopniowo ujawniało sekret jego fizjonomii. Teraz Borkieiwcz był już pewien – miał przed sobą premiera RP.
Witam, panowie. - przywitał się przybyły mężczyzna
Obaj lotnicy zasalutowali w odpowiedzi, po czym podali dłoń generała.
Panie premierze, to płk. Jerzy Borkiewicz, nowy dowódca 1 pułku z Mińska Mazowieckiego.
Premier uścisnął również dłoń pułkownika.
Panie pułkowniku, nie muszę mówić jakim honorem, ale i zaufaniem został pan obdarzony?
Domyślam się, panie premierze.
W głosie Borkieiwcza nie wyczuwało się żadnych napięć ani ironii. Prezentował bardzo zachowawczą postawę.
Panowie – tym razem gospodarz zwrócił się do obydwu mężczyzn – zapraszam.
Ruchem ręki wskazał przeszkolony gabinet pośrodku pomieszczenia. Obaj oficerowie zajęli miejsca obok siebie. Premier upewnił się, że drzwi są zamknięte, po czym usiadł naprzeciw nich. Borkiewicz zauważył, że w chwili gdy zamknięto drzwi membrany głośników zaczęły wibrować z większą niż dotąd częstotliwością. Premier zauważył zainteresowanie gościa.
Pierwszy raz w „szklarni”?
Borkieiwcza zaskoczyło pytanie.
Tak, panie premierze.
Krótka żołnierska odpowiedź. - odparł rozbawiony nieco premier. - proszę się nie denerwować ani miejscem ani moja osoba. Idzie przywyknąć? - tu zwrócił się z nutą spoufałości do Góreckiego.
Odpowiedzią był nikły uśmiech i przytakujący ruch głowy.
Jestem na etapie początkującego – głos Borkieiwcza zdradzał już lekkie rozluźnienie.
Panie pułkowniku, to pomieszczenie jest najlepiej chyba zabezpieczonym w Polsce przed podsłuchem. Nie przypadkowo właśnie tu dziś rozmawiamy. Zapewne o prawdziwych obowiązkach które na pana czekają już pan gnerał poinformował pana?
Tak jest.
To dobrze. Chcę tylko dodać, że dowodzi pan najwazniejsza da nas jednostka w kraju
Słyszałem już to panie premierze, ale nie wiem do końca czemu?
Czemu dowodzi pan, czy czemu najważniejszą?
Pierwsze już wiem panie premierze, przynjamniej częsciowo. To drugie mnie trochę zaskakuje.
Membrany wciąż pulsowały. Szkło i niskie tony szczególnie chroniły tajemnice „szklarni”.
Bo będzie pan dowodził jednostką, gdzie stacjonuje para dyżurna, po drugie to najbliżej stolicy połozona jednostka bojowa WliOP-u.
Tak panie premierze, ale to nie ja będe dowodził para dyzurną, tylko Dyżurny Centrum Operacji Powietrznych i pan.
Wiem kto dowodzi parą, ale pan panie pułkowniku na stanowisku dowódcy będzie bardzo … - tu głos premiera zawiesił się w niewidocznej próżni „szklarni” - … użyteczny. To pan będzie ustalał przecież obsadę osobową, prawda?
Zgadza się.
No i newralgicznych chwilach, będziemy mogli pana uzyc w powietrzu.
Znów zapadła cisza. Premier stwarzał wrażenie, jakby sondował Borkieiwcza. Przez ten moment przeszywał na wskroś wzrokiem.
Może pana nieco dziwić tempo zmian, ale zapewniam pana, że końcówka obecnego tygodnia będzie najważniejsza w historii SGO. Podejrzewam, że w pana życiu również.
Premier urwał swa wypowiedź i wciąż wpatrywał się w twarz rozmówcy. Generał był na uboczu tej rozmowy. Borkieiwcz, pozostawiony samemu sobie z konfrontacji z faktyczna głowa państwa , nie wiedział jak się ma zachować. Stoicyzm i chłodny wyraz wojskowego braku emocji wydał się pułkownikowi nieobytemu z dyplomatycznymi gierkami politycznych salonów.
Z informacji które udało nam się zebrać do tej pory – kontynuował premier – nie mogliśmy wywnioskować gdzie jest baza naszych „czarnych owieczek”.
Ostatnie słowa powiedział z wyraźna ironią.
Dziś dostaliśmy prawdziwie przełomowe informacje. Nie ukrywam, że bez pana pomocy pułkowniku byłoby to bardzo utrudnione. Major Rychter przekazał nam wyniki rozpoznania fotograficznego i elektronicznego z powietrza.
Teraz premier przeniósł wzrok na generała.
Na jutro chciałbym wyznaczyć zakończenie operacji „Sasza”. Co pan, panie generale o tym myśli?
Sądzę panie premierze, że to … chyba … jednak trochę za wcześnie... - głos dowódcy WLiOP-u zdradzał wahanie.
Dlaczego? Znamy już lokalizację „Centrum”, teraz pozostaje ustalić miejsce przechowywania materiału radioaktywnego.
Obawiam się, panie premierze że dokładnej lokalizacji „Centrum” nie mamy. Widziałem te materiały. Nie można ruszyć tego gniazda szerszeni, nie mając porządnego planu operacyjnego: ilu ludzi i jakiego sprzętu potrzebujemy. Po drugie zdejmując ich sidzibę, stracimy ładunek. Nie muszę mówić, co to oznacza?
A pan, pułkowniku? Co pan o tym mysli?
Pytanie było dla Borkiewicza jak walnięcie kijem do baseballa prosto w nos. Tym razem nowy dowódca nie silił się na pozę stoika:
Nie wiem panie premierze, nie znam się na akcjach o charakterze antyterrorystycznym. Jestem pilotem i słuchając rozmowy mogę jedynie zaoferować, że jutro rano polecę z majorem Rychterem na jeszcze jeden rekonesans. Jeśli nasz dzisiejszy lot nie przyniósł oczekiwanego rezultatu, spróbujemy jutro.
A co z namierzeniem materiału radioaktywnego ? - generał nie dawał za wygraną – nie możemy go stracić!
Co pan myśli o problemie poruszonym przez pana generała? - groźnym tonem zapytał się premier
Uważam, że ma rację, panie premierze – bez wahania odpowiedział pytany

