: 14 gru 2006, 00:39
autor: marcin1323
====================================
* P O N I E D Z I A Ł E K *
====================================
08.30 NAD MIŃSKIEM MAZOWIECKIM
Promienie wschodzącego słońca odbijały się od skrzydeł nadlatującego
MIG-a-21. Myśliwiec wchodził w ciasny zakręt, zmieniając tor lotu o 270 stopni. Skrzydła o profilu delta ukazały na swej dolnej powierzchni biało- czerwone szachownice. Pilot zaliczał kosiaki jeden po drugim. Przestworza były jego pasją - żył tym. Jego ciało, duszę i umysł stworzono tylko po to
by latał. "Żeby to zrozumieć trzeba choć raz w życiu wznieśc się ponad tę brudną rzeczywistość" - tak mawiał zawsze jego ojciec. Teraz pilot doecniał światłość umysłu starego lotnika pamiętającego jeszcze czasy Dywizjonu 303. Któraś z rzędu beczka zakończona ostrym zwrotem bojowym przez lewe skrzydło musiała lekko przyćmić pilota: "Cho-leee-ra! Kooo-chaaaa-m toooo !!! Łaaał!!!". Dawno juz tak luźno nie czuł się za sterami. Spojrzał na zapas paliwa. Wskaźnik miał na poziomie 1/3. Mimo nieodpartej pokusy wiedział, że nie może przesadzać. Ważnym resursem nie uratuje sie w powietrzu. Maszyna miała swoje lata i bliżej jej było do muzeum niż do linii frontu. Nagle oddał gwałtownie stery wciskając drążęk w podłogę.
- Wytrzymasz to jeszcze kochanie, prawda?
Samolot posłusznie odpowiedział lekkim drżeniem stalowego cielska. Prędkość wzrastała. Ściągnął stery na siebie i przesunął manetkę dopływu paliwa do silnika. Czuł, jak maszyna przepada, wiedział że był za wysoko, żeby ponieść tego konswkewncje. Mylił się i nie wiedział nawet jak bardzo. Wyrównał lot i zameldował do kontroli zbliżania:
- Tu 9012 Wchodzę na 7 5 0 0 na 1 2 0. Wracam na lotnisko.
- 9012 Masz moje błogosławieństwo - odezwał się głos kontrolera lotów - A propos gen. Koszycki chce cię widzieć
- Za to mi jakoś nie śpieszy się bynajmniej - skomentował pilot
- O ile dobrze pamiętam, w wojsku polecenia przełożonego wykonuje się bez
zbędnych uwag, pułkowniku Borkiewicz! - groźnie zadudnił głos dowódcy bazy.
- Tak jest ,panie generale! - odpowiedział Borkiewicz nie mogąc ukryć zmieszania -"Cholerny palant" - pomyślał-" Takich jak on powinno się stosować zamiast SIDEWINDERÓW. Każdy do kogo się zbliży natychmiast ginie"
Asfaltowa płyta lotniska połyskiwała w słońcu. Na końcu pasa startowego czekał zaparkowany, szary UAZ, a w nim kierowca dowódcy bazy. Na horyzoncie, powyżej linii lasu wyłoniła się strzelista sylwetka najpopularniejszego, radzieckiego myśliwca. MIG-21 podchodził właśnie do lądowania. Tylne podwozie
"uszczypnęło" nawierzchni pasa, unosząc przy tym pióropusze dymu spod kół. Myśliwiec przyziemił i przemknął kilkaset metrów. Gdy kołował na stojankę,UAZ ruszył w kierunku maszyny. Kierowca miał jak najszybciej dostarczyć pilota do dowódcy bazy - generała Koszyckiego. Z tonu przełożonego wnioskował, że jego dalsza kariera w tej jednostce, zależy od tego zdarzenia. Płk Borkiewicz schodził właśnie po drabince ze swego samolotu, gdy, podjechała doń wojskowa terenówka.
- Kazano mi pana, pułkowniku zawieźć jak najszybciej do dowódcy.
- Aż tak źle? - zapytał, idąc do samochodu pilot.
- Nic ponadto nie wiem panie pułkowniku.
Borkiewicz wsiadł do samochodu i myślami był już w gabinecie swego szefa. Oczyma wyobraźni widział,jak dostaje burę od przełożonego, a po niej wylatuje z hukiem z armii. Był świadom, że po ostatniej naganie, może mieć poważne problemy. Generał nie był zwolennikiem solowych popisów pilotażu, płk zaś nie dał sobie w kaszę dmuchać. Ci oficerowie stanowili odmienne bieguny, tej samej cząsteczki. Wszyscy w bazie wiedzieli, że niezdrowo było by się dostać między te dwie silne osobowości.
UAZ zaparkował przy budynku dowódcy bazy.
- Nie odjeżdżaj, może odwieziesz mnie na dworzec - powiedział Borkiewicz wysiadając z samochodu - albo do szpitala.
- Mam nadzieję, że to drugie - odpowiedział szofer - bez pana ta
baza skostnieje. Powodzenia!
Pułkownik uśmiechnął się przez ramię:
- Ja też jestem dobrej myśli. Wolę miesiąc chorobowego, niż dzień lotów turystycznych, z obrzydliwie bogatymi cwaniakami.
08.55 POKÓJ GENERAŁA KOSZYCKIEGO
Gabinet generała był małym pomieszczeniem, z nieco surowym wystrojem. Drewniane biurko, stylowy wazon z kwiatami w rogu pokoju. Prosty regał na książki oraz zdjęcia samolotów na szaroniebieskich ścianach. Nad biurkiem, za plecami dowódcy wisiało godło państwowe, a poniżej godło jednostki. Osoba
właściciela pomieszczenia była idealnie wkomponowana w jego wystrój. Pochmurne oblicze, z kamiennym spojrzeniem, przeszywającym swych gości na wylot, dopełniało spartańskiej atmosfery tego lokalu. Na korytarzu rozległy się miarowe kroki, a po nich pukanie do dębowych drzwi gabinetu.
- Wejść! - głuchy głos dobiegł z wewnątrz. Drzwi otworzyły się ukazując wysoką sylwetkę pułkownika Borkiewicza.
- Melduję się na pański rozkaz! - zasalutował wchodzący żołnierz. Gospodarz zmierzył wzrokiem przybyłego.
- Siadajcie pułkowniku Borkiewicz. Mamy kilka spraw do omówienia.
Pułkownik był szczerze zaskoczony spokojnym tonem swego dowódcy. Wykonał posłusznie polecenie i czekał na dalsze.
- Po pierwsze: jako jedyny pilot z tego pułku zostaliście wyznaczeni na DOL, po drugie: nie rozpieprzcie następnego MIG-a, po trzecie: macie naganę z wpisem do akt za jawne lekceważenie przepisów bezpieczeństwa lotów. Czy macie jakieś pytania? To dobrze - dodał pospiesznie - Od tej chwili macie ćwiczyć noc i dzień, chcę widzieć najlepszego z najlepszych...
-... Już go pan widzi - wtrącił płk
- Nie chcę tam tresowanej małpy z cyrku, tylko prawdziwego zawodowca! - żachnął się dowódca - Przez twoje popisy straciłem jeden samolot, teraz Wielki Brat nie rozdaje myśliwców na prawo i lewo, tylko równa z ziemią Grozny. A z "góry" dostaniesz co najwyżej po premii.
- Zrozumiałem panie generale. Jeśli to wszystko, pozwoli pan że oddalę się i zacznę przygotowania? - z ironią w głosie zameldował pułkownik. Dowódca skinął głową na znak przyzwolenia.
- Co w was wstąpiło płk, taka grzeczność w pana ustach? Przecież to panu nie przystoi - odpłacił się dowódca. Zaczepka słowna pozostała bez odzewu. Gdy pilot otwierał drzwi usłyszał głos za sobą:
- Zostały dwa tygodnie, nie zmarnuj tego czasu.
Wychodzący spojrzał przez ramię:
- Tak jest panie generale.
Następne dni były bliźniaczo podobne do siebie: lądowania na połowie długości pasa, na przemian z lotami na przechwycenie. Co wieczór płk dokładnie studiował raporty meteo na przyszły dzień i profile techniczne innych maszyn biorących udział w ćwiczeniach. DOL, inaczej Drogowy Odcinek Lotniskowy odbywają się już od kilku lat. W europie DOL-e wykonują tylko Polacy, Szwedzi i Finowie. Sama filozofia jest prosta: wylądować na wydzielonej części autostrady o długości 2 tysiące metrów i szerokości 14. Po obydwu jej stronach rosną piękne, wysokie drzewa. Prędkość podchodzenia do lądowania oscyluje wokół 350km\h, za sterami muszą więc siedzieć ludzie o stalowych
nerwach. Płk Borkiewicz Lubił wyzwania, którym trudno podołać - DOL nie wątpliwie takim był.
========================
* W T O R E K *
========================
08.57 POKÓJ PŁK BORKIEWICZA
Na budziku dochodziła dziewiąta rano, przyszły uczestnik DOL-u szykował się właśnie do wyjścia gdy zadzwonił telefon na biurku.
- Słucham, płk Borkiewicz.
- Sierżant sztabowy Sochocki z tej strony. Panie pułkowniku,ma pan rozkaz natychmiast stawić się na lotnisku. Kod pomarańczowy - głos w słuchawce zdradzał emocje rozmówcy - Za chwilę przyjedzie samochód po pana pułkownika.
- Co sie stało? Przecież odprawa dopiero za godzinę... - przerwany sen mścił się srogo.
- To nie odprawa. Ogłoszono kod pomarańczowy.
Teraz dopiero dotarł do Borkiewicza sens wypowiadanych przez sierżanta słów
- A co się stało? Mamy trzecią wojnę światową?
- Nie wiem, panie pułkowniku, ja tylko przekazuję rozkaz dowódcy
pułku.
- Będę gotów za minutkę - płk odpowiedział i przerwał połączenie. Zastanawiał się co mogło się wydarzyć i co do cieżkiej cholery robi para dyżurna? "A może luftwaffe robi sobie znów tournee po Polsce?" - wrodzony wisielczy humor nie
opuszczał pułkownika. Pewnie komuś nawalił w samolocie GPS; ale co z radiostacją? I tak się wszystkiego dowiem na miejscu." - pomyślał zrezygnowany. Gdy wychodził z klatki schodowej swojego bloku zobaczył zbliżającego się z oddali UAZ-a. Skierował swe kroki w kierunk nadjeżdżającego, wojskowego samochodu terenowego. Po kilkunastu sekundach Borkiewicz siedział już wewnątrz pojazdu. Znajomy kierowca dowcipkował jak miał w swym zwyczaju:
- Komuś zachciało się robić darmowe pokazy - pasażer nasłuchiwał z zaciekawieniem - Podnieśli w powietrze wszystkie "Dwudziestki dziewiątki", "suki" grzeją się na "stojankach"
- To dlaczego mnie tam wzywają? Po jaką cholerę?! Może ty coś wiesz?
- Potrzebna jest każda para skrzydeł - krótko skwitował kierowca udając, że nie obchodzi go wiele temat rozmowy.
- Gadasz, jakbym miał zaraz rozwalać stada meserów sprzed pół wieku. Przecież jest para dyżurna, są inne służby dyżurne. Po wczorajszym chciałem odespać - w tonie Borkiewicza wyraźnie wyczuwało sie skargę, na cały świat.
- Wiem tylko tyle, że stary mało nie wykorkował. Groził mi, chyba już czwarty raz w tym miesiącu, że wylecę z armii na zbity pysk, jeżeli pana nie przywiozę na czas.
- Ktoś mu zrobił porządne kuku.
- Jemu, albo...nam.
Oczy pułkownika wpatrywały się w kierowcę niczym w celownik.
- Powiedz co wiesz naprawdę?
- To tylko plotka...
- Kto jak kto, ale ty "Ździebko" komisją etyczną nie musisz się przejmować.
Kierowca miał opinię żywej agencji prasowej. Jeśli ktoś czegoś nie wiedział, wystarczyło tylko znaleźć kaprala Kotkowskiego pseudonim "Ździebko" i wszystko się wyjaśniało.
- Prawdopodobnie ruskie "hokeje" chciały się wykąpać na mazurach. Twarz Bokiewicza nieco spoważniała:
- No widzisz "Ździebko", nawet nie bolało.
Narazie dla Borkiewicza sprawa była nadal tak samo zagadkowa i bezsensowna. Jednak o podobnych przypadkach wiedział. W kręgach
lotniczych mówiło się o rosyjskich MI-24 grasujących na granicy z Obwodem Kaliningradzkim, ale nigdy nie zapuszczały się dalej niż kilkanaście kilometrów w głąb terytorium Polski. Za to nigdy na odwrót: uzbrojone po zęby "rydwany ognia" pełzły niczym cienie wzdłuż granicy utrzymując na dystans polskie śmigłowce. Kilka razy pogranicznicy na MI-8 psuli nerwy rosjanom lecąc wzdłuż granicy. Niedawni jeszcze sojusznicy, teraz byli po różnych stronach - czychając na błędy przeciwnika nawet przez kilkanaście minut. Do tej pory obyło się bez żadnych incydentów z użyciem broni. Każdy miał nadzieję utrzymać ten stan rzeczy nadal.
Samochód dojechał właśnie do bazy. Wartownik zasalutował po czym zameldował:
- Proszę jechać na stojankę, rozkaz dowódcy - Borkiewicz skinął głową na znak przyjęcia do wiadomości
- Komuś się spieszy - skomentował kierowca UAZ-a.
- Samolot czeka w pogotowiu, panie pułkowniku - dorzucił wartownik.
- Dziękuję. Jedziemy - płk. zwrócił się do kierowcy.
Jechali wzdłuż MIG-ów 21 ustawionych rzędem. Przy, lub -na każdym z nich krzątali się mechanicy i reszta obsługi naziemnej, przygotowując maszyny do startu. Wojskowe cysterny połączone były z samolotami grubymi, czerwonymi wężami, tłocząc wysokooktanowe paliwo do zbiorników umieszczonych w skrzydłach. Niektóre z nich miały podczepiane zbiorniki pod kadłubem. Za to
do wszystkich montowana była amunicja i pociski rakietowe AA2
klasy ATOL. Myśliwiec z numerem bocznym 9012 stał jako ostatni w rzędzie. Czerwone cyfry w białych obwódkach wyróżniały się z daleka na metalicznie lśniącej burcie samolotu. Podniesiona owiewka i przywieszona drabinka to stały element lotniczego "krajobrazu" w czasie przygotowań samolotu do lotu.
Pułkownik Borkiewicz obszedł swojego MIG-a sprawdzając mocowania rakiet i anten. Z kabiny wychylił się mechanik zwracając się do pilota:
- Wszystko w porządku, gotowy do startu.
- Dziękuję.
Borkiewicz po porannej pobódce nie był szczególnie gadatliwy. Po sprawdzeniu mocowań anten i pocisków samolotu skierował swe kroki do myśliwca stojącego po sąsiedzku. Na burcie lśniły cztery, krwistoczerwone cyfry 9009, latał nim skrzydłowy Borkiewicza - porucznik Grzegorz Wilk. Był świeżo upieczonym pilotem, ale brak praktyki nadrabiał wyobraźnią i wyczuciem. To wystarczyło Jerzemu Borkiewiczowi, by mu w zupełności ufać.
- Jak samopoczucie "Wilczek"? - spytał prowadzący
- Gówniane, panie pułkowniku - zasalutował przy tych słowach porucznik - z "giełdy" wiem, że mamy polować na "hokeje", czy to prawda?
- Gdybym to wiedział na pewno, siedziałbym już w kokpicie, podobnie jak ty.
Porucznik był niskim, młodym człowiekiem o okrągłej i zawsze uśmiechniętej twarzy. Jako skrzydłowy Borkiewicza latał od roku. Mieli do siebie zupełne zaufanie. Skończył właśnie sprawdzanie swej maszyny i usadowił się w kabinie. Prowadzący poszedł w jego ślady i połączył się z wieżą kontroli lotów. Dostał rozkaz zapuszczenia silników i oczekiwania w pogotowiu. Przez następne dwie minuty, razem z porucznikiem oczekiwali w napięciu rozwoju sytuacji. Po tym czasie odezwał się w słuchawkach kierownik lotów:
- Wieża do 9012.
- Tu 9012, czekamy na instrukcje.
- Kołujcie na start z pasa nr.13, po wejściu na półtoratysiaca obieżcie kurs 1 4 5 .
- Roger.
Para srebrnych MIG-ów wkołowała na pas startowy nr.13. Ostatnie próby usterzenia i uzbrojenia dały pozytywne wyniki. Turbiny wchodziły na wyższe obroty rozgrzewając do czerwoności dysze. Nagle, z silników obu myśliwców wystrzeliły pomarańczowo - fioletowe płomienie, sygnalizując tym samy włączenie dopalaczy. Piloci, chwilę po dodaniu maksymalnej mocy do silników puścili hamulce kół. Efekt był taki, jakby w jednej chwili spuścić ze smyczy dwa wściekłe wyżły. Pełne agresji bestie pomknęły przed siebie pożerając przestrzeń z przerażającym hukiem. Oderwały się od pasa, stwarzając wrażenie mitycznych potworów mogących zmieść wszystko z powierzchni ziemi, niczym puch. Odrzutowce leciały równo jak odbicia w lustrze. Precyzja w dublowaniu manewrów przez skrzydłowego była godna podziwu.
- 9012 do wieży, jesteśmy na wyznaczonym kursie, czekamy na dalsze instrukcje. - spokojnym głosem zakomunikował prowadzący
- Tu wieża. Przed wami zlokalizowano cztery MI-24, nie odpowiadają na wezwania radiowe - sprowadźcie ich na ziemię. Macie zakaz używania broni. Powtarzam: ZAKAZ UŻYCIA BRONI.
Twarz Borkiewicza nabrała brzydkiego grymasu:
- Wieża, tu 9012. Możecie powtórzyć rozpoznany rodzaj maszyny? -
niedowierzanie w głosie pytającego było rozpoznawalne pomimo zakłóceń w eterze.
- Para MI-24, nie zidentyfikowano ich jako wojskowe. - Jakby uprzedając następne pytanie, dorzucił kontroler.
- Mamy ich traktować jako "Naruszycieli" czy "Renegade"?
- "Renegade".
Nie takiej odpowiedzi oczekiwał. "Naruszyciel" odnosił się do
wojskowych, uzbrojonych statków powietrznych podejrzanych o to, że na ich pokładzie, bądź za ich pomocą dokonany będzie akt terrorystyczny. "Renegade" odnosił się do cywili, dzielił się na trzy fazy i o uzyciu broni można było zapomnieć. Borkiewicz czuł przez doświadczoną skórę, doświadczonego pilota, że tym razem przetestuje uzbrojenie. Nawet wbrew zakazom.
10.00 NAD PÓŁNOCNYM MAZOWSZEM
Para migów przemierzała przestrzeń obierając azymut na północ. Zeszli na niższy pułap kierując się nad Wisłę. Lustro wody odbijało rosnącą na brzegach roślinność. Samoloty zeszły na wysokość kilkunastu metrów. Widok roztaczający się z kokpitu pilotów przypominał ten z tanich symulatorów komputerowych. Szybko zmieniająca się panorama przed dziobami odrzutowców wymuszała na pilotach nieludzką wręcz prędkość reakcji. Kręty, wodny, szal
rzeki przelatywał pod stalowymi skrzydłami MIG-ów, tak, że zdawało się, iż myśliwce mkną po wodzie niczym skrzydlate motorówki.
- Jeżeli nie możemy ich drasnąć, to przynajmniej sami musimy na nich uważać.- usprawiedliwił swą decyzję o zmianie wysokości prowadzący.
- U mnie na radarze pusto...- zameldował porucznik - ... mam coś na drugiej!
Pięć kilometrów stąd, na kilkudziesięciu metrach, sygnał często zanika, lecą jak my.
- Wieża do 9012 - zaskwierczał nerwowy głos w słuchawkach - mamy HIND-y niecałe pięć kilometrów od was
- To już zdążyliśmy zauważyć, macie coś nowego? - zapytał Borkiewicz - Co z innymi?
- Resztą zajęły się SU-22 i para dyżurna. - Lakonicznie brzmiała odpowiedź kontrolera lotów.
Para myśliwców pożerała wszystko co było przed nią z prędkością zbliżoną do tej, z którą rozchodzi się dźwięk. Tuż nad linią horyzontu pojawił się malutki, czarny punkcik, który po chwili rozdzielił się na dwa nieco większe. Przybliżały się z sekundy na sekundę kreśląc w przestrzeni swój zarys. Teraz można było już rozróżnić belki ogonowe i kabiny śmigłowców.
- 9012 do wieży. Znaleźliśmy właśnie gruchającą parkę.- zameldował płk.
- Posadźcie ich na ziemi, tylko bez strzelaniny.
- Nie wydaje ci się, że się powtarzasz?
- Wykonuję polecenia dowódcy.- sztywno wyjaśnił kontroler lotów, który przed momentem zdążył objąć służbę - Zatrzymać bez użycia broni.
- Roger - krótko uciął Borkiewicz - "Wilczek" wejdź na 1 8 0 0 na 2 3 0. Ja pogadam z "hokejami".
- Robi się - myśliwiec lecący na pozycji prowadzonego odchylił się w prawo unosząc nieco dziób w górę. Zwiększył pułap o trzysta metrów wprowadzając poprawkę do swego kursu. Znajdował się teraz ponad swym partnerem oraz parą MI-24. Krajobraz z kokpitu przypominał panoramę z tarasu widokowego, wszystko było dostrzegalne jak na dłoni
- "Wilczek" na pozycji.
- Dobrze - skinął głową płk jakby rozmówcę miał przed sobą. Zmniejszył moc silnika, choć wiedział, że i tak "przejdzie" śmigłowce. Leciał za szybko, lecz gdy zbliżał się do poszukiwanej pary nie dostrzegł oznaczeń na ich kadłubach. Zajął miejsce przed nimi machając delikatnie skrzydłami. Chcąc
sprawdzić skutek swych działań, zmienił kurs o 45 stopni w lewo. Posunięcie to nie przyniosło oczekiwanych rezultatów.
- Patrol wojskowy do nie oznakowanych MI-24 - zaczął Borkiewicz - naruszyliście Polską przestrzeń powietrzną. Jeżeli nie polecicie za mną na najbliższe lotnisko, będę zmuszony was zestrzelić.
- Przecież masz zakaz użycia broni - pewnie powiedział obcy głos w eterze - Odpuśćcie sobie nas i skoczcie na śniadanie do jakiejś dobrej knajpki.
Słowa te zbiły z tropu Borkiewicza ."Musieli wisieć na radiu" - przemknąło przez myśl pilota myśliwca z numerem bocznym 9012
- Powtarzam lećcie za mną. - stanowczo rozkazał dowódca patrolu.
Ze strony piratów powietrznych nie było żadnej reakcji.
- Słyszałeś "Wilczek"? Zaczynamy balet, ja schodzę z parkietu. -
W słuchawkach lotniczych dało się słyszeć podwójny trzask, co
oznaczało zgodę. Myśliwiec dowódcy zszedł z kursu w lewo, a tymczasem znajdujący się trzysta metrów powyżej porucznik Grzegorz Wilk rozpoczął procedurę przewidzianą w takich przypadkach. Był świadom, że miał zakaz otworzenia ognia do cywili, jednak HIND zdecydowanie cywilnym samolotem nie był i należało podejrzewać go o posiadanie uzbrojenia. Nos MIG-a 21 z numerem bocznym 9009 pochylił się ku dołowi, zaś cała sylwetka samolotu przechyliła się delikatnie, schodząc na lewe skrzydło. Pilot ustawił celownik na przestrzeń kilkuset metrów przed pierwszym śmigłowcem, po czym odbezpieczył i nacisnął spust na drążku. Seria z karabinu GSz-23 pomknęła w stronę radzieckich śmigłowców. Naboje kalibru 23mm przeleciały tuż przed kadłubem
"rydwanu ognia". Jego pilot zareagował automatycznie: zwiększył obroty głównego rotora i przechylił maszynę w lewo, prowadzony MI-24 "wszedł" pod swego dowódcę z nieznacznym opóźnieniem. Oba statki powietrzne zeszły w dół. Na wysokości kilkunastu metrów nad ziemią nieoznakowane samoloty pochyliły nosy ku dołowi, zwiększając tym samym prędkość do niebezpiecznej na tym pułapie. Płk Borkiewicz w tym samym czasie zszedł ze swego poprzedniego kursu w lewo, dając polecenie swemu podwładnemu do wystrzelenia ostrzegawczej serii. Myśliwiec 9012 zatoczył pełny krąg. W momencie kończenia manewru, zobaczył jak jego skrzydłowy wdał się w pościg za dwoma uciekinierami.Obydwaj
oficerowie byli świadomi tego, że każdy metr niżej to mniejsza szansa na sukces - śmigłowce na niskich pułapach czują się jak ryba w wodzie. Małe wysokość i predkość zato, to pięta achillesowa myśliwców o napędzie odrzutowym.
- Zbiegowie zeszli łowić ryby - zakomunikował 9009 - zaraz ich przejdę.
- Musimy ich trzymać na krótko. - powiedział płk - Muszą gdzieś wylądować do ciężkiej cholery! Mają co najwyżej jeszcze jakieś 130 - 140 km lotu przed sobą.
- Roger. Należą do pana, pułkowniku. Odchodzę na kontakt wzrokowy do przodu
- 9012 do wieży. Zaczynam pościg za zbiegami. Jestem na 50 metrach, utrzymuję ich kurs.
10.28 POKŁAD DOWÓDCY GRUPY MI-24
Dwaj mężczyźni w mundurach polskiego lotnictwa wojskowego siedzieli w dzielonej kabinie śmigłowca. Pierwszy z nich - pilot, znajdujący się powyżej, nerwowo zerkał ku górze, wypatrując grupy pościgowej. Dostrzegł jak lecący za nimi myśliwiec dodaje mocy i oddala się do przodu pozostawiając za sobą cienkie smużki pary kondensacyjnej powstałej na krawędzi spływu skrzydeł.
- "Młody" sobie odpuścił, został tylko Borkiewicz,- przekazał pilot do strzelca pokładowego, siedzącego poniżej - jeżeli będzie sprawiał problemy - zestrzel go na mój znak
- Zrozumiałem.
- HIND 1 do Centrum.- wywoływał pilot.
- Zgłasza się Centrum.
- Za dwie minuty będziemy nad celem. Potrzebne wsparcie, mam na ogonie Borkiewicza, "młody" "przeszedł nas", ale coś pewnie jeszcze zmajstruje.
- Na miejscu czeka "Matrioszka" z ludźmi, to musi ci wystarczyć.
- Mają wyrzutnie pocisków niekierowanych?
- Tak.
- Wystarczy - pewnie skomentował rozmówca ze śmigłowca - Ile zostało czasu? - zwrócił się do strzelca siedzącego w kabinie poniżej
- Jeden dwadzieścia - brzmiała krótka odpowiedź. Dowódca włączył interkom pokładowy:
- Panowie, za minutę będziemy nad celem - zwrócił się do siedzących w części transportowej młodych mężczyzn - Zauważyliście zapewne że mamy drobne problemy z nadgorliwymi pilotami, lecz zapewniam - to tylko przejściowe niedogodności, zaraz będzie po kłopocie.
Po obecnych wewnątrz przeszedł drobny szmer zniecirpliwienia
- Co z Borkiewiczem? - padło pytanie do strzelca pokładowego
- Leci cały czas za nami, powoli zbliża się...
- Jest już "Matrioszka" - poinformował pilot i wyszczerzył zęby w krzywym uśmiechu widząc w oddali szarego Kraz-a z kilkoma osobami kręcącymi się obok
- Borkiewicz straci drugi myśliwiec...
10.30 LAS W OKOLICACH WYSZOGRODU
Ciężarowy samochód zatrzymał się przy linii lasu zostawiając za sobą głębokie koleiny wyryte w błotnistej drodze. Z oplandekowanej naczepy wojskowego Kraza wyskoczyli mężczyźni
uzbrojeni w pistolety maszynowe, ubrani w wojskowe "panterki". Było ich sześciu: dwóch z nich pozostało przy samochodzie, czterech wyszło na skraj polany. Kierowca pozostał w kabinie
przypalając papierosa. Wyrzucona za okno zapałka tliła się jeszcze kilkanaście sekund na mokrej ziemi, po czym zgasła nagłym wybuchem płomienia. Stojący przy ostatnich rzędach drzew obserwowali monotonną Wisłę, która o tej porze roku raczy swym pięknem każdą czułą na piękno
duszę. Jednak ci obserwatorzy nie grzeszyli wrażliwością. Z ich twarzy płynęła agresja i obojętność w stosunku do wszystkiego i wszystkich. Jeden z nich miał oprócz pistoletu maszynowego, również ręczną wyrzutnię rakiet niekierowanych. Gdy reszta patrzyła się z tępym wyrazem twarzy przed siebie, ten jeden mężczyzna pilnie zajmował się składaniem i uzbrajaniem dodatkowego wyposażenia. Nagle, w kabinie ciężarówki zaskwierczało radio
- "Matrioszka", zbliżają się nasi. Mają eskortę, zdejmijcie ich. Tylko szybko!!!
Kierowca podskoczył jak oparzony. Jednym susem znalazł się na ziemi, zatrzaskując za sobą skorodowane drzwi radzieckiego samochodu.
- Sasza !!! Nasi mają obstawę, trzeba im pomóc !!!
Mężczyzna z ręczną wyrzutnią błyskawicznie zareagował repetując broń.
- Za ile tu będą? - spokojnie spytał.
- Są już niedaleko! - nerwowo gestykulował "Matrioszka"- Rusz się !!!
Sasza wycelował w niebo wylot lufy. Z oddali dobiegł huk silnika odrzutowego. Z północy zbliżał się z dużą prędkością MIG-21, leciał około stu metrów nad ziemią. Za nim w tle, na niebie ukazały się dwa śmigłowce i inny MIG-21. Miały niższy pułap i leciały wolniej. Gdy pierwszy z myśliwców nadlatywał nad polanę, Sasza pociągnął za spust. Pocisk pomknął w kierunku celu z cichym szumem, pozostawiając za sobą siwą smużkę na niebie. Samolot zrobił nagły zwrot przez prawe skrzydło, lecz nie uniknął zderzenia z nadlatującym pociskiem. Rakieta rozerwała poszycie skrzydła prowadząc do eksplozji zbiornika paliwa. MIG-21 kilka sekund wirował wokół własnej osi, po czym zderzył się z ziemią. Eksplozja samolotu wstrząsnęła powietrzem, niosąc
ognisty powiew w najdalsze zakamarki lasu. Nie fala, lecz sztorm akustyczny przeciął okolicę, napełniając ją dzikim odgłosem wybuchu.
Płk Borkiewicz ściągnął swój myśliwiec w niemal pionowe położenie. Przeciążenie od razu dało o sobie znać. Białka oczu pilota zaszły krwią, a skóra na twarzy nienaturalnie nabrzmiała.
- Sukinsyny !!! - wydarło się z piersi płk - Zestrzelili "Wilczka" !!! Powtarzam zastrzelili 9009!
- Tu wieża zawracaj do bazy! - mówił głos w słuchawkach
- Sprawdzę, może się katapultował - nalegał pilot
- Wyślemy tam patrol - oznajmił generał, który już przejął mikrofon w wieży. - Wracaj jak najszybciej do bazy. Zostaw ich !!! - gen. wyraźnie krzyczał podenerwowany.
MIG-21 z numerem 9012 wchodził właśnie już na dwieście metrów, gdy kątem oka płk zauważył białą smużkę zbliżającą się do lewego skrzydła odrzutowca. Odruchowo zrobił zwrot bojowy przez prawe skrzydło i zaczął piąć się ku górze włączając dopalacz.
- 9012, mam rakietę ziemia - powietrze na ogonie.
- Pozbądź się jej - zakomunikował dowódca
- Łatwo powiedzieć - powiedział sam do siebie Borkiewicz
Pocisk zbliżał się cały czas, z sekundy na sekundę był coraz bliżej skrzydła. Pilot 9012 wiedział, że największym przeciwnikiem była teraz prędkość. W tym momencie zaświtała w głowie pilota myśl na wagę życia. Szybko ddał drążek kierując się niemal pionowo w dół. Wskazówka wysokościomierza mknęła wstecz jak oszalała. Dystans pomiędzy samolotem i pociskiem nadal malał. Na horyzoncie pilot dostrzegł wzniesienia, które układały się poprzecznie do toru lotu. To była szansa, której nie wolno mu było zaprzepaścić. Odległość między ziemią i samolotem malała, 800, 750, 650 metrów. Gdy licznik pokazał 300 metrów. Borkiewicz odpalił rakietę ATOL, która uderzyła w jedno ze wzniesień poniżej, doszczętnie je burząc. Głowica termiczna pocisku wystrzelonego z ziemi zmieniła sobie obrany wcześniej cel, z dyszy wylotowej MIG-a 21 na eksplodującą rakietę ATOL. Borkiewicz ściągnął samolot na siebie. MIG-21 przemknął kilkanaście metrów powyżej koron drzew, porastających okoliczne zbocza. Odgłos eksplozji rakiet zmieszał się z rykiem silnika
odrzutowca.
10.30 NAD LASEM W OKOLICACH WYSZOGRODU
Myśliwiec wciąż płonął. Przez zakopconą owiewkę Wilczek widział ziemię. Nieuchronnie, ruchem rotacyjnym zbliżała się do samolotu. Pilot ocenił odczyt z wysokościomierza. Prędkość opadania również była zbyt wysoka. Zadziałał instynkt - wyuczone odruchy jeszcze z czasów Dęblina. Sprawnym ruchem obu rąk pociągnął żółtą dźwignię pod fotelem. W ułamku sekundy ciałem pilota wstrząsnęła eksplozja. Materiał wybuchowy, a właściwie jego śladowe ilości umieszczone w fotelu, wyniosły pilota w przestworza. "Na górze panowie, nie ma czasu na myślenie. Tam rządzi instynkt myśliwca. On albo was uratuje, albo wyśle do diabła. Od was zależy finał." - powtarzał zawsze jego instruktor.
- Tak jest panie pułkowniku - wymamrotał do siebie półżywy Wilczek.
Prędkość z jaką opadał wciąż niepokojąco wzrastała. "Dlaczego to się jeszcze nie otwiera?" Nagłe szarpnięcie wyrwało go z objęć grawitacji. W owiewce chełmu pojawiło się odbicie tak bardzo upragnionego kawałka białego materiału. Teraz, gdy był już w miarę bezpieczny zaczął szukać wzrokiem samolotu. Zamiast niego zobaczył smugę czarnego dymu Jej początek zaczepiony był gdzieś w przestrzeni - koniec zaś, w konkretnym miejscu na ziemi. To
miejsce naznaczone było wielką wyrwą. Z tej wysokości jednak nic
wiecej nie było widać. Nic poza ciężkim, czarnym dymem.
Choć ziemia zbliżała się szybko, wiedział że prędkość opadania znacznie zmalała. Miał nadzieję, że wystarczajaco aby przeżyć kontakt z powierzchnią. Drzewa pod spodem nagle zacząły rosnąć w tempie geometrycznym. Wiedział, że zostało mu kilkadziesiąt metrów. Chciał przeżyć..., przeżyć...!
11.15 BAZA WOJSKOWA W MIŃSKU MAZOWIECKIM
Pułkownik Borkiewicz minął właśnie koszary kierując się do budynku dowódcy bazy. Nawet nie zauważył, kiedy przekroczył próg gabinetu generała Koszyckiego.
- Czy coś wiadomo o "Wilczku"? - wyrzucił z siebie jednym tchem.
- Na razie nic. Wysłałem żandarmerię i Sokoła w rejon wypadku. To teren lesisty, nie spodziewaj się cudów...
Furia Borkiewicza znalazła wreszcie ujście:
- Kto wydał zakaz strzelania ?
- To nie jest w tym momencie najistotniejsze... - pośpiesznie rzucił generał
- Jest! Ten ktoś skazał nas na pewną śmierć! Czy to też nie jest "najistotniejsze w tym momencie"? Od kiedy radziecki śmigłowiec szturmowy należy traktować jako cywilny statek powietrzny?!
- Przypominam wam Borkiewicz, że jak na razie to ja tu jeszcze dowodzę i jestem starszy stopniem. Spowiadać się przed wami nie mam zamiaru.
- Nie interesują mnie pana zamiary, generale. - Borkiewicz patrzył wprost w oczy Koszyckiego - Dlaczego nie mogliśmy uziemić tych sukinsynów ?!
- Bo wydałem taki rozkaz! Jasne ?!
Krzycząc, generał zerwał się zza swego biurka. Oparł ręce na blacie i cedził słowa :
- Nie masz prawa oceniać moich rozkazów. Ty masz je w y k o n y w a ć ! Kiedy to do ciebie dotrze ?!
Oblicze pilota było przeciwieństwem tego, co czuł wewnątrz. Źrenice jego oczu przeszywały rozmówcę na wylot groźnym spojrzeniem.
- Jak dawno temu wyleciał Sokół ? - przejmująco chłodnym tonem zapytał Borkiewicz.
- Od razu po twoim meldunku. Do tej pory go nie znaleźli.
- A co z tymi na ziemi ?
- Właściwie, to nie ustaliliśmy czy tam ktoś był, a jeśli tak, to czy od ich strzału zginął "Wilczek".
Pułkownik mierzył spojrzeniem sylwetkę swego dowódcy. Zbyt długo służył w armii, by czuć się oszukanym, lub zdradzonym. Do takich przypadków zdążył już przywyknąć. Nie mógł jednak przez cały okres służby, pojąć dlaczego muszą ginąć ludzie przez błędy innych.
- Skoro pan go już traktuje jak zmarłego, to po co ta cała szopka z żandarmerią? - zapytał.
Koszycki przez moment sprawiał wrażenie zbitego z tropu, lecz po chwili odzyskał równowagę i ze spokojem w głosie powtórzył.
- Powiem ci jeszcze raz, bo może się seplenię. Ja tu wydaję rozkazy, a ty je wykonujesz.
Borkiewicz zaczął bawić się nerwowo szarym długopisem, który leżał na biurku.
- Zapłacisz mi za to i to nie długo. - warknął na od chodne, podnosząc się z fotela. - Muszę wrócić do swoich zajęć. - Powiedział z przekąsem w głosie.
Generał odwrócił się tyłem do drzwi. W oknie swojego gabinetu
podziwiał właśnie sylwetkę MIG-29 startującego do lotu
patrolowego nad terenem północnego mazowsza.
11.42 HANGARY
Borkiewicz od razu, po niewybrednej konwersacji z przełożonym udał się do hangarów. W otwartych na oścież drzwiach ukazały się sylwetki śmigłowców. W pierwszym rzędzie stał samotny Sokół. Dalej kilka MI-2 i stary samochód holowniczy. "Zardzewniałe pamiątki zardzewniałej przeszłości" komentował w duchu. Wewnątrz krzątali się ludzie w różnolorowych ubraniach. Znał wszystkich - ufał jedynie kilku z nich. Borkiewicz widział ich wraz z maszynami ustawionymi rzędami. Wszedł do małego pomieszczenia, które znajdowało się niejako na zapleczu. Czekali tam piloci, którzy w danym momencie pełnili dyżur. Siedział tam tylko jeden oficer w stalowym mundurze oglądając jakieś plugawe pisemko.
- Cześć Jurek - od drzwi powitał przybysza "zaczytany" oficer.
- Cześć, szukam Lelosza. Wiesz gdzie go znajdę?
- To on wyleciał po wilczka.
Pułkownik przeklął pod nosem.
- Masz jakieś rozkazy?
- Nie.
- Muszę gdzieś lecieć. - prosząco spojrzał Borkiewicz.
- Trzeba tylko wstawić staremu jakiś kit.
- Ty to musisz zrobić.
- To nie moja sprawa, ale dlaczego to robimy. Lelosz załatwi sprawę. Jeśli przeżył twój skrzydłowy, to go znajdą.
- Tak, pod warunkiem, że dostaną prawidłowe koordynaty lotu. Ile lat znasz starego?
- Wystarczająco długo - z niesmakiem odpowiedział kapitan Grzegorz Stawicki, rozmówca pułkownika. - To rasowy skurwiel. Niejednego już zgnoił, a ilu jeszcze przed nim?
- No widzisz. Lecę z tobą ,ale jakby coś, to nikt nic nie wie.
- Powiedz mi co tam właściwie się działo. Każdy mówi,tyle ile wie, czyli niedużo.
- Dostaliśmy rozkaz przechwycenia naruszyciela, po zlokalizowaniu nie mogliśmy ich zidentyfikować. Dwa Hindy, bez numerów bocznych.
Na informacje o braku oznaczenia brwi suchającego znacząco się podniosły:
- Nie było nic?? - zapytał zaaferowany, odkładajac na biurko "lekturę" - a co z tower? Musieli od kogoś dostać zgodę na start, przelot, jakiś plan lotu...?
- Nie Heniu, nic! Rozumiesz?! Nic [cEnZuRa] mać o nich nikt nie wiedział !!! Skąd..., po co..., gdzie...? NIC !!! - Jurek usiadł na krześle, po tej wymainie zdań, widocznie nerwy trochę "puściły" go - Po rozpoczęciu przechwytywania "Wilczek" przeszedł ich, do akcji miałem wejść ja, gdy zestrzelili go..., ktoś to zrobił z ziemi, widziałem smugę rakiety, widziałem ją! A stary wciska mi kit, że "nie potwierdzono, czy na dole ktoś wogóle był" !!! Przecież nie strącił go wirus ptasiej grypy do jasnej cholery!!!
- Jurek, radze ci jak bratu, odpuść sobie teraz to wszystko - łagodnym tonem zasugerował podpułkownik Henryk Kniaź, rozmówca Borkiewicza - dziś daj już spokój, Sławek naprawdę zrobi co w swojej mocy, żeby znaleźć chłopaka..., jesteś kłębkiem nerw. W życiu bym cię za stery nie puścił.
- ...tuż po zestrzeleniu nie widać było czaszy spadochronu, - mówił jakby tylko do siebie Borkiewicz - ale to nie przesądza o tym, że Wilczek nie żyje..., po drugie dlaczego nic nie wiedzą o tych na ziemi?! Coś ktoś musiał odnotować!
Zza szyby dochodziły miarowe uderzenia łopat śmigłowca. Na płycie lotniska lądował własnie grupa ratunkowa. Obaj oficerowie wyskoczyli na zewnątrz jak oparzeni. Sokół przyziemił, lecz silniki nadal wparwiały w ruch głowicę wirnika. Tumany kurzu i piasku biły srogo po twarzy. Borkiewicz odruchowo zaczął biec do śmigłowca pod kątem prostym. To była podstawowa metoda na
ocalenie własnej głowy przy tej maszynie. Jakiekolwiek próby podejścia z innej strony mogły skończyć sie, hmmm... amputacją głowy, najdelikatniej rzecz ujmując. Pilot maszyny, mjr. Sławek Lelosz ( węgier z urodzenia, polak z wyboru - jak sam o sobie zwykł mawiać) zobaczył biegnąca, nieco skuloną postać. Nawet nie musiał przebijać się wzrokiem, przez wirujący w powietrzu
piasek, żeby domyśleć się komu tak spieszno. Sam znał i cenił zaginionego pilota. Również dla niego ta akcja była może trudniejsza niż pozostałe w jego karierze, nawet od powodzi. Miał cały czas opuszczony hełm, szara szyba odbijała promienie słońca. Borkiewicz nadspodziewanie szybko dobiegł do
otwartej kabiny, chwytajac pilota za ramię.
- Masz coś?! - starał sie przekrzyczeć samolot - Coś masz?!
Major w odpowiedzi pokręcił pzrecząco głowa, patrząc sie przy
tym głęboko w oczy przyjaciela. Jego źrenice mówiły wszystko... W trakcie "rozmowy" żołnierze opuścili część transportową. Lelosz jednym ruchem ręki wyłączył silniki, nie odrywając oczu od Borkiewicza. Wysaidł z kabiny i oparty o kadłub wpatrywał się smutno w wirujące powyżej końcówki łopat wirnika. Te obracały się coraz wolniej aż stanęły na dobre.
14.20 AKCJA POSZUKIWAWCZA W REJONIE ZESTRZELENIA WILCZKA
Obie maszyny pozostawały w powietrzu odkąd Lelosz posadził swoją - SAR-owski Sokół z Bydgoszczy i "Dwójka" pilotowana przez Borkiewicza. Jurek pamiętał miejsce w którym stracił kontakt z Wilczkiem. Teraz nie było tam nic poza gęstym lasem. Zszedł jeszcze niżej, niemal głaskał brzuchem maszyny czubki dębów i sosen. Łopaty wirnika wciąż niezmordowanie cięły powietrze. Borkiewicz odtwarzał z pamięci feralny lot minuta po minucie. Niecierpliwie rozglądał się. Znowu przechylił smigłowiec w lewo. Powtarzał tę czynność zgodnie z procedurą przewidzianą w akcjach poszukiwawczych. Maszyna startowała z jednego punktu i lotem po spirali oddalała się. Taka metoda niestety była bardzo czasochłonna. Cóż, Borkiewicz wiedział o tym. W jednej chwili zmienił jednak zamiary i połączył sie z centrum koordynacji SAR.
- Proszę o pozwolenie przerwania spirali.
- Co się stało panie pułkowniku? - metalicznie zabrzęczał głos w słuchawkach.
- Mam inny pomysł. Zejdę jeszcze niżej i poszukam rozstrzelanej przez mnie góry. Wtedy ustalę, gdzie widziałem ostani raz myśliwiec.
- Ok.
- A co z Chłopakami z Bydgoszczy? Mają cokolwiek?
- Narazie nic. Cokolwiek znajda powiadomię pana, oczywiscie.
- Dziękuję.
Dwójka pochyliła kadłub do przodu. Borkiewicz zwiększył również obroty rotora głównego. Teraz maszyna leciała pełną mocą. Drzewa, łąki, rzeka pozostawały teraz znacznie dalej. Pułkownik wciąż wznosił się. Bacznie rozglądał się. Sprawdzał namiary z GPS-u i porównywał z mapą. Pamiętał to wzgórze i pamiętał jeszcze coś. Po detonacji rakiety wzniósł się. Poszybował nad drzewami i zauważył linię wysokiego napięcia i jakąś wieżę. Może ceglaną,napewno ciemną. To wszystko znajdowało się po lewej stronie od samoltu, około pół kilometra. Linie znalazł od razu. Nawet trzy. Teraz musiał dopasować tylko budowlę. To zajęło mu niecałe pół minuty.
- Jest! Mam cię! - krzyknął podekscytowany, gdy w jednym momencie zlokalizował linię i znajomą budowlę.
- Co się dzieje? Ma pan coś? - żywo zareagował dyżurny SAR-owiec.
- Znajomy krajobraz. Trzymaj kciuki.
- Trzymam.
Śmigłowiec podleciał od strony, od której przedtem leciał myślwiec. Teraz zadarł dumnie nos wysoko. Prędkośc drastycznie malała. Maszyna przeszła
do zawisu. Pułkownik zdawał się kontemplować. Odtwarzał klatka po klatce ten parszywy obraz. Wkońcu nagłym ruchem steru zmusił samolot do dynamicznegotańca wokół własnej osi. Znowu sekundy kontemplacji i znowu taniec. Kontemplacja, taniec. Kontemplacja, taniec. Słońce raziło Borkiewicza w oczy, ale wiedział, że o pomyłce nie może być mowy. Na dole, coś błyszczało. Około dwóch kilometrów, na jedenastej. Zwiększył obroty i leniwie pochylił maszynę. Ta, nabierała prędkości. Kilkoma ruchami steru upewnił się, że odbicie słońca nie jest ułudą. Teraz rozpoznał nawet juz tył kadłuba zwieńczony potężnym sterem kierunku. To były resztki MIG-a.
- Mam wrak! Słyszycie?!
- Tak, panie pułkowniku! Super. - koordynator wyraźnie ożywił się - zaraz skieruję załogę Sokoła.
- Dzięki. Będzie potrzebny..., mam nadzieję, że będzie...
Pilot zrobił kilka kręgów nad spalonym wrakiem. Myśliwiec wbity był w ziemię nniemal pionowo. Zrządzeniem losu uderzył w niewielką polanę. Brak mu było skrzydeł, ktore eksplodowały jeszcze w powietrzu. Borkieiwcza nachodziły teraz najczarniejsze myśli. Wiedział, że razem z migiem mógł odkryć tez grób przyjaciela. Była to tylko jednak jednak z możliwości. Coprawda bardzo prawdopodobna, ale nie jedyna. Teraz pozostalo ustalić ewentualną trasę od punktu zestrzelenia do miejsca katastrofy. Znowu wróciła kontemplacja połączona z tańcem. Gdy miał już ruszać zobaczył zbliżajacego się Sokoła. Maszyna nagle zadarła nos do góry, stając niemal dęba. Borkieiwcz obserwował scenę zachowujac bezpieczna odlegość. Sokół ustