: 10 sty 2008, 20:00
autor: marcin1323
UWAGA !!!
NAJMOCNIEJ WAS PRZEPRASZAM, ale ostatnio wysłany kawałek nie jest kompletny, tak to jest jak mam kilka kopii roboczych i "doklejam" potem epizody. teraz wklejam to co powinno być, poza tym tak jak w poście wyżej - jeśli ktoś chce to podeśle na maila całość.
----------------------------------------------------------------ciąg dalszy WTORKU !!
14.00 AKCJA POSZUKIWAWCZA W REJONIE ZESTRZELENIA WILCZKA
Obie maszyny pozostawały w powietrzu odkąd Lelosz posadził swoją - SAR-owski Sokół z Bydgoszczy i "Dwójka" pilotowana przez Borkiewicza. Jurek pamiętał miejsce w którym stracił kontakt z Wilczkiem. Teraz nie było tam nic poza gęstym lasem. Zszedł jeszcze niżej, niemal głaskał brzuchem maszyny czubki dębów i sosen. Łopaty wirnika wciąż niezmordowanie cięły powietrze. Borkiewicz odtwarzał z pamięci feralny lot minuta po minucie. Niecierpliwie rozglądał się. Znowu przechylił smigłowiec w lewo. Powtarzał tę czynność zgodnie z procedurą przewidzianą w akcjach poszukiwawczych. Maszyna startowała z jednego punktu i lotem po spirali oddalała się. Taka metoda niestety była bardzo czasochłonna. Cóż, Borkiewicz wiedział o tym. W jednej chwili zmienił jednak zamiary i połączył sie z centrum koordynacji SAR.
- Proszę o pozwolenie przerwania spirali.
- Co się stało panie pułkowniku? - metalicznie zabrzęczał głos w słuchawkach.
- Mam inny pomysł. Zejdę jeszcze niżej i poszukam rozstrzelanej przez mnie góry. Wtedy ustalę, gdzie widziałem ostani raz myśliwiec.
- Ok.
- A co z Chłopakami z Bydgoszczy? Mają cokolwiek?
- Narazie nic. Cokolwiek znajda powiadomię pana, oczywiscie.
- Dziękuję.
Dwójka pochyliła kadłub do przodu. Borkiewicz zwiększył również obroty rotora głównego. Teraz maszyna leciała pełną mocą. Drzewa, łąki, rzeka pozostawały teraz znacznie dalej. Pułkownik wciąż wznosił się. Bacznie rozglądał się. Sprawdzał namiary z GPS-u i porównywał z mapą. Pamiętał to wzgórze i pamiętał jeszcze coś. Po detonacji rakiety wzniósł się. Poszybował nad drzewami i zauważył linię wysokiego napięcia i jakąś wieżę. Może ceglaną,napewno ciemną. To wszystko znajdowało się po lewej stronie od samoltu, około pół kilometra. Linie znalazł od razu. Nawet trzy. Teraz musiał dopasować tylko budowlę. To zajęło mu niecałe pół minuty.
- Jest! Mam cię! - krzyknął podekscytowany, gdy w jednym momencie zlokalizował linię i znajomą budowlę.
- Co się dzieje? Ma pan coś? - żywo zareagował dyżurny SAR-owiec.
- Znajomy krajobraz. Trzymaj kciuki.
- Trzymam.
Śmigłowiec podleciał od strony, od której przedtem leciał myślwiec. Teraz zadarł dumnie nos wysoko. Prędkośc drastycznie malała. Maszyna przeszła
do zawisu. Pułkownik zdawał się kontemplować. Odtwarzał klatka po klatce ten parszywy obraz. Wkońcu nagłym ruchem steru zmusił samolot do dynamicznegotańca wokół własnej osi. Znowu sekundy kontemplacji i znowu taniec. Kontemplacja, taniec. Kontemplacja, taniec. Słońce raziło Borkiewicza w oczy, ale wiedział, że o pomyłce nie może być mowy. Na dole, coś błyszczało. Około dwóch kilometrów, na jedenastej. Zwiększył obroty i leniwie pochylił maszynę. Ta, nabierała prędkości. Kilkoma ruchami steru upewnił się, że odbicie słońca nie jest ułudą. Teraz rozpoznał nawet juz tył kadłuba zwieńczony potężnym sterem kierunku. To były resztki MIG-a.
- Mam wrak! Słyszycie?!
- Tak, panie pułkowniku! Super. - koordynator wyraźnie ożywił się - zaraz skieruję załogę Sokoła.
- Dzięki. Będzie potrzebny..., mam nadzieję, że będzie...
Pilot zrobił kilka kręgów nad spalonym wrakiem. Myśliwiec wbity był w ziemię nniemal pionowo. Zrządzeniem losu uderzył w niewielką polanę. Brak mu było skrzydeł, ktore eksplodowały jeszcze w powietrzu. Borkieiwcza nachodziły teraz najczarniejsze myśli. Wiedział, że razem z migiem mógł odkryć tez grób przyjaciela. Była to tylko jednak jednak z możliwości. Coprawda bardzo prawdopodobna, ale nie jedyna. Teraz pozostalo ustalić ewentualną trasę od punktu zestrzelenia do miejsca katastrofy. Znowu wróciła kontemplacja połączona z tańcem. Gdy miał już ruszać zobaczył zbliżajacego się Sokoła. Maszyna nagle zadarła nos do góry, stając niemal dęba. Borkieiwcz obserwował scenę zachowujac bezpieczna odlegość. Sokół ustabilizował zawis i włączył światła do lądowania, po czym je wyłączył. Czynność tę powtórtzył jeszcze dwa razy. Śmigłowce nie miały kontaku radiowego, ale pułkownik wiedział co pilot maszyny SAR-owskiej mu chciał przekazać. "Dzięki Jezu! Katapultował się jednak!" Ułamek sekundy później zaterkotała radiostacja pokładowa:
- Znaleźli wilczka! Panie pułkowniku!
- Wiem chłopaki, widzę Sokoła. Jestem prawie na miejscu.
Delikatnie ruszył z zawisu. Prędkość lotu nie przekraczała stu kilometrów na godzinę. Jurek rozglądał się na ziemi, pilnując jednoczesnie, żeby nie wlecieć na drugiego ratownika. Gdy obie maszyny były w odległości zaledwie klkunastu metrów od siebie zastygły na swych pozycjach. Oba silniki pracowały równo. Oba kadłuby zwrócone do siebie nosami zawisły na tej samej wysokości. Dokładnie pod ryczącymi śmigłowcami, na dole rozdrate o gałęzie drzew leżało białe płótno spadochronu. Dwa, może trzy metry dalej leżał Wilczek. Nieruchomy, w kasku, z elemntami uprzęży. Gdy Borkiewicz oderwał wzrok od miejsca poniżej, napotkał zadowolone spojrzenie pilota Sokoła. Ten drugi pokazywał tez coś gestem dłoni za siebie. Borkiewicz wiedział co zrobic. Delikatnie zadarł nos maszyny i równie delikatnie dodał obrotów. Mi-2 odpłynął nieco w tył, zarazem wznosząc się. Pułkownik wiedział co nastąpi za chwilę. Nie chciał, żeby zawirowania powietrza wywołane jego maszyną utrudniały akcję. Drzwi Sokoła odsunięto na bok. Do wyciągarki podczepił się ratownik, po czym zaczął opuszczać się w dół. Drugi ubezpieczał go z pokładu. Po zaledwie kilku sekundach był już przy ofierze katastrofy. Trochę mocowani się z uprzężą i podartą czaszą. W końcu przyszedł czas na kask. Po zbadaniu pulsu i upewnieniu się, że Wilczek żyje uniósł w geście triumfy kciuk. Obaj piloci w powietrzu odetchnęli. Borkiewiczowi poleciały łzy. Przetarł oczy, poczym zgłosił do koordynatora:
- Wilczek, żyje.
Głos łamały emocje i łzy. Więcej nie mógł wyksztusić. Wtym czasie zjechały nosze. Ratownik zwinnie ułożył na nich nieprzytomnego i zaczepił linę do wciągarki. Sam równiez swój karabińczyk zacepił do liny. Po kilku sekundach obaj byli na pokładzie Sokoła. Po zamknięciu drzwi obie maszyny ruszyły wolno w milczącym, równym marszu. Powoli zwiekszały wysokość i prędkość. Sokół na miejscu pierwszym, na drugim Mi-2. W takiej formacji doleciały na mińskie lotnisko.
16.30. SIEDZIBA WSI
Człowiek z cygarem w ręku usiadł. Patrzył na swego rozmówcę jak na przesłuchiwanego, a nie jak na majora kontrwywiadu.
- Jak wytłumaczysz to że Koszycki nie wstrzymał swoich ludzi?
- Z tego co wiem, próbował...
- Próbował?! - furia wściekłości ogarnęła smakosza cygar - Nie wkurwiaj mnie takimi tekstami! Czego was [cEnZuRa] w tych szkołach teraz uczą?! Napewno nie myślenia...
Z pogardą patrzył się rozmówcę.
- Za moich czasów, to byś już piach gryzł z taka elokwencją. Koszycki zresztą też.
W pokoju zapanowała cisza. Trwała zawsze tak długo, póki jej nie przerywał prowadzący tę rozmowę.
- Koszycki ma zniknąć..., na zawsze, tak samo ten młody prokurator. Ten co prowadził sprawę tego rozjebanego dwudziestego dziewiątego kilka lat temu.
- Rychter - wtrącił się major
- Coś jednak w tym łbie masz, oprócz kupy gówna Głuszczyk. Uprzedzając twoje pytanie: dlatego, że to on ma człowieka, który łazi za tą twoją suczką. Za dużo gnojków juz jest w piaskownicy, czas troche nasrać. Jak będzie śmierdzieć, to każdy weźmie się za swoje sprawy.
- Wiedziałem o tym człowieku, ale to ja dawkuje mu informację.
- Do czasu, Stefan, do czasu. Żebym nie musiał kogoś innego prosić o tę przysługę, bo wtedy twoja dupa też ucierpi.
Głusczyk , jak na swój fach przystało nie dał po sobie poznać że się boi. Amator cygar wiedział jednak, że groźba odnisoła skutek.
22.05 WARSZAWA, PRAGA PÓŁNOC
Mężczyzna w ciemnym, skórzanym płaszczu właśnie gasił papierosa.
Lekko padało. Krople deszczu spływały mu po policzkach. Uwagę skupiał na budynku po drugiej stronie ulicy. Szara, stara a przede wszystkim niemiłosiernie brudna kamienica. "Cholera jasna! Ile można tak stać?! Jeszcze dwie minuty..., no może trzy? Na pewno mnie w końcu zobaczą." Ze skrzyżowania zjechał samochód. Przemierzył całą długość przecznicy w nie całe dwadzieścia sekund. Ruch o tej porze doby był mierny. Palec nerwowo zaciśnięty na spuście drgnął, gdy w drzwiach obserwowanego budynku pojawiły się dwie postacie w polowych mundurach Wojska Polskiego. Rośli, dobrze zbudowani mężczyźni zdawali się uciekać pomiędzy padającymi kroplami deszczy. Zniknęli w bramie koło starej kamienicy. Chwile później dało się słyszeć trzask zamykanych drzwi samochodu. Nagle poszarpany łuk bramy eksplodował światłem z dwóch reflektorów wojskowej ciężarówki. Duże koła Stara 660 wytoczyły się na krawężnik. Mężczyzna w skórzanym płaszczu odbezpieczył broń. Nadal trzymał
rękę schowaną w kieszeni. Zza rogu wyjechał jakiś motocykl. Zatrzymał się. Miał zgaszone światła. Z rury wydechowej uciekały po cichu trujące tlenki metali. Star wyjechał z bramy. Człowiek obserwujący kamienice zdawał się mówić coś do rękawa. Gdy wojskowy samochód schował się za zakrętem, motocykl ruszył - nadal bez świateł. Zresztą w dobrze oświetlonym terenie i tak były bardziej kosmetykiem, niż praktycznym dodatkiem. Mężczyzna w płaszczu znów podniósł mankiet do ust. Kilka sekund później motocykl znikł w ślad za wojskowym Starem.
22.50 BIAŁOŁĘKA
- Jak to niemożliwe?! - głuche echo niosło się po ścianach wysokiego gabinetu.
- Nie..., nie! Rozumiesz?! Wysoki mężczyzna gestykulował przy słuchawce swojego telefonu. - masz oficjalny zakaz zbliżania się tam!... nie obchodzi mnie to! Masz czekać na posiłki. Zaraz tam będą! - słuchawka twardo wylądowała na widełkach.
Miał około czterdziestki, ostre, surowe rysy twarzy i krzywy nos - jeden z niewielu widocznych śladów bokserskiej przeszłości majora Stefana Głuszczyka - oficera operacyjnego Wojskowych Służb Informacyjnych. Z kieszeni w spodniach wyjął prywatną komórkę. Wybrał numer i czekał.
- Słucham! - odezwał się głos z rosyjskim akcentem.
- Macie ogon, kobietę na motocyklu, jeszcze chyba niczego się nie domyśla.
- Dziękuję Stiepan. Moi chłopcy zajmą się tym.
- Nie musicie jej zabijać, wystarczy, że postraszycie ją.
- Wiem, że nie musimy - drwiąco zabrzmiał twardy głos - my nic Stiepan nie musimy. To twoja sabaka nie moja.
- Po prostu ci zgłosiłem to - miał ochotę coś dodać, ale zakończył połączenie. Dyskusja z "Matrioszką" zawsze nie miała sensu. "w ogóle z mafią się nie dyskutuje" - poprawił się w myśli major. Po prawdopodobnej śmierci "Wilczka" nie chciał następnego, nie potrzebnego zgonu. Nie to, żeby zabijanie mu kiedyś przeszkadzało w życiu. Po prostu jego podwładna miała
bardzo kuszące usta, których miał nadzieję spróbować - i to już nawet niedługo. Wiele można było majorowi Głuszczykowi zarzucić, ale nie nekrofilię. Zdecydowanie wolał ją żywą. Usiadł w swoim fotelu i nalał z karawki koniaku. Tę czynność powtórzył jeszcze dwukrotnie, nim zadzwonił do oficera dyżurnującego sztabie WSI.
- Sierżant sztabowy Jankowski, słucham? - głos w słuchawce pomimo późnej pory był rześki.
- Tu major Głuszczyk, jeden z moich ludzi potrzebuje wsparcia. Zameldował mi o tym przed chwilą telefonicznie.
- Kto i gdzie panie majorze?
- Nie wiem gdzie, przerwało mi połączenie. To porucznik Ulińska. O ile wiem, ma przy sobie GPS. Spróbujcie użyć tego.
- Już przekazuję pańską prośbę. Dlaczego nie skontaktowała się z
nami bezpośrednio?
- Nie wiem dlaczego. Wiem tylko, że to bardzo pilna sprawa. Prosiła, żeby to szybko załatwić, a potem rozłączył się jej telefon.
- Już wysyłam tam ludzi panie majorze. Czy pani porucznik miała jeszcze jakąś prośbę?
- Nie, ale ja mam. Powiadomcie mnie jak tylko ją zlokalizujecie. Chcę tam pojechać.
- Oczywiście. Czy mogę coś dla pana zrobić?
- Nie, dziękuję, to wszystko. Spokojnej służby. Dobranoc.
Słuchawka powtórnie wylądowała na widełkach. Major dokładnie wiedział, że GPS nie ma prawa działać, w końcu sam go przeprogramował. W razie czego usterkę można było zegnać na awarię oprogramowania. Tak samo kłamał w temacie kontaktu swojej pani porucznik z centralą. Sam wydał jej polecenie, aby podczas akcji kontaktowała się tylko z nim. W szeregach agentów operacyjnych WSI od dawna było głośno o Krecie. Każdy go się bał, lecz nikt go nie mógł namierzyć. Głuszczyk używając właśnie tego pretekstu przekonał Ulińską do złamania drogi służbowej. Po trzecie znał dokładne położenie miejsca akcji. Agentka sama mu je perfekcyjnie opisała.
23.04 TRASA GDAŃSKA - POZA WARSZAWĄ
Wojskowy Star opuścił już granice miasta. Zmierzał trasą gdańską na północ. Światła jadących z naprzeciwka samochodów oślepiały kierowcę. W tym gąszczu świateł, nie mógł zauważyć czarnego ścigacza, który jechał za nim od samej kamienicy. Motocyklista utrzymywał dystans dwóch, do czterech samochodów. Postrzępione snopy światła omiatały drogę i część pobocza. Nagle zamigotała czerwona dioda radiostacji wmontowanej w kokpit samochodu.
- Centrum do konwoju. - zaszeleścił głośnik
- Tu konwój, słucham, was Centrum - zameldował się żołnierz siedzący obok kierowcy
- Macie ogon, kobietę na motocyklu.
Mężczyźna omiótł kabinę nerwowym spojrzeniem. Kierowcy najwidoczniej cała ta spraw a nie wydawała się na tyle absorbująca, by podnieść wzrok znad kierownicy. Pasażer znowu przysunął gruszkę mikrofonu do ust.
- Dziękujemy Cantrum za wiadomość. Zajmiemy się nią.
- Powodzenia, bez odbioru.
Kierowca nie odrywał wzroku od trasy, tak jak by wiadomość nie zrobiła na nim wrażenia. W końcu miał od czegoś samochód obstawy. Do jego zadań należało tylko sprawnie i szybko dojechać tym złomem w określone miejsce. Pasażer wykazał nieco wiecej inwencji i troski o własny tyłek. Wprowadził z klawiatury numerycznej radiostacji odpowiedni kanał i rozpoczął rozmowę z
samochodem obstawy.
- Słyszał pan, panie kapitanie wiadomość?
- Tak. Faktycznie jedzie za nami jakiś ścigacz. Nie zmieniajcie nic, póki co my się tym zajmiemy. Napewno się nie zatrzymujcie pod żadnym pretekstem.
Niebieski Mondeo zwolnił nieco
23.10 BIAŁOŁĘKA,DOM MAJORA GŁUSZCZYKA
Telefon majora Głuszczyka zabrzęczał na biurku.
- Słucham.
- Tu znowu sierżant Jankowski, panie majorze.
- Słucham was sierżancie.
- Mamy problem z namierzeniem pani porucznik. Jej GPS nadaje jakieś błędne namiary. Zgodnie z nimi jest obecnie na ... - tu głos w słuchawce zamilkł na chwilę - ... na terenie Szwecji - zakończył z niedowierzaniem.
- Nic nie da się zrobić? - udawanie zatroskanego dowódcy szło mu nawet dobrze.
- Nasi technicy pracują nad sygnałem z jej telefonu komórkowego, ale to potrwa jakąś chwilę, może nawet wiecej.
"[cEnZuRa] mać! nie pomyślałem o komie"-przeklinał siebie w duchu Głuszczyk.
- Ile to im zajmie? Dokładnie!
Precyzyjne pytanie wymagało precyzyjnej odpowiedzi. Miał nadzieję, że stwarzał przekonywującą scenkę. Diabli wiedzą, czy kiedyś sierżant nie będzie zeznawał przeciw niemu w sądzie. Wtedy musi być przekonany, że majorowi zależało na losie pani porucznik.
- Nie potrafię tego powiedzieć...- brak możliwości udzielenia konkretnej odpowiedzi przestrzaszył sierżanta.
- Ona potrzebuje pomocy! - major podniósł głos. - Niech chłopaki uporają się z tym jak najszybciej!... Poproś ich o to ode mnie.
- Tak jest panie majorze. Jak tylko będzie coś wiadomo powiadomimy pana.
- Ok, czekam.
Odłożył słuchawkę. Zagrał perfekcyjnie, teraz pół WSI będzie wiedziało, że major Głuszczyk nalegał na szybką pomoc biednej agentce, która wzywała pomocy w terenie.
- Cwany jesteś sukinsynu - wzniósł toast kieliszkiem szkockiej - dlatego jeszcze żyjesz - dodał z satysfakcją w głosie, patrząc się w swoje odbicie w szybie.
23.12 TRASA GDAŃSKA
Kobieta na motocyklu zbliżała sie do ciemnego mondeo. Domyślała się, że to część obstawy konwoju. Widziała jak ten samochód dołączył do Stara jakiś kwadrans po starcie całej "imprezy". Od tej pory nie odpuszczał ciężarówki nawet na jeden samochód. Ktoś pewnie już ją zauważył. Zawsze może dodać gazu i zniknąć w ciemności, zanimi ci z Forda zaczną działać. Tylko co dalej? Co
powie majorowi? Cała obserwacja weźmie w łeb. Musi zbliżyć się, nie ma innego wyjścia. Delikatnie podkręciła manetkę. Stalowy rumak zawył wyższym tonem silnikia. Była na wysokości tylnego zderzaka samochodu obstawy. Nagle w odbiciu jej kasku błysnął metal. Ułamek sekundy wystarczył by rozpoznać dobrze znany kształt lufy pistoletu. Odruchowo otworzyła do końca manetkę.
Czarne kawasaki zdawało się uciekać siłom grawitacji. W jednej chwili światła nadjeżdzających z naprzeciwka zamieniły się w jasne smugi. Ułamki sekundy później lufa wystawiona przez okno samochodu zaczęła pluć ogniem. Śmiercionośne pociski sięgneły celu. Czarne kawasaki zyskało kilka dodatkowych otworów na tylnym błotniku. Kawasaki wciąż nabierało prędkości. Agentka pędziła jak oszalała. Daleko w tyle zostawiła cel swojej obserwacji. "Nie tak, to inaczej"-pomyślała. Gdy uzyskała jakieś dwa kilometry dystansu, zwolnila, szukając leśnego duktu. Zjechała w pierwszą napotkaną drogę.
Wyłączyła światła i zawróciła. Stała jakieś trzydzieści metrów od wjazdu. Była praktycznie niewidzialna dla ludzi przejeżdzających obok. "Teraz mi nie uciekniecie frajerzy".
* Ś R O D A *
00.43 MIŃSK MAZOWIECKI
Światła sygnalizatora oblała soczysta czerwień. Skrzyżowanie wymarło na dobre kilka godzin wczesniej, tuż po zmroku. W okolicach północy, ta część miasta była wyłączona z życia. Pomarańczowe refleksy świateł miejskich odbijały się w karoserii zbliżającego się samochodu. W ułamku sekundy przemknął przez skrzyżowanie wzbijając w powietrze kawałki lisci i niedopałki
leżące w rynsztoku. Kierwoca był tak skupiony na jeżdzie, że nie zauważył we wstecznym lusterku swojego opla, sytauacji którą spowodował. Na środku skrzyżowania stał w poprzek drogi policyjny ford focus. Srebrna frontiera opuściła już granice miasta. Po obu drogach przesuwały sie rzędy drzew. Dopiero teraz generał Koszycki dostrzegł w lusterku jadący za nim radiowóz.
Czerwono - niebieskie błyski rozświetlały nocną scenerię. Koszycki niewiele zastanawiając się zjechał ostro w pierwszy dukt leśny. Zmiane nawierzchni samochód zasygnalizował od razu. Terenówkę prowadzało po całej drodze. Przekraczając setkę, trudno jest utrzymać dwie tony w posłuszeństwie na śliskich korzeniach i lepkim błocie. Koszycki włączył przekładnię terenową, ale nie pomogło to za dużo. Wielkie koła srebrengo samochodu tańczyły na śliskim. Teraz policja wydawała się być nieco bliżej niż na szosie. Snopy świateł radiowozu omiatały już tylny zderzak opla. "Cholerne krawęzniki" - pomyślał z wściekłością generał - "Nie mogli siedizec z dupami na miejscu?!
Tylko ich jeszcze potrzebowałem!". Tymczasem lepkie błoto coraz skuteczniej zalepiało bieżniki opon obu samochodów. W pewnym momencie srebrna frontiera straciła przyczepność i siłą bezwładności wpadła na dwa drzewa rosnące tuż przy dukcie. Snopy iskier z reflektorów i fontanna pary z chłodnicy wskazywały miejsce feralnego w skutkach wypadku. Ułamki sekund później w
tył frontiery wbił się policyjny radiowóz kasując swój przód aż po linię rozpoczęcia dachu. Syrena umilkła jak zaklęta a koguty odfrunęły kilkanaście metrów dalej, pewnie po raz pierwszy w ich policyjnym życiu. Funkcjonariusz kierujący focusem odniósł drobne obrażenia. Partner również nie wyglądał najgorzej.
- Dobrze, że zadziałały - kierowca wskazał na opadłe już poduszki powietrzne.
Obaj wygramolili się z resztek radiowozu i z odbezpieczoną bronią doskoczyli do srebrnej bryły metalu, która kiedyś była oplem frontierą. Przestrzeń po zbitej szybie od strony kierowcy ujawniała makabryczny widok wnętrza kabiny. Koło kierownicy wraz z deską rozdzielczą i częścią konsolety przedniej zalana była krwią. Ekskluzywna skóra z obicia siedzenia również miała brunatnoszarą barwę. Na siedzeniu leżało bezwładne ciało, pokiereszowane licznymi odłamkami szkła i metalu.
- O [cEnZuRa]... - wyrwało się z ust policjanta, po tym jak dostrzegł generalskie gwiazdki na pagonach nieboszczyka i uzi na sąsiednim siedzeniu.
06.13 OKOLICE MIŃSKA MAZOWIECKIEGO
Rzednący powoli mrok rozświetlały błyski świateł radiowozów stojących przy wylocie leśnej dróżki. Na rozkaz oficera policji dowodzącego akcją zamknięto ten asfaltowy odcinek drogi. Na końcach ustawiono radiowozy. Blokadę zarządzono na długości około 150 metrów. Do zamkniętej strefy zbliżała się karetka, oznajmiając donośnym skowytem swoją obecność.
Wojskowy sokół podchodził właśnie do lądowania na wydzielonym odcinku drogi. Wirujące w powietrzu drobinki piasku i liści nakreśliły krąg lądowiska. Gumowe opony lekko spłaszczyły się w kontakcie z twardym asfaltem, łopaty obracały się coraz wolniej. Z samolotu wysiadło trzech oficerów Wojska
Polskiego, którzy pośpiesznie skierowali się do czekającego nieopodal radiowozu. Jak tylko wsiedli, kierowca ruszył. Dotarcie na miejsce nocnej tragedii zajęło im nie więcej niż kilkadziesiąt sekund. Czerwono niebieskie światła zapełniały szarą jeszcze o tej porze przestrzeń lasu. Syrena karetki była nieznośna, nawet dla pasażerów poloneza.
- Jak wasi ludzie? - padło pytanie jednego z pasażerów
- Obaj wyszli z tego bez większych urazów. Wasz generał nie miał tyle szczęścia - odpowiedział kierowca - karetkę, jadącą po stwierdzenie zgonu widzieliście zapewne z powietrza.
Pasażerem siedzącym na przednim fotelu był Borkiewicz. Kierowca zwolnił nieco przed zakrętem. Na wyjściu z niego pasażerom ukazała się cała scena nocnego dramatu. Gdy byli dostatecznie blisko zdali sobie sprawę ze zniszczeń, jakie poczyniły oba samochody tuż przed wypadkiem. Głębokie koleiny, kilkanaście połamanych i powyginanych młodych drzewek, poważnie uszkodzone dwa stare dęby i aktorzy główni - sprasowany radiowóz z terenowym oplem. Smutny bilans ostatniej nocy. Oba samochody tworzyły razem szkaradną metalową konstrukcję - pomnik. Razem z Jurkiem Borkiewiczem przylecieli też mjr Tomasz Rychter i ppłk Sławomir Lelosz. Ten ostatni pilotował Sokoła,który
obecnie stał w poprzek drogi,kilkaset metrów dalej.
- Przed czym on tak uciekał...? - Borkiewicz zadał na pół retoryczne pytanie
- Może był wypity? - zaproponował cicho mjr Rychter
- Nie, dużo można było mu zarzucić, ale nie to.
- To proste - wtrącił się do rozmowy policjant, który do tej pory stał na uboczu i zbierał coś w foliowy woreczek - uciekał przed naszymi ludźmi, bo przejechał na czerwonym świetle. Zaczął bawić się w Schumachera, ale gorzej skończył... - z lekkim rozbawieniem w głosie skwitował swą wypowiedź.
Samo zakończenie wypowiedzi na temat zmarłego poruszyło do głębi
stojących tam wojskowych. Pomimo, jak by to delikatnie nazwać - wątpliwego szacunku do zmarłego generała, Lelosz nie mógł pozwolić na dalsze kpiny.
- Ej! Czy wy w tej policji w ogóle czasem myślicie?! Zginął tu człowiek, a ty sobie żarty robisz?? Co to w ogóle ma być cyrk?!
- ...ja tylko... - wyraźnie zbity z tropu członek dochodzeniówki, zaczął się tłumaczyć
- Ty tylko, co?! - znowu wrzasnął Lelosz - co?!
- Uspokój się Sławek - łagodził Borkiewicz
- Proszę na mnie nie krzyczeć! - policjant wyraźnie zaczął odzyskiwać straconą przed chwilą pewność siebie - wyświadczyliśmy wam przysługę, że wpuściliśmy na teren wypadku, a wy tak nam się odpłacacie?!
- Zabierzcie tego dupka! - zamierzył się ppłk
- Panowie! - dobiegł damski głos zza pleców Borkiewicza.
Kłócący się nie zauważyli samochodu, który dojechał właśnie na miejsce i zaparkował za polonezem. Wszyscy odruchowo odwrócili się w kierunku, z którego dochodził miły głos. Na widok kobiety w jeansach i skórzanej kurtce, policjant ucichł.
- Kim panowie jesteście? I kto was tu wpuścił? - jasno postawiła sprawę nowoprzybyła.
- Mógłbym się zapytać o to samo pani, my przynajmniej jesteśmy w
mundurach - odciął się Lelosz
- Ewa Temke, prokurator okręgowy... - ucięła w pól zdania i pytającym wzrokiem patrzyła na rozmówców.
- Jesteśmy... byliśmy podwładnymi zmarłego. Ja nazywam się Jerzy Borkiewicz, a to ppłk sławomir Lelosz i mjr Tomasz Rychter... prokurator wojskowy - dodał niby od niechcenia
- Ale i tak nie wiem co wy tu panowie robicie? - z naciskiem na "wy" drążyła nadal temat pani prokurator.
"Podziwiamy widoki idiotko!" - rzuciło się na myśl Sławkowi, ale na szczęście dla reszty, znowu nie został dopuszczony do głosu.
- To samo co Pani, tylko że my mamy mundury. - błyskotliwie spuentował prokurator Rychter.
Ewa Temke patrzyła się jeszcze kilka sekund niby to przed siebie, niby na scenę nocnego dramatu, aż w końcu odezwała się do policjanta stojącego nadal za jej plecami.
- Skoro tak, ci ludzie mogą tu zostać, proszę współpracować przy
zbieraniu dowodów. - kończąc odwróciła się do majora Rychtera - Dwóch prokuratorów w jednym miejscu to trochę za dużo. W razie problemów służę pomocą.
Stojący tam nie byli pewni, czy na ustach pani prokurator pojawił się złośliwy grymas, czy też cień uśmiechu. Czymkolwiek to było, było miłe.
- Skoro armia ma tu już swoje organa, ja muszę jeszcze odwiedzić jedno podobne miejsce. Mam nadzieję, że mogę liczyć na współpracę - dodała na koniec z wyraźnym już uśmiechem.
- Oczywiście pani prokurator - Rychter odwzajemnił się również uśmiechem. - Pełna współpraca.
Borkiewicz musiał się odwrócić, żeby nie parsknąć śmiechem na widok tak tkliwego pożegnania. Gdy Ewa Temke odeszła już na bezpieczną odległość z której nie mogła usłyszeć ich rozmów, Lelosz nie wytrzymał:
- Widzę, że organa ścigania w naszym kraju ładnie współpracują, nie Tomek?
- ...a jeszcze lepiej wyglądają - dołożył swoje "trzy grosze" Borkiewicz - no w każdym razie cywilne...
- Tu zginął człowiek - parafrazował niedawną wypowiedź Lelosza Rychter - a wy tu o tak przyziemnych rzeczach
Jednak jego udawane oburzenie nie wzięło nikogo. Po kilku sekundach sam zaczął się śmiać.
- No dobra , wpadła mi w oko..., to chcieliście usłyszeć?
- Ale uważaj stary, bo z oka do łóżka bliska droga. - skwitował Lelosz
- Sławek! Czy ty choć raz możesz przestać myśleć o swoim świńskim życiu erotycznym?! - nie na żarty zbulwersował się major - nie każda kobieta idzie na drugiej randce do łóżka
- No, święta racja - niektóre już na pierwszej.
- Nie chcę wam przeszkadzać, ale przyjechaliśmy tu po coś... - delikatnie wszedł do rozmowy Borkiewicz
- Zastanawia mnie to uzi na siedzeniu - jakby w odpowiedzi powiedział major - dlaczego on to miał? kogo się bał? może miał jakieś spotkanie...?
- Trzeba zbadać, czy strzelano z niego ostatnio - wtrącił się Borkiewicz
- Wiem, już jedzie mój człowiek na miejsce. Będzie za jakieś pół godziny.
- Nic tu po nas panowie - doszedł do nich Lelosz, który przez chwile stał na boku z papierosem - policja zbiera dowody,twój człowiek jedzie już na miejsce - tu wskazał na prokuratora Rychtera - zwłoki generała właśnie zabierają do
karetki. Wydaje mi się, że powinniśmy odwiedzić Wilczka. W końcu po to tu przyjechałeś Tomek - zwrócił się do Rychtera.
W kilka minut później cała trójka siedzieła w sokole.
07.03 POKŁAD ŚMIGŁOWCA
Wojskowo łaciaty sokół leciał ponad wierzchołkami drzew. Słońce, które już na dobre zagościło na horyzoncie, co rusz przeglądało się w kadłubie maszyny. Pilot pochylił nieco bardziej nos śmigłowca, by przyspieszyć.
- Wydaje mi się, że wypadek "Wilczka" i śmierć Koszyckiego mają wspólny mianownik - kontynuował rozpoczętą kilka minut wcześniej rozmowę, Borkiewicz
- Nie masz na to dowodów - odezwał się Rychter - Wiemy tylko tyle, że coś dziwnego zdarzyło się w ostatniej dobie, coś o czym nie mamy na razie pojęcia.
- Czas to zmienić.
- Zrobię wszystko, by tą sprawę rozwiązać.
- Nie Tomek - zrobisz tyle, na ile ci pozwolą zwierzchnicy, a to różnica.
- Myślisz, że jak ty swojego ukatrupiłeś, to nam nowego nie podeślą? -odezwał się do tej chwili cichy Lelosz. - Był Koszycki, będzie jakiś inny Koszycki, Kowalski, albo jak mu tam. Szczerze wątpię, eby po tych wszystkich wydarzeniach, które miały miejsce w ostatniej dobie Sztab Generalny nie podesłał nam kogoś obcego.
- Po mojej rozmowie z generałem, od razu po wypadku "Wilczka", odniosłem takie parszywe wrażenie, że on to robił na czyjś wyraźny rozkaz.
- Kto?? -zdziwił się Rychter - Koszycki?
- No, Koszycki - przywtórzył od niechcenia Borkiewicz
- Wiesz, Jurek, chłopaki mówili mi z jaką miną wtedy do niego wleciałeś - komentował Lelosz - Może stary... hhmmm ...świeć Panie nad jego duszą... po prostu się ciebie wystraszył?
- Nie, na pewno nie mnie. Bał się kogoś innego, kogoś wyżej, zresztą, ktoś w tym siedział. Do tej pory nie rozumiem zakazu użycia broni względem naruszycieli w bojowych maszynach. On nie wydałby aż tak głupiego rozkazu, bynajmniej nie na własne widzimisie. Coś tu nie gra. A teraz ta kraksa i ta broń....
Maszyna leciała nisko nad polami, zostawiając za sobą linię lasu. Lelosz często próbował się w lotach koszących. Do tej pory nawet obyło się bez strat załogi i maszyny.
- Możesz trochę wyżej latać? - zapytał podenerwowany Rychter - jakoś lepiej myśli mi się w strefie, niż na kosiaku.
- Papuga, a boi się nisko latać - Lelosz nie pozostawał dłużny.
Ta odpowiedź szczerze rozbawiła Jurka. Lelosz znany był wśród swoich przyjaciół z trzech rzeczy: brawury w lataniu, ciętego języka i niezliczonych podbojów erotycznych. Każdy coś lubi w życiu zbierać; jedni znaczki w albumach - inni nie swoje kobiety w nie swoich łóżkach. Tyle tylko, ze ta pierwsza pasja nie jest czasem aż tak niebezpieczna.
- Dobra, nie złość się, bo do reszty posiwiejecie panie majorze.
Rychter na tą zaczepkę słowną nic nie powiedział, nie miał po prostu argumentu. Rzeczywiście siwiał i bardzo się czasem obruszał, gdy któryś z kolegów mu to wypomniał. Oczywiście ta zależność szybko została wychwycona przez innych żołnierzy. Dlatego już teraz nie reagował gwałtownie na wspomnienie o siwiźnie. Lelosz wiedział jednak, że tym razem znów odniósł
zwycięstwo. Postanowił wystawić cierpliwość kolegi na następną próbę. Widocznie zakłopotanie prokuratora sprawiało mu sporo frajdy.
- Nie mogę przecież pozwolić na to, żeby nasza pani prokurator była skazana na oglądnie szronku we własnym łóżku.
Rychter spojrzał się z tylnego siedziska, na pilota po lewej stronie. Tamten instynktownie obejrzał się, wiedząc, że ich oczy się spotkają. Wzrok Tomasza Rychtera długo utkwiony był w oczach pilota. Nagle Lelosz zaciągnął owiewkę od hełmu, niczym średniowieczny rycerz zasuwał przyłbicę. Odwrócił
się do przodu i roześmiał w głos. Borkiewicz na bocznym siedzeniu również uśmiechnął się.
- Pojebało was do końca. - z lekkim wyrzutem w głosie skwitował Tomek - Stare i głupie konie.
- Ale za to jakie przystojne? - ironicznie podkreślił Lelosz
Na horyzoncie pojawiła się sylwetka masztu radarowego, a niedługo później pozostała część infrastruktury mińskiego lotniska.
----------------------------------------------------------------------------------
Tomasz Rychter. Rocznik siedemdziesiaty. Rodowity warszawiak, po ukończeniu dęblińskiego WSOSP-u, dostał pierwszy przydział do eskadry poznańskich kruków. Latał na migach dziewiętnastych. Tam poznał Borkiewicza. Po kilku latach skończył prawo. Wrócił do Warszawy, gdzie służył najpierw w 103 pułku MSWiA razem z Leloszem, a po kilkunastu miesiącach dostał się do dowództwa WliOP-u jako ichniejszy radca prawny. Pięć lat temu dostał nominację prokuratorską. Tak szybka i błyskotliwa kariera prokuratora-pilota, nie była by możliwa, bez "wsparcia" ze strony rodziny. Rychterowie, to stary prawniczy ród warszawski, którego korzenie sięgają ponoć potopu szwedzkiego. Ojciec Tomasza, Józef - prowadził kancelarię prawniczą w Rembertowie, zaś ciotka Emilia - matka chrzestna Tomasza - była sędziną Sądu Najwyższego. Rychterowie mieli pozycję w światku prawniczym i większość członków klanu korzystała z tego faktu, nie mając najmniejszych skrupułów. Tomek od dzieciństwa przejawiał zdolności nieco odbiegające od prawniczego kanonu. Bardzo lubił prać, zwłaszcza kolegów na podwórku, lub w szkole. Gdy został
wyrzucony z kolejnej "dobrej szkoły" warszawskiej, ojciec odchodził od zmysłów. Wstyd i rozgoryczenie - tak najłatwiej opisać co wtedy czuł biedny Józef Rychter. Niesforny Tomasz w wieku szesnastu lat po raz pierwszy zainteresował się samolotem. Właściwie to nie do końca samolotem, tylko córką stewardesy - Joanną, która swą urodę odziedziczyła po mamusi. Ale jako, że nie wypadało być kompletnie zielonym w temacie maszyn latających, Tomasz zabrał się do pilnego studiowania budowy Aśki, a w międzyczasie również i budowy Iłów i Boeingów. Aśka przeszła mu po dwóch miesiącach a samoloty pozostały na zawsze. Jakież było zaskoczenie, gdy po skończonej maturze, Tomasz oświadczył wszystkim domownikom, że nazajutrz wyjeżdża do Dęblina na egzaminy. Myślano, że to tylko następna zachcianka "dużego dziecka", ale po pierwszym, pozytywnie zaliczonym semestrze, Tomasz zdecydowanie spoważniał i wydoroślał. Tak przynajmniej twierdziła jego matka - Anna. "Wojsko zrobiło z mojego syna odpowiedzialnego mężczyznę" - zawsze powtarzała z dumą w głosie, na co ojciec zwykł dodawać "jeśli to co twierdzisz kochanie sprawdzi się, będziemy świadkami cudu przemienienia". Poczucie humoru również było u
Rychterów dziedziczne. Tomasz Rychter przybył do eskadry w Mińsku tuż po wypadku zaginięcia "Wliczka". Co prawda nie znał chłopaka osobiście, ale za to znał jego prowadzącego. W przeszłości prowadził też sprawę utraty przez Borkiewicza samolotu. To był mig 29. Borkiewicz mało nie stracił życia, gdy na dobiegu, po lądowaniu, nie zadziałał spadochron hamujący i "29" przeorała wojskową ziemię za pasem startowym. Samolot złamał goleń podwozia przedniego, a elementy ogrodzenia rozpruły poszycie skrzydła. Wylewające się paliwo lotnicze zajęło większość samolotu. Z palącego się wraku wyciągnięto, wtedy jeszcze majora Borkiewicza.
D O P I S A N E
09.20 SPOTKANIE RYCHTERA Z INFORMATOREM
Major Rychter wchodził do windy, gdy zadzwoniła komórka w kieszeni kurtki.
- Słucham, Rychter.
- Nie wsiadaj do tej windy! Czekam na ciebie po przeciwnej stronie ulicy. Mam super ważną sprawę.
- Ok, spotkajmy sie w sklepie z telewizorami, jest tu niedaleko na rogu.
- Czekam.
Połączenie zostało przerwane. Tomasz zawrócił od drzwi windy, tak jakby sobie właśnie przypomniał, że zostawił kluczyki w stacyjce swojego mercedesa. Jednak dla kogoś, kto by go obserwował jasnym było, że to rozmowa telefoniczna była powodem zmiany decyzji. Przeszedł koło recepcji i wyszedł wielkimi oszklonymi drzwiami. Po przeciwnej stronie ulicy stał zaparkowany, ciemnoszary polonez. Jeden z tysięcy, jakie jeżdżą po polskich drogach. Rychter jednak rozpoznał w samochodzie wóz swojego współpracownika z biura prokuratora. Zgodnie z oczekiwaniami samochód był pusty. Nie dając poznać po sobie, że pojazd zrobił na nim jakiekolwiek wrażenie, major skręcił w lewo. Lekko, naturalnie, tak jakby cały poprzedni dzień planował, że właśnie ten kierunek obierze. Gdy przemierzył niecałe sto metrów, znalazł się na wprost sklepu RTV. Znajdował się on po przeciwnej stronie ulicy. Major wszedł do sklepu. Na odwieczne pytanie sprzedawców "w czym moge pomóc?" odburknął cos w stylu "ja tylko popatrzeć" i zaczął się rozglądać. Wszedł między regały z odtwarzaczami i wieżami Hi-Fi. Regały tworzyły fantastyczną zasłonę dla ewentualnego ogona, po drugie dwóch facetów oglądających sprzęt elektroniczny nie przyciąga niczyjej uwagi. Minął kolejne działy, był juz na plazmach i monitorach LCD, gdy dostrzegł swojego człowieka. Miał on na sobie ten sam płaszcz, którego używał zeszłego wieczoru. Informator również go dostrzegł, zaczęli powowli zbliżać sie ku sobie. Gdy Rychter był pewien, że są sami w tej alejce, zaczął pierwszy.
- Co się stało, Łukasz?
- To jeszcze większe gówno niż myśleliśmy. Ta laseczka od Głuszczyka zniknęła wczoraj wieczorem?
- Jak to "zniknęła"? - zapytał się Tomek, przekręcając jakieś pokrętło na konsoli kuchenki mikrofalowej - chcesz powiedzieć, że wypadła z gry?
- Dosłownie "wypadła". Wczoraj wieczorem załozyłem im ogon, zgodnie z poleceniem.
- I... ?
- Najapierw pojechał konwój, potem ona na zgaszonych światłach. Jak wyjechali z miasta, to obstawa ją ostrzelała.
- Skąd wiedzieli?
- Głuszczyk musiał ją sypnąć. Robiła naprawdę wszystko perfekt. W momencie jak mijała obstawę, ta zaczęłą do niej strzelać. Wyprzedziła ich i zaczekała w lesie aż przejadą. Znowu wsiadła im na ogon. Jak wyjeżdżała z tego duktu, to prawie by mnie stuknęła. Szczegół, ważne że znowu ich doszła. Tym razem jednak jej nie wyniuchali. Dojechali na miejsce, a ja za nimi. Wjechali do jakiegoś schronu zamaskowanego ziemią. Ja zostałem na zewnątrz. Ona była bardziej ciekawska. Do tej pory nie pojawiła się spowrotem
- Jedziesz bezpośrednio stamtąd? - major, pytając się znowu zmienił alejkę
- Tak, pomyślałem, że musisz to wiedzieć od razu.
- Wiesz, że mogli cię podpuścić, Łukasz?
- Nie zauważyłem zadnych czujek ruchu przy bunkrze. Myslisz, że wiedzieli, że ktoś ich obserwuje...?
Rychter udawał wielkie zainteresowanie odtwarzaczem DVD, który własnie obmacywał.
- Jak myślisz, w co oni grają?
- Pojęcia nie mam. Na prochy, to za duży kaliber. Broń, albo coś wiecej...
- Coś za dużo się wydarzyło w tym rejonie przez ostanie dni. Potrafisz określić miejsce tego bunkra?
- Pewnie, mogę cię tam nawet podwieść.
- Mam lepszy pomysł. Określ tylko mi położenie.
- Dwudziesty siódmy kilometr nabrzeża gdańskiego. Jest tam szeroki zjazd do lasu. Po około trzech kilosach masz bajorko. Jeśli staniesz do niego ...
- Może jednak mogę w czyms panom pomóc? - niespodziewanie przeszkodził natrętny spzredawca. Łukasz nie dawał po sobie poznać napiecia, jakie towarzyszyło opowieści.
- Oglądamy z kolegą te DVD. Musimy coś kupić na prezent dla szefa i nie możemy się zdecydować.Ale niech się pan, nie kłopocze - Rychter uprzedził natręta - poradzimy sobie, jeśli coś damy znać.
- Ok - skapitulował sprzedawca i oddalił sie niepocieszony wizją straconej prowizji.
- No, - kontynuował informator majora - jeśłi staniesz tyłem do tego bagienka, to na wprost siebie masz właśnie bunkier. Jest dobrze zakamuflowany,ale wiesz mi, że to tylko złudzenie.
- Przypuszczam.
- Po raz pierwszy w życiu widziałem takie cudo. Nawet dorodne drzewa posadzili na tej ruchomej bramie.
Rychter notował w myślach każdy szczegół opisu.
- Zwijamy się, dzięki za newsy.
- Od tego mnie masz.
- Tylko uważaj, żeby ci dupy nie odstrzelili, bo nadal uważam, że nie byłeś sam tej nocy.
- Ok, wyjdę pierwszy Tomek. Odezwę się na koma jeszcze dziś.
Rychter obserwował w odbiciu kinseskopu telewizora, jak porucznik Łukasz Lisiecki wychodzi na ulicę, po czym skręca w prawo. Po kilkunastu sekundach, major również udał się w kierunku wyjścia. Napotkał jednak namolny wzrok znajomego sprzedawcy. Znów ubiegając go, Tomek pierwszy rzucił jakby z usprawiedliwieniem w głosie, wskazując na drzwi:
- Kolega poszedł się szefa zapytać. Lepiej nie ryzykować z górą. - porozumiewawczo puścił oczko. Za niecały kwadrans miał spotkać się z Jurkiem Borkiewiczem u Wilczka w szpitalu.
09.40 SZPITAL MIEJSKI W MIŃSKU MAZOWIECKIM
Porucznik Grzegorz Wilk nie spał już od trzech godzin, jak tylko dorodna pielęgniarka roznosiła termometry o szóstej rano. Wilczek nie mógł zasnąć. Ból w złamanej nodze i żebrach dawał dodatkowy skutek orzeźwiający. Właśnie głęboko analizował pochcodzene plam na szpitalnym suficie, gdy usłyszał miarowe kroki na korytarzu. Kilka sekund później w drzwiach stanął pułkownik Borkiewicz i jakiś major. Nie znał go.
- Cześć nygusie! Następnym razem jak nie wyjdzie ci lądowanie poprostu powiedz o tym, a nie katapulta od razu - Borkiewicz dowcipkował, jak zwykle
- Dzień dobry, panie pułkowniku.
Powitanie rozbawiło najwyraźniej chorego. Szeroki uśmiech zagościł na obliczu pacjenta.
- Pomyślałemm, że odwiedze cię razem z moim przyjacielem. Major Tomasz Rychter. Prokurator. Przyjechał w twojej sprawie.
Panowie podali sobie ręce. Wilczek przyjął nawet pozycję półsiedzącą, dzięki czemu mógł nieco swobodniej czuć się.
- Przyjechał mnie pan przesłuchać? - rzeczowo, jak zwykle zapytał Wilczek
- Nie, panie Grzegorzu. Chciałem pana poznać i zobaczyć jak sie pan czuje. Formalnościami zajmiemy się później, no chyba, że wybiera sie pan gdzieś.
- Nie, raczej nie zamierzam się stąd ruszać. Żebra mnie cholernie bolą.
- Wilczek, a co poza żebrami? Co mówi lekarz?
- Aaa tam - pacjent z wyraźną niechęcią reagował na wspomnienie o lekarzu- właśnie się dowiedziałem na wizycie, że najbliższe tygodnie, jeśli nie miesiące spędzę w tym uroczym zakątku.
- A coś konkretniej?
- Mam złamane trzy żebra, prawą nogę w kilu miejscach i drobne otarcia, stłuczenia. Podejrzewają wstrząs mózgu. Mam dziś mieć tomograf komputerowy głowy.
- Wyliżesz się młody. I tak jesteś w lepszym stanie niż twój myśliwiec.
- Wie pan, najczęsciej piloci podzielają los samolotów. Wiem, bo sam badam sprawy. Może pan mówić o szczęściu i to dużym.
- Wiem. Nawet nie wiecie jak się cieszę , że wogóle jeszcze żyje.
W trakcie rozmowy do sali weszła pielęgniarka. Przyniosła innemu pacjentowi jakieś pigułki. Była zgrabna, ładna i miała średniej długości blond włosy. Nie mogło to ujść uwagi Rychtera i Borkiewicza.
- Siostro, czy kolega ma szanse na pzreżycie - śmiertlenie poważnie zapytał się pułkownik
- Sądzę, że ma jakies szanse, ale przy dobrej opiece. - zalotnie odpowiedziała pielęgniarka
- O opiekę nie musimy sie już martwić, jak widzę - dorzucił Rychter.
- Muszę iść do innych pacjentów
- A, ma siostra jakies wolne miejsca na oddziale?
- Proszę w tej sparwie do ordynatora - szerokim uśmiechem pożegnała lotników i wyszła z pomieszczenia.
Jeszcze chwile mężczyźni patrzyli za odchodzącą siostrą, gdy Borkiewicz przerwał milczenie.
- Koszycki nie żyje.
Wilczka zamurowało. Wyglądał, jakby miał sie spytać, tylko nie wiedział jeszcze o co. Tutaj nie dochodziy żadne informacje "z miasta". Tym bardziej z eskadry.
- Co sie stało?
- Miał wypadek samochodowy i własnie dlatego narazie nie mam czasu na przesłuchanie pana. Muszę się zająć tą sprawą w pierwszej kolejności.
- Rozumiem.
- Po drugie w tej sprawie jest sporo znaków zapytania - dorzucił Borkiewicz
- Zajmiemy sie tym - uciał Rychter.
Mężczyźni siedzieli jeszcze przez kwadrans przy łóżku chorego. Gdy teraz Borkiewicz patrzył na incydent z poprzedniego dnia wydawał mu sie on diametralnie inny, niż z perspektywy kokpitu dwudziestki jedynki. Po pierwsze Koszycki i jego strach. Teraz, gdy generał nieżył, Borkiewicz zaczął wierzyć w realność ewentualnych „niebezpieczeństw”, „gróźb”, albo czegoś w tym rodzaju kierowanych pod adresem swojego przełożonego. Po drugie – sama akcja. Jej miejsce i przebieg. Jeszcze wczoraj pewien był, że przypadkiem wlecieli w jej środek, ze niemal sami ją stworzyli poprzez swą obecność. Teraz zaczęły nachodzić wątpliwości. A co jeżeli to co sie działo nie ma dużego znaczenia w całym tym bajzlu? Co, jeśli dostali przypadkiem? Jeśli przeszkodzili w czymś napawdę wielkim? Czymś o czym się nie mówi, a co zabija nawet generałów? W końcu dlaczego te parszywe hindy nie miały regów?
Tymczasem Rychter i Wilczek dzielili się spostrzeżeniami na temat długości nóg poszczególnych członkiń personelu medycznego.
- Przepraszam, że przerywam, ale musimy już iść Grzesiu. Zresztą mamy jeszcze coś do obgadania z panem majorem. - powiedział Borkiewicz wstając.
- Dziękuję za odwiedziny panowie – Wilczek odwrócił sie teraz do Borkiewicza – a Panu, pułkowniku zawdzięczam życie.
- Drobiazg, pożyjesz Wilczek na tym gównianym świecie dłużej, to zobaczysz co tak napawdę jest ważne. Nie liczą sie procedury i stopnie tylko ludzie. Powiedz, na kogo masz liczyć, jak nie swojego prowadzącego?
- Nie musiał pan lecieć, po drugie większość nie dawała mi dużych szans na przeżycie. Gdyby nie pana upór, wykrawaił bym się na śmierć.
- Wszyscy cię szukaliśmy, cała eskadra. Jesteśmy jak monilit, rozumiesz? Jak nie na siebie na wzajem, to na kogo będziemy mogli liczyć? No młody nie rób z tego checy, to był nasz psi obowiazek. Tak gadasz. Jakbym to mnie zestrzelili to nie szukałbyś mnie?
- [cEnZuRa], panie pułkowniku pewnie, że ja bym...
Borkiewicz urwał Wilczkowi w pół zdania.
- Może w końcu skończysz z tym „panie pułkowniku”? Zaczyna mnie to trochę irytować. Jurek jestem.
Wyciągnięte dłłonie spotkały się gdzies w połowie drogi.
- Tak jest... Jurek
- No, to jak stan się poprawił, my możemy sobie juz iść – odezwał sie Rychter.Wpadniemy jutro, bo chcę trochę dłużej pogadać o tym zdarzeniu. Dobrze panie Grzegorzu?
- Pewnie, i tak nigdzie się nie wybieram – żartował jak zwykle Wilczek.
Oficerowie krótko pożegtnali sie i skierowali do wyjścia.
10.15 ZAMACH NA RYCHTERA PRZED SZPITALEM
Na parkingu, na wprost wejścia do szpitala, stało zaparkowane szare Audi. W środku kierowca i pasażer. Obaj w wieku około trzydziestu kilku lat. Pasażer wyraźnie niepokoił się. Bał się, może był ciekawy. W każdym razie na pewno nie umiał zachować nerwów na wodzy. Obaj obserwowali wejście do budynku. Gdy tylko pojawili się w nim Rychter i Borkiewicz, pasażer, nagłym ruchem ręki otworzył drzwi. Jak sie później sam przekonał – popełnił błąd. Karabin, który musiał przekłądać przez obrys drzwi powinien trzymać wycelowany przez szybę. Wtedy wypełnił by zadanie. Niesety zabrakło doświadczenia. Rychter pierwszy dostrzegł broń i wyciągnął swoją. W tej samej chwili pchnął Borkeiwcza za stojącą nieopodal karetkę. Sam również tam wylądował. Seria z karabinu maszynowego rozrywała tynk i ściany karetki. Strzępy blachy, szkła i kruszonego betonu fruwały w powietrzu. Mężczyźni przywarli do ziemi. Zamachowcy zas partolili dalej swoją robotę. Kierowca Audi wyjechał teraz z parkingu. Stał bokiem do karetki. Po kilku sekundach bezsensownego ostrzału, „zawodowcy” zaczęli ucekać.
- Żyjesz Jurek?! - Rychter starał przekrzyczeć własne bębenki
- Nic mi nie jest, a tobie?
Uniesiony w górę kciuk mówił wszystko. Rychter spojrzał w kierunku swojego mercedesa. Był nawet nietknięty! Obaj mężczyźni odruchowo zaczęli biec lekko skuleni, w jego kierunku, tak jakby ostrzał nadal trwał. Pierwszy był Tomasz. Odpalał stacyjkę, gdy Borkiweicz zatrzaskiwał drzwi.
-Dorwę sukinsynów!
-A co potem zrobimy?
- Otwórz schowek
Oczom Borkiewicza ukazał się pistolet maszynowy „Skorpion” i kilka magazynków.
- Każdy prokurator ma to w zestawie?
- Tylko, ci porządnie przygotowani do fachu.
Mercedes jechał za Audi. Dzieliła ich odległość dwóch skrzyżowań. Utzrymywali kontakt wzrokowy. Borkiewicz załadował „Skorpiona”. Nadal nie wierzył, że to działo się naprawdę. Widać bylo, że na jego przyjacielu nie robiło to wielkiego wrażenia.
- Często stzrelają do ciebie?
- A co?
- Nic, pomyśłałem, że chyba znudziły mi się myśliwce. To takie... statyczne. Nie to co robota prokuratora.
- Mamy ich! - z triumfem w głosie wykrzyknął Rychter. Audi zamachowców było nie dalej niż pięćdziesiąt metrów od ich mercedesa. Tomek znowu zredukował bieg. Silnik wył. Odległość zmnijeszała się. Borkeiwicz siedział z pistoletem w ręku i pytajaco patrzył sie na przyjaciela.
- Na co [cEnZuRa] czekasz?! Opony!
Jurek, odsunął okno i nieśmiało przymierzył się do stzrału. W tym momencie padły strzały z szarego samochodu. Tomek, rzucił mercedesa na drugi pas, tak, że Borkiwewicz nieomal złamał sobie obojczyk drzwiami. Teraaz po broń sięgnał Rychter. Otworzył swoje okno i bezceremonialnie zaczął ostzreliwać Audi pistoletem trzymanym lewą ręką, prawą wciąż prowadząc ciężkiego mercedesa. Pierwsze dwa pociski chybiły. Reszta siegnęła celu. Prawe tylne koło, potem prawe błotniki, szyby. Stzrelec pokładowy z Audi spasował szybciej, niż Rychter przypuszczał. Teraz obaj mężczyźni skoncentrowani byli na ucieczce. Samochody gnały z zawrotną prędkoscią, potrącając kilka innych pojzadów przy okazji. Na jednej „hopce” podwozie mercedesa przeorało nawierzchnię. Iskry sypały się spod obu samochodów. Teraz auta miały „na blacie” ponad sto trzydzieści. Borkiewicz widocznie odnlazł się już zupełnie w nowej roli, bo żartował jak zwykle.
- Tylko twój mesiek ma liczniki skalowane w machach, czy wszystkie tak mają?
- Tylko mój. Ma jeszcze doplacz, tylko nie wiem czy to wytrzymasz.. - spokojnie odparł Tomek.
- Mam rozumieć, że wiesz, że nie mam pozwolenia na broń...? - zastanawiał sie na głos Jurek, przyglądając się trzymanemu w ręku „Skorpionowi”.
- Wiem. Tamci też pewnie go nie mają.
- Ciekawe, który z nas miał zginąć?
- Ja, napewno. Ty..., raczej nie. - rzeczowa, acz chłodna wypowiedź w obecnej sytuacji wydała się conajmniej nie na miejscu Borkiewiczowi. Postanowił, jednak, że zamiast zadawać pytania zacznie strzelać. Ponownie wychylił się przez okno, tym razem zrobił to pewnie. Równie pewnie zaczął ostrzał, skutecznie dziurawiąc tył uciekajacego samochodu. Pozostali kierowcy w trosce o własne tyłki umykali czym predzej na pobocze. We wstecznym lusterku mercedesa pojawił się na krótki moment radiowóz na sygnale. Tak szybko jednak jak sie pojawił, tak i zniknął. Ciężarówka na skrzyżowaniu zrobiła swoje. Samochody wciąż pędziły na złamanie karku. Po kilku driftach przyszedł czas na rondo. Audi „przykleiło się” wręcz do niewidzialnego okręgu, po którym ślizgało się z łatwoscią. Trzeba przyznać, że zdecydowanie lepiej facet znał się na prowadzeniu auta, niż na przeprowadzaniu zamachów. Rychter jednak nie odpuszczał. Liczył na błąd przeciwników. Znów go nie zawiedli. Niedoszli zabójcy byli tak skoncentrowani na prowadzniu swojego audi, że zapomnieli o pozostałych samochodach. Kolejny błąd. Gdy pościg rozpoczynał tzrecie okrążanie ronda, kierowca uciekającego Audi próbował odbić w jedną z ulic dochodzących do ronda. Niestety – trafił na jednokierunkową. Przypomniała mu o tym wielka, żółta ciężarówka DHL-u. Chcąc uniknąć z nią zderzenia, zamachowcy skierowali samochód bardziej w lewo. Teraz jednak na ich drodze pojawił się słup sygnalizacji świetlnej. W ułamku sekundy, dotarło do nich, że są w śmiertlnej pułapce, którą zamykają ich niedzoszłe ofiary w granatowym mercedesie. Zabrakło czasu na jakąkolwiek reakcję. Kolejne ułamki sekund później odlatywały pierwsze kawałki plastiku ze zderzaka, który był miażdżony stanowczą postawą słupa. Kolejne milisekundy to gięcie pasa przedniego i chłodnicy, wtedy najprawdopodobniej kierowca Audi rozbijał głową przednią szybę, niemiłosiernie ją przy tym zakrwawiajac. Kiedy słup nieugięcie parł ku tyłowi auta, miażdżył pomniejsze urządzenia wywołując coraz to nowe wstrząsy trwające tysięczne części sekundy. Eksplodowała chłodnica i zbiornik z płynem hamulcowym.
Rychter „ zaparkował” na trawniku obok. Borkiewicz wyskoczył z wymierzoną w szare audi bronią. Rychter poszedł w jego ślady – więcej – podbiegł do drzwi kierowcy sprawdzając z dystansu jak się sprawy mają wewnątrz zgruchotanego pojazdu. Sprawy miały się tak sobie. Kierowca zaliczył głowa szybę, łamiąc sobie przy tym manewrze również rękę. Pasażer był zakleszczony przez słupek podtrzymujący dach, pasy bezpieczeństwa i jeszcze kilka innych drobiazgów znajdujących się wewnątrz samochodu. Rychter, niezauważając opłakanego stanu, w jakim znaleźli się jego niedawni jeszcze prześladowcy zaczął bezceremonialnie przesłuchiwać jednego z nich. Jako że pasażer był w lepszym stanie poszedł na pierwszy ogień.
• Kto, dlaczego i kiedy wydał rozkaz zgładzenia mnie?
Pytany nie przejawiał większych chęći, współpracy. Jego odpowiedzią był tylko złośliwy śmiech.
• Nie to nie, [cEnZuRa]! Chciałem kulturalnie temat załatwić. – powiedział równie spokojnym tonem Rychter odbezpieczając broń i celując w nos „rozmówcy”. Uśmiech znikł z twarzy zarośniętego zamachowca. Borkiewicz tym czasem bardziej był skoncentrowany na pomocy rannym. Potrzebował kilkunastu sekund by zorientowac się że Tomek ma odbezpieczony pistolet.
• Tomek, może załatwimy to w nieco ustronniejszym miejscu i spokjoniej? Co ty na to?
Do Rychtera teraz dotarło że wszyscy wokół (było tego kilkadziesiąt osób) wstrzymali oddech czekając na strzały. Nie tracąc swego naturalnego opanowania wyjął drugą ręką legitymację służbową.
• Wojskowe Służby Informacyjne – powiedział na tyle głośno i wyraźnie by oprócz pasażerów audi usłyszeli tą wiadomość również zebrani wokół gapie. – Zostajecie zatrzymani do wyjaśnienia jako podejrzani o zamach na życie funkcjonariuszy biura prokuratora.
Borkiewicz zdążył się już przyzwyczaić do dziwacznych zdarzeń ostatnich kilku dni. Zostanie „funkcjonariuszem biura prokuratora” nie robiło już mu wielkiej różnicy. Teraz skoncentrował się nad tym jak wyjąć zakleszczonego pasażera. Sam zainteresowany był w dobrym stanie fizycznym więc mógł również wydatnie pomóc przy ewakuacji z uszkodzonego pojazdu.
Gdy odbywała się akcja wyciągania niedoszłych zamachowców z wraku audi, do Borkieiwcza podszedł jeden z gapiów z wiadomością o rychłym przyjeździe karetki.
• Dziękujemy bardzo, to miło z pana strony – niespodziewanie zareagował Rychter – ale sami odwieziemy zatrzymanych do szpitala.
Uczynny człowiek wydał się nieco zaskoczony. Borkiewicz również.
• Tomek, jesteś tego pewien?
• Tak! – niemal wykrzyczał swa odpowiedź prokurator, wyszarpując prawa noge kierowcy spomiędzy kierownicy i fotela.
Teraz, gdy zamachowiec-kierowca siedział już na trawniku, wydawał się mniej poturbowany. Takie samo wrażenie zrobił na Rychterze, dlatego ten założył mu kajdanki na ręcę. Gest ten nie spodobał się kilku gapiom, lecz hołdując starej polskiej tradycji „mniej wiesz-spokojniej żyjesz” nie odzywali się. W ogóle jakos zainteresowanie przechodniów zaistniałą sytuacją wyraźnie zmalało, gdy z wraku szarego audi wydobyto kilka egzemplarzy długiej broni.
• Co teraz robimy? – zapytał Borkieiwcz, który nie miał pomysłu jak dalej postąpić.
• Odwozimy ich do szpitala, przeciez sa ranni. – krótko stwierdził Rychter.
Gdy emocje nieco opadły już, a zamachowcy byli obezwładnieni na tylnym siedzeniu mercedesa, Borkiewiczowi zaczęły wracać podejrzenia które miał już wcześniej. Kilka chwil po odjeździe z miejsca zdarzenia Jurek zaczął dzielić się nimi na głos ze swoim kolegą.
• Byłes dobrze przygotowany na ewentualny zamach.
• I co z tego? - Pytaniem na pytanie odpowiedział Rychter, nie odrywając się od prowadzenia mercedesa.
• Spodziewałes się go.
• Każdy na moim miejscu powinien się tego spodziewać.
• Tak, ale na tobie nie zrobił on większego wrażenia. Ja tam pod szpitalem myślałem ze w gacie ze strachu narobię. Wszystko oddałbym wtedy za to żeby ci dwaj –tu wskazał głowa na tylna kanapę samochodu – pojechali sobie w diabły. Ty jednak najpierw zacząłes ich ścigać, potem ostrzeliwać.
• O ile dobrze pamiętam ty też to robiłeś – beznamiętnie wtrącił Tomek.
• To prawda. Tylko ja działałem jak w amoku. Dla ciebie to było jak posmarowanie sobie kanapki masłem!
• Wolę dżem.
• Nie wkurwiaj mnie !!!
Teraz Rychter odwrócił się w stronę rozmówcy:
• Nie gotuj się tak, tylko powiedz do czego pijesz?
• Do tego, że chcę wiedzieć, co tu się [cEnZuRa] mac dzieje?! Najpierw ostrezliwuja mój samolot, potem ginie Koszycki. Pojawiasz się ty i do mnie znowu strzelają, tylko tym razem na ziemi. Przy czym ty z godziny na godzinę utwierdzasz mnie w przekonaniu że wiesz znacznie więcej niż mówisz. A teraz drzesz morde na środku skrzyżowania że jestes „wsiarzem”. Tomek! Na Boga Ojca, co tu się dzieje?! Chyba mam prawo to wiedzieć?
Rychter w milczeniu prowadził. Oparł głowę o zagłówek i zaczął zciszonym głosem.
• Zaraz się dowiesz Jurek. A tak na przyszłość... – tu zawiesił głos - ... odróżniaj rondo od skrzyżowania.
• Nie , no nie mów mi że teraz się obraziłeś na mnie? Sądząc po twoim tonie głosu coś cię zabolało....
Rychter odwrócił głowę. Patrzył teraz w twarz Borkeiwcza.
• Nie, Jurek nie obraziłem się. Nie lubie tylko określenia „wsiarz” – powiedział równie ściszonym głosem, co przed chwilą.
Borkeiwcz nic nie odpowiedział. Widocznie zaskoczyła go odpwoiedź przyjaciela. Odwrócił się w kierunku mijanych budynków. Zaczął się śmiać. Tak po prostu śmiać –żeby odreagować, zapomnieć.
Tymczasem samochód zaczął kierować się na drogę wyjazdową w kierunku Warszawy. Minęli zjazd do szpitala, co znacznie zaniepokoiło pasażerów tylnej kanapy. Borkiewicz tym razem zdawał się nie być zaskoczonym.
• Pewnie skręcisz za miastem w las i pozbędziesz się ich? – na pół ironizował Jurek
• Skręcę i owszem, ale po to żeby przesłuchać. Zabiję w ostateczności.
Dalsza droga odbywała się już w grobowej ciszy, o ile takie wyrażenie jest na miejscu.
10. 45 PRZESŁUCHANIE" ZAMACHOWCÓW.
Po zaledwie kilkunastominutowej podróży samochód skręcił w las. Rychter leniwie przeciągnął się za kierownicą. Gdyby Borkiewicz znał go gorzej, pomyślałby że jego kompan stresuje się. Wiedział jednak że Tomkowi dzis tego nie można było zarzucić, co innego jemu samemu bądź pasażerom z tylnego siedzenia. Rychter bez słowa wyjasnienia wysiadł zza kierownicy. Borkieiwcz nie pytał już o nic. Wiedział, że i tak nie uzyska odpowiedzi. Powoli do jego świadomości zaczęła docierać ciemna chmura domysłów na temat faktycznej roli Rychtera i jego samego w wydarzeniach ostatnich dni. Był zbyt inteligentny żeby sie nie bać, ale i zbyt honorowy, aby ot tak sobie uciec od wszystkiego. Od strzelanin w powietrzu, na ziemi, od rannego przyjaciela, od munduru. “Strach to znak że żyjesz, to twój najlepszy przyjaciel. Jeśli cie opuści przerwij misję, lub módl się o szybką smierć”. Powtarzał sobie w duchu wyciągając za szmaty zamachowców.
- Macie ostanią szansę wyjść cało z tej sytuacji – zaczął Rychter. Obaj zamachowcy z kilkudniowym zarostem, stali na wprost mówiącego te słowa. Borkiewicz stał na uboczu również trzymając broń w pogotowiu. Ta kilkunastominutowa akcja wiele go nauczyła – między innymi trzymania odbezpieczonej broni w towarzystwie ludzi, którzy chcą go zabić. Niezbyt to kurtuazyjne ale praktyczne jak cholera. Pasażerowie tylnego siedzenia nie przejawiali chęci do wewnętrznych wynurzeń, wręcz przeciwnie. Skoncentrowali się na obrażaniu swoich niedoszłych ofiar i na analizie życia płciowego ich matek.
- Jesteś głupim skurwysynem Rychter! Rozumiesz?! Głupim i martwym – wyższy z nich zaczął jako pierwszy z typowo wschodnim akcentem – nie my to inni. Ktoś cię zapierdoli i naszcza ci na grób, o ile wogóle zostanie po tobie jakiś parszywy ślad. A ty ... - zwrócił się do Borkiewicza i zawiesił głos, symulując myślenie - ... ty jesteś bonusem dla naszego następcy.
- Żebyś nie umarł w nieświadomości pacanie – wtrącił się Rychter – to nie zmaierzam dopuścić do tego by sie pojawił jakikolwiek twój “zastępca”.
Kończąc, wycelował broń w swojego rozmówcę i nacisnął spust. Krew obryzgała ubranie zastrzelonego. Na jego czole pojawił się mały otwór, z którego ściekała strużka ciemnoczerwonej krwi. Przez nos, wargi, brodę. To była błyskawiczna śmierć. Ciało, odrzucone siłą wystrzału przewróciło się w tył. Teraz na soczysto zielonej trawie leżały zwłoki dorosłego mężczyzny z podkulonymi lekko nogami. Wokół głowy pojawiała się coraz większa plama lśniącej krwi.
Konsternacja i szok. Borkiewicz, ani tym bardziej drugi pasażer tylnej kanapy nie spodziewali się takiego obrotu sprawy. Borkiewicz nadal trzymał odbezpieczoną broń, lecz pewnie nie byłby w stanie jej użyć skutecznie. Rychter wiedział o tym, dlatego nie chował swojej broni.
- Tomek, dlaczego to zrobiłeś...? - zapytał z niedowierzaniem w głosie Jurek – ty go poprostu... zabiłeś...
- Tak – kontynuował Rychter ze wzrokiem utkwionym w drugiego z zamachowców – ty przeżyjesz... bynajmniej teraz.
Mężczyzna, który był pasażerem szarego audi, mimowolnie przymknął powieki z ulgą.
- Wyciągnij przed siebie ręcę, muszę cię skuć, a ty w razie czego strzelaj – zwrócił się Rychter teraz do Borkiewicza, mając nadzieję, że ten ochłonął już nieco z osłupienia w jakim był jeszcze przed chwilą.
Mężczyzna posłusznie wyciągnął ręce przed siebie, trzęsąc się i tak ze strachu na myśl o koledze leżącym z dziurą w czaszce metr dalej.
Borkiewicz nadal nie wiedział co robić. Nie był przygotowany na tak drastyczny obrót sprawy. “Boże on go zabił” - ta myśl cały czas zaprzątała mu głowę. Po kilkunastu sekundach zaczął powoli wracać do logicznego myślenia. „Przecież oni strzelali jeszcze kwadrans temu do nas. Napewno by nie rozpaczali z tego powodu gdyby się im udało... no tak, ale my to nie oni... czy oby napewno...? ...Tomek zabił bezbronnego bądź co bądź... Jeeezuuu... dożywocie!”
- Teraz wiele zależy od twojego sprytu – kontynuował Rychter – Powiem ci co ja bym zrobił będąc na twoim miejscu. Po pierwsze: skorzystał z mojej propozycji, po drugie zapomniałbym o tym , że ten twój kompan wogóle istniał na tej planecie – wskazał tu ręka na leżące obok zwłoki.
Borkwiecz doszedł już do siebie po pierwszym szoku. Bynajmniej sprawiał takie wrażenie.
- Oto moja..., nasza – poprawił się – propozycja: powiesz mi kto zlecił ci ten kontrakt na mnie, po drugie wskażesz mi miejsca o które będę pytał. Ja w zamian za to odstawie cię do aresztu śledczego, spisując protokół, że jeden z zamachowców zbiegł w trakcie konwojowania was , ty zaś uparcie odmawiasz składania zeznań, żądając swojego adwokata. Wtedy twoi mocodawcy przyślą kogoś mojej profesji żeby cię szmato bronił.
Widocznie drugi z zamachowców również juz nieco ochłonął z wydarzeń sprzed chwili, gdyż na jego obliczu znów pojawił się tępawo ironiczny uśmieszek.
- Przecież wiesz, że jak nie my to ktos inny dostanie zlecenie na ciebie, prawda? - zaczął znów igrać z losem ocalały pasażer – ktoś cie dopadnie i skasuje
- Masz lepszy akcent niż twój towarzysz ale tak samo masz nasrane we łbie. - zripostował Rychter – ok, więc teraz powiem ci co zrobie, jesli będziesz upierał się przy swoim zdaniu. Masz do tego w końcu konstytucyjne prawo - wtrącił z ironią w głosie – Ja ci nic nie zrobię, tylko spiszę protokół z przesłuchania w treści którego podam fakty, które są mi znane, a które zdecydowanie zaniepokoją twoich mocodawców. Z łatka “kapuś” dostrczę cię do aresztu śledczego i tam zostawię. Jak znam ten system przeżyjesz najdalej 12 godzin, a śmierć będzie prawdziwą męczarnia dla ciebie gdyż będą musieli zasymulować samobójstwo. Nie muszę ci przedstawiać chyba metod odbierania sobie życia w aresztach śledczych i więzieniach.
Oblicze przesłuchiwanego wyraźnie sposępniało. Nabrał głęboko w płuca powietrza, po czym je głośno wypuścił.
- U was honorowo się takie sprawy załatwia nie ma co...
Reakcja zamachowca była tak bezczelna że nawet na ustach Borkiewicza pojawił się cień usmiechu.
• Powiedział kat do swej ofiary – sarkastycznie skwitował wypowiedź Rychter, będąc wciąż oparty o swój samochód. Założył teraz ręce na piersi. Patrzył się w oczy swojego niedoszłego kata i widział w nich strach. Zwykły ludzki strach. „To dobrze – pomyślał – są szanse na dotarcie do grupy”. Brak zdecydowania u drugiego z zamachowców zaczął być już dostrzegalny. „Kolejny znak że ten diaboliczny plan wypali. Muszę powiedzieć Jurkowi, w końcu on tez w tym siedzi, i to po same uszy”. Mrużąc delikatnie oczy zapytał się jeszcze raz ocalałego zamachowca:
• Przemyślałeś moją propozycję? Pytam po raz ostatni.
Zamachowiec zawahał się. To starczyło Rychterowi do rozwinięcia ofensywy:
• Twojego kompana załatwiłem tym – podniósł w górę, trzymany w lewej ręce pistolet – dla ciebie zostawiłem bardziej cywilizowany sposób – teraz w górę powędrowała prawa ręka z długopisem sięgniętym przed chwilą z tylnej kieszeni spodni.
Zamachowiec wykrzywił gębę na wzór wyrostków robiących łaskę nauczycielowi, pokazując identyfikator przy wejściu do szkoły.
• Mogę ci psie powiedzieć, kto cię kazał wziąć na smycz
• A ja mogę posłuchać twojego pierdolenia, ale nie muszę – spokojnie, jak zwykle odparł Rychter – więc nie rżnij mi tu urażonej mendy, tylko odpowiadaj na pytania. Po pierwsze: kto? Po drugie: gdzie?
• Major Głuszczyk. Zawołał nas z sali odpraw i powiedział, że ma sprawę do nas. Za kwadrans siedzieliśmy na parki
: 10 sty 2008, 20:04
autor: marcin1323
ciąg dalszy
siedzieliśmy na parkingu, w jego Volvo. Powiedział, że nie ma prawa po tobie pozostać nawet jeden atom.
• A to się [cEnZuRa] pan major zdziwi – przerwał mu Rychter – no dobra, kontynuuj
• No i to wszystko, namierzenie was nie było problemem. – w głosie znów można było doszukiwać się sporej dawki pogardy zmieszanej z dziwną satysfakcją.
• Dostałeś kwit tylko na mnie?
Znowu zawahanie. „Cholera, Łukasz!” – przemknęło Rychterowi przez myśl.
• Ogłuchłeś? – do akcji wkroczył Borkiewicz. Widocznie doszedł już do siebie i postanowił wspomóc kolegę. Zapewne liczył na jakieś wyjaśnienia po wszystkim. „Należą mu się jak psu micha” – w myślach przyznał Tomek.
- Kolega ładnie zapytał, więc mu ładnie odpowiedz. Mój też jest naładowany – tu, wymownie pokazał rękę z pistoletem skierowanym w stronę przesłuchiwanego. „Wczuwa się w rolę. Dobrze, tylko, żeby nie przedobrzył” – Rychter analizował zachowanie swojego przyjaciela.
• Dobra, dobra... – przesłuchiwany z ociąganiem podniósł ręce w geście symbolicznego poddania się. – Jego też mieliśmy sprzątnąć – ruchem głowy wskazał na Borkiewicza.
• Łżesz – krótko, lecz wymownie odezwał się Rychter, repetując broń po niedawnym wystrzale – zaczynasz mnie wkurwiać, wiesz ?
Jeżeli Rychter udawał, robił to nad wyraz dobrze. W mgnieniu oka z wyrachowanego oficera przerodził się w furiata. Teraz chodziło już nie tylko o niego, lecz o całą operację i o ludzi siedzących w niej. Od tego co teraz usłyszy, zależało ile wiedzy na ten temat posiadają przeciwnicy. Stawka wciąż rosła. Zamachowiec znów zaczął się wachać. Widocznie był bardzo związany ze swoją szansą na przeżycie.
• Zauważ, że twój kompan nawet mnie nie zdenerwował, a ty już zdążyłeś mnie wkurwić! – głos Rychtera z sylaby na sylabę przybierał na sile – nie sądzisz że to niesprawiedliwe wobec twojego kolegi ... świętej pamięci już zresztą?
Ich oczy znów spotkały się. Tym razem na znacznie krótszą chwilę niż wcześniej Nie dużo osób było odpornych na tak natarczywy i agresywny wzrok. Oczy Rychtera niemal żywcem przewiercały przesłuchiwanego na wylot. Lufa pistoletu powędrowała pod podbródek, wbijając się w przełyk.
• Lepiej przestań pierdolić farmazony i powiedz co wiesz, albo dołączysz do swojego kolegi. Wisi mi [cEnZuRa], ile trupów mam zakopać! Zrozumiałeś?!
Zamachowiec, ze sztywniejącym ze strachu karkiem i spoconym czołem wykonał kilka szybkich , acz delikatnych ruchów głowy, co miało chyba znaczyć w jego przestępczym żargonie „tak, oczywiście, zgadzam się z panem w stu procentach”. Rychter odszedł na kilka kroków.
• No...? – zaczął zniecierpliwionym głosem
• Poza panem mieliśmy jeszcze zlecenie na porucznika Lisieckiego. – ze zrezygnowaniem w głosie przyznał przesłuchiwany. Rychter nie drgnął. Jedynie jego oczy zrobiły się znów zabójczo zimne. Gdyby ktoś się teraz dotknął do Rychtera, mógłby ryzykować odmrożenie całej dłoni. Wpatrywał się jeszcze kilka sekund w mężczyznę z kilkudniowym zarostem, po czym lewą ręką sięgnął po telefon.
• Módl się, żebym zdążył. Byliście sami?
• Tak – cicho przytaknął mężczyzna z rosyjskim akcentem.
Rychter sprawnym ruchem wybrał dziewięć cyfr z klawiatury swojego telefonu. Po kilku sygnałach odezwał się młody męski głos:
• Co się stało?
• Dobrze, że zdążyłem, Łukasz. Uważaj, na siebie. Właśnie gadam sobie z jednym sukinsynem, który miał nas obu posłać do piachu.
Najwidoczniej na rozmówcy Rychtera informacja ta zrobiła wrażenie, gdyż przez kilka sekund zaległa grobowa cisza.
• Za półtorej godziny, w naszym ogródku.
• Ok. Na razie.
Zamachowiec związany i zapakowany do bagażnika podróżował obecnie do celu swej podróży – najbliższego posterunku policji. Tym razem to Borkiewicz prowadził, Rychter był zbyt roztrzęsiony. Spocone czoło, szybki oddech, tętniące żyły na skroniach – teraz nie był juz w stanie ukryć tego przed Borkiewiczem. Jechali jednak w milczeniu. Było zbyt wiele spraw, by móc je omówić bez emocji. Pułkownik jednak zaryzykował:
• Tomek, może wytłumaczysz mi teraz dlaczego mam perspektywę współudziału w morderstwie z premedytacją? Przecież nie musiałeś go zabijać...
Odpowiedzią był ledwo słyszalny pomruk silnika mercedesa.
• [cEnZuRa] mać!!! - ryknął na całe gardło – Nie leć sobie ze mną w kulki!
Stopa Jurka Borkiewicza z całym impetem wylądowała na środkowym pedale. Hamulce zadziałały bezbłędnie, posyłając spod opon strugi siwego dymu. Rychter zaliczył czołem szybę, z bagażnia doszły huki i przekleństwa w kilku przynajmniej językach. Ciemnogranatowy mercedes stał po środku podrzędnej asfaltowej drogi z wyłączonym silnikiem. Rychter przecierał sobie ręką czoło.
• Zgłupiałes do końca? Po co to robiłeś....? Mogłeś go uszkodzić w bagażniku - jak zwykle opanowanym głosem zaczął Rychter
• Wali mnie “ten w bagażniku”, ciebie nie przejmował los jego kompana.
• Należą ci się wyjaśnienia Jurek, tylko nie wiem od czego zacząć, bo ... - tu nastała chwilowa pauza - ... bo widzisz tu wszystko jest wyjątkowo popierdolone.
• Co ty nie powiesz? - ironia w głosie Borkiewicza byłaby jasna i czytelna nawet dla pigmeja nie mającego pojęcia o języku polskim, lub wogóle o Polsce.
Rychter wahał się przez chwilę, po czym powiedział na wydechu:
• Nie mamy teraz czasu, musimy jechać do Łukasza. Po drodze wyjasnię ci sprawę. Ok?
Tym razem to Borkiewicz milczał. Odpowiedzią było przekręcenie kluczyka w stacyjce. Koła zaczęły się toczyć coraz szybciej. Silnik wchodził na obroty. Po kilkunastu sekundach ciszy, Rychter pierwszy przerwał milczenie.
• Pracuję dla WSI, ale to już zauważyłeś wcześniej. Wszyscy wokół byli przekonani że moje szybkie awanse miały podłoże rodzinne, niestety nie ma to potwierdzenia w rzeczywistości. Dla mnie jednak zasłanianie się konotacjami rodu Rychterów było układem wręcz wymarzonym. W praktyce każdy mój awans miał z góry zaplanowany cel, który realizowałem, do czasu... - tu Rychter zawiesił głos i spojrzał w okno. Borkiewicz nie zdradzał na razie żadnych emocji związanych z wyznaniami kolegi. Kierował, zmieniał biegi, starał się nie uczestniczyć (bynajmniej na zewnątrz) w opowieści.
• ... do czasu przydzielenia mi sprawy dwóch żołnierzy oskarżonych o kradzież w jednym z naszych magazynów. – kontynuował Tomasz – Wtedy nie miałem żadnego pojęcia w co się ładuję. Myślałem że to kolejne wyniesienie dwóch kompletów zimowego obuwia – krzywy uśmiech pojawił sie na twarzy Rychtera – Gdy przyjechałem na miejsce i zapoznałem się z dokumentami sprawy, wyszło na jaw, że i owszem mowa jest o dwóch, ale nie parach butów, tylko głowicach bojowych do wyrzutni rakiet klasy ziemia – powietrze. Jak sie okazało ktoś wrabiał tych szeregowców. Nie mieli motywu, bo nie mieli rynku zbytu. Jeden z nich popełnił samobójstwo na dwa dni przed ogłoszeniem wyroku, drugi uległ ciężkiemu zatruciu na stołówce więziennej.
• Czyli zostali skazani? - chłodno zapytał się Borkiewicz
• Tak.
• A co to ma wspólnego z tym, że przed paroma minutami posłałes kolesia do piachu?
• Daj mi skończyć Jurek, a przekonasz się, że ma i to więcej niż byś sie spodziewał.
Znowu zapadła cisza.
• W trakcie oficjalnego dochodzenia ustalono że oskarżeni mieli zamiar sprzedać skradziony towar na własną rękę. Akurat! Jakoś nie przemawiało to do mnie i zacząłem węszyć na własną rękę. Doszedłem do poziomu Sztabu Generalnego. Nawet tam byli ludzie, którzy zbierali, z niejasnych dla mnie wtedy powodów, informacje o tym zdarzeniu. Wtedy mój instynkt samozachowawczy podpowiedział mi żebym odpuścił sobie bo jestem na nich za krótki. Niestety oni nie odpuścili. Pewnego wieczoru w moim mieszkaniu wybuchł pożar. Nie było mnie w domu. Zresztą oni dokładnie o tym wiedzieli. Chcieli mnie postraszyć – nie powiem, udało im się. Spłonęły wszystkie dowody zbierane podczas mojego prywatnego dochodzenia, barek wytrawnych alkoholi i zajebista kolekcja zapalniczek.
Borkiewicz spojrzał się z zaciekawieniem na swojego kompana
• Przecież ty nie palisz...
• No i nie palę, ale zapalniczki można sobie zbierać, nie?
Jurek wypuścił powietrze z płuc .
• Szczerze to gówno mnie interesuja twoje zapalniczki, przejdź szybciej do sedna sprawy.
• Ok, już. Od tamtego pożaru przestałem kompletnie zajmować się tego typu sprawami. Chociaż być w WSI i nie zajmować się “takimi sprawami” to trochę dziwne. Miesiąc po tych wydarzeniach złożyłem rezygnację ze współpracy. W ogóle myślałem, żeby przejść na wcześniejszą emeryturę i zając sie jakimiś własnym biznesem. Moim przełożonym był wtedy major Głuszczyk.
Borkiewicz powoli odwrócił głowę w stronę Rychtera.
• To ten, na którego rozkaz strzelali do nas dziś? - zapytał Jurek powoli, jakby szukając każdego słowa oddzielnie w mętliku swoich myśli.
• Ten sam – krótko odparł Rychter
• No to możesz kontynuować – z wyraźnym już zaciekawieniem w głosie przyznał Jurek
• Tego samego dnia, w którym złożyłem rezygnację pojechałem do mojej ... - tu urwał wpół słowa i zaczął przecierać dłonią czoło – do jedynej kobiety, którą w życiu kochałem. Wiedziała o mojej decyzji i podzielała ją. Za kilka miesięcy mieliśmy brać ślub.
Rychter znowu zamilkł. Teraz jednak wydawał sie być w niekończącej sie podróży wgłąb swojej pamięci i obrazów, które ona przechowywała. Otworzył oczy. Miał je przeszklone, choć historia, którą opowiadał miała już kilka lat.
• Nie wiedziałem, że byłeś zaręczony – odezwał sie Borkiewicz, najciszej jak umiał
• Jeszcze wielu rzeczy o mnie nie wiesz – odparł w zamyśleniu Rychter – może to i dobrze...
Częstotliwość, z jaką zapadała cisza w samochodzie stawała sie już uciążliwa. Widać, Rychtera sporo kosztowała ta opowieść.
• Był wieczór, kolacja we dwoje, romantyczny nastrój. Poszliśmy do sypialni. Właściwie to Aneta poszła. Ja miałem dla niej prezent w samochodzie, wyszedłem na podwórko. Wtedy podjechała ciemnozielona vectra Głuszczyka. Nawet [cEnZuRa] sie nie pofatygował wziąć innego samochodu, albo wysłać jakiegoś cyngla. Przyjechał sam. Wysiadł i powiedział “Przykro mi”, a potem nacisnął spust. Poczułem rozżarzony drut przeszywający klatkę piersiową a w chwilę potem tępy ból czaszki. Straciłem przytomność, choć wtedy myślałem, że umieram. Siła odrzutu pchnęła mnie na auto, a dokładniej moja potylicę na otworzone drzwi od pasażera. Dzięki temu przeżyłem. Przez te kilka sekund które zajęły Głuszczykowi na dojście do mnie całkiem sporo krwi wyleciało, maskując tym samym dokładne położenie rany postrzałowej. Uratowało mi to życie. Kretyn myślał, że wykonał zadanie i nie dobijał mnie. Za to poszedł powolnym krokiem w stronę domu. Aneta widziała wszystko z okna. Zdążyła się schować. Głuszczyk odwiedzał każdy pokój po kolei strzelając metodycznie w każde łóżko i szafę. Skurwysyn jeden!
• Zabił ją?
• Przeżyła. Schowała się na strychu. Właściwie to od dawna szykowałem się, żeby poprawic to wejscie , ale zawsze mi jakoś czasu brakowało - uśmiechnął się jakby do siebie Rychter. - Drzwi były dobrze wmontowane w boazerię, za to cholernie przykre i wąskie. Ilekroć coś tam wnosiłem zawsze obiecałem sobie że to poprawię nazajutrz. Wtedy było ciemno, a skurwiel się musiał śpieszyć. Ryzyzkował, że na odgłos strzałów ktoś mógłby przyjść i spotakć go w domu a na podwórku znaleźć mojego trupa. Jednym słowem - spieprzył to od początku do końca. Po tym jak odjechał Aneta prowizorycznie zatamowała mi krew. Miała leki przeciwkrwotoczne w domu. Dostałem kroplówe i kilka dni nie miałem siły podnieść głowy znad poduszki.
• Nie odwiozła cię do szpitala? Skąd miała kroplówkę w domu? - Borkiewicz nawet nie ukrywał zdziwienia w głosie
• Aneta była lekarzem, mieliśmy takie rzeczy w domu
• Nie rozumie pewnej rzeczy. Skoro on jej wtedy nie zabił, a ty mówisz o niej w czasie przeszłym, to cos mi nie pasuje...
• Nie wnikaj, mówiłem ci Jurek, że wiele rzeczy jeszcze nie wiesz. Niech tak lepiej zostanie. W razie czego mniej będziesz mógł powiedzieć.
Rychter nadal gonił wzrokiem oddalający się horyzont w bocznej szybie auta.
- Czyli...?
- Czyli ona nie zyje, jasne? - spokojnym już głosem zapytał się Rychter
- Jasne, mniej więcej jak reszta tematów w tej sprawie. - z wyczuwalnym żalem w głosie powiedział Borkiewicz - Nie uważasz Tomek że dorosłem już do tego by poznać wszystkie tajemnice związane z wydarzeniami, w których biorę udział?
- Nie wiem czy dojrzałeś. Sam to ocenisz gdy poznasz pozostałe fakty.
- Załóżmy, że w tej chwili nie interesuje mnie los twojej Anety. A co stało się z tobą dalej? Jak przeżyłeś kolejnych kilka lat w WSI, skoro twoi zwierzchnicy wiedzieli o wszystkim?
- Jakiś czas temu zanim Głuszczyk próbował mnie zabić, sprawa handlu bronią przez naszych zaczęła powoli docierać do najwyższych ludzi w państwie. Premier Czerwiec powołał nawet komórkę, zajmującą się tym problemem: Specjalną Grupę Operacyjną. W jej skład wchodzili najbardziej zaufani funckjonariusze WSI.
- Zaufani? Kogo zaufani? Bo na pewno nie szefostwa WSI...? – dociekał Borkiewicz
- Zaufani ludzie premiera – kontynuował spokojnym tonem - , poza tym kilku speców z poslkiej agendy interpolu. To oni pierwsi dotarli do mnie po wszystkim i zapropnowali współpracę. Nie mogłem odmówić, zresztą wtedy już nie chciałem. Zobaczyłem, że jestem za daleko i nawet jeśli ja będę chciał, to moi przeciwnicy nie pozwolą na to bym żywy wycofał się ze wszystkiego. Zostałem przeniesiony z departamentu prawnego do śledczego. Dzięki temu mogę uczestniczyć w dochodzeniach i dla większości ludzi nic się nie zmieniło. Dla większości, ba nie dla mnie – dodał po chwili zastanowienia. – Od tamtego czasu zaczęła się prawdziwa wojna w moim życiu. Nosze przy sobie po kilka sztuk broni, zmieniam co kilka tygodni adres zamieszkania. Jak inni z SGO jestem na ich czarnej liście. Krążę wokół spraw mających powiązanie z grupą o której mało ludzi w tym kraju wie. SGO nadało kryptonim tej operacji – „sasza”. Dlatego, że nasi handlują ze wschodem. Z byłymi i obecnymi członkami GRU i KGB. Biorę udział w operacji już od prawie trzech lat. Najgorsze jest to, że nikt z nas nie wierzy w szybkie i skuteczne załatwienie sprawy. Nikt nie wie, gdzie macki się zaczynają, ani gdzie kończą. Jest kilku ludzi podejrzanych o przywództwo. Ja stawiam na kolegialny twór. Jednym z VIP – ów jest wysoko postawiony fumcjonariusz WSI i obecny sekretarz stanu. Jak się łatwo domyśleć, nikt nie ma na niego złamanego dowodu
- Nie odpowiedziałeś mi jeszcze na najważniejsze moje pytanie...
- Gdybym tego nie zrobił, pewnie już w tej chwili mielibysmy na karku przynajmniej dwa samochody. Może nawet jakiś śmigłowiec. A tak, to na razie nasi zleceniodawcy żyja w błogim przeświadczeniu, że wąchamy kwiatki od dołu.
- Mogłeś obu odstawić do aresztu.
- Nie łudź się nadzieją, że ten z bagażnika dożyje jutra. Macki naprawdę daleko sięgają. Poza tym nie przekonałbym go do współpracy. Jak zobaczył kolegę truposza, zaczął mówić. To tylko człowiek, i tak jak my odczuwa strach.
- Z tego co teraz mi powiedziałeś, to i bez przesłuchania w lesie wiedziałes kto zlecił nasze zabójstwo.
- Własnie nie wiedziałem. W tej organizacji, jak w każdej innej – wrze walka o władzę. W tej chwili sa dwie frakcje – jedni to ... nazwijmy ich „konserwatyści”, do nich należy Głuszczyk. Chronią dupy elity, a przy okazji i własne. Druga to „młodzi”. Dążą do odejścia spod wpływów obecnych polityków i wstawienia na świecznik swoich ludzi.
- Ambitne – przyznał Borkieiwcz
- Jak cholera, tylko ciężkie do wykonania. Jak się domyślasz żadna z frakcji nie jest przyjaźnie nastawiona do nas. Tak wiec jak ustaliłem kto wydał wyrok, ustaliłem też kto i gdzie bruździ w tej piaskownicy.
- Jakie refleksje?
- Konserwatyści są ciężkim przeciwnikiem bo sa wszędzie, mają oczy i uszy tam gdzie byś się nawet nie spodziewał. Ale za to rzadziej leje się krew. My jesteśmy wyjątkiem. Podejrzewałem, że Koszycki był jednym z nich, teraz coraz wiecej wskazuje na to, ze się myliłem.
- A co stanie się ze mną skoro już to wszystko wiem? – niepewnie zapytał Borkiewicz
- Stałeś się elementem operacji „Sasza” odkąd zasiadłeś tamtego ranka za sterami „dwódziestki jedynki”. Teraz nastąpiło tylko „oświecenie elementu” – z nieskrywaną nutą ironii w głosie odpowiedział Rychter – po drugie dostałem zgodę od przełożonych na wtajemniczenie cię w sprawę. Będziesz nam jeszcze bardzo potrzebny.
- Nam?!
- SGO. Pojawiłeś sie całkiem przypadkiem w samym środku rzadkiego gówna, więc nie ma co się łudzić, że wyjdziesz stąd w białym kołnierzyku. Z tego co wiem dostaniesz telefon z propozycją, jeszcze dziś. Choć cię zaskoczy, nie wolno ci odmówić. Pamiętaj zależy od tego życie wielu ludzi. W tym i twoje.
Borkiewicz powoli odwrócił się powoli w stronę Rychtera.
- W co ty mnie [cEnZuRa] mac wmieszałeś? Tomek?!
- To nie ja cie wmieszałem – sam wlazłeś, chociaż trzeba ci przyznać, że całkiem niechcący.
-----------------------------------------------------------------------------
musiałem rozbić na dwie częsci bo jak zwykle za dużo literek było