Twarze generała i premiera rozjaśniły się wyrazem zadowolenia. Borkiewicz nagle zdał sobie sprawę z zasitniałej sytuacji. Czuł się jak królik doświadczalny, albo jak jakiś gigantyczny , cholerny gryzoń labolatoryjny. Opanował jednak emocje.
Szanuję ludzi, którzy mają własne zdanie i trzeźwy ogląd sytuacji. - głos premiera brzmiał juz zupełnie spokojnie – Miał pan rację generale, to odpowiedni człowiek.
Teraz odezwał się ponownie do Borkiewicza:
Pański pomysł jest dobry pułkowniku, zresztą mieliście i tak jutro lecieć. Tym bardziej cieszę sie, że to od pana wyszła ta propozycja.
Borkiewicz wciąż wrzał. W jego rogatej duszy gotował się na takie testy i teściki. Nienawidzil gierek politycznych, ani kadrowych. A już na pewno nie lubił być w nich pionkiem.
Co zas się tyczy ładunku – tym razem zabrał głos Górecki – wydałem dyspozycje w tej sprawie. Będziemy mieli kilka ruchomych stanowisk pomiarowych na Starach.
Powodzenia panowie – premier wstał ze swego krzesła – w tej chwili juz tylko tyle mogę. Reszta należy do SGO.

Re: "Stalowy honor" - wersja baaardzo robocza :)

: 14 lut 2010, 20:26
autor: Płetwa
Co słychać w "Stalowym honorze"?
Strona nie bangla. :(

Re: "Stalowy honor" - wersja baaardzo robocza :)

: 10 kwie 2010, 16:14
autor: marcin1323
"stalowy" jak zwykle na ostatnim miejscu :( strona juz nie działa, a tekst głównie na kartkach. Liczyłęm na zimę że troche podgonie, jednak trochę poszedłem w stronę modelarstwa i znowu deficyt czasu. Na nasze forum nie zagladałem dawno właśnioe z tego samego powodu. Trzeba bedzie nadgonić... :oops:
przepraszam za zwłokę. Powinienem to już skończyć bo miałem chyba z trzy warianty zakończenia :D a wiem że czytelnicy tez sie znajdą. Dziękuję Wam wszystkim za to :)

Re: "Stalowy honor" - wersja baaardzo robocza :)

: 07 cze 2010, 08:11
autor: marcin1323
witam wszystkich po długim milczeniu :)
tym razem zaparaszam do komentowania mój inny utwór zaprezentowany na łamach tego forum - "Taal - kosmiczne zadupie" na łamach "Nowej Fantastyki"
link: http://www.fantastyka.pl/4,906.html
p.s. oczywiscie jeśli uważacie że chcieli byście coś mojego czasem przeczytac na łamach tej gazety, zaparszam do głosowania (w sumie to wskazywania mnie w Hyde Parku :) ) jako kandydata na nowego wspólparcownika :D
p.s.2 jesli ktoś z Was "czuje" te klimaty i tez "tforzy" niech próbuje swoich sił! Od kwietnia tego roku redakcja zmieniła formę poszukwiania nowych "opowiadopisarzy" na bardziej otwartą i uzaleznioną od sugestii czytelników i odwiedzających stronkę czasopisma :)

Re: "Stalowy honor" - wersja baaardzo robocza :)

: 25 gru 2010, 10:46
autor: Spoterek
jestem pod wrażniem Marcinie.
Powodzenia 8)

Re: "Stalowy honor" - wersja baaardzo robocza :)

: 15 sty 2011, 18:10
autor: marcin1323
Dzięki wielkie Spoterek. Przyznam sie, że daaaaawno tu nie zaglądałem, ale zdradziłem lotnictwo (w sensie ogólnym) na rzecz modelarstwa i fotografii... co zas się tyczy pisania... jak zwykle czyli dwa zdania na miesiąc (a i to w porywach) :D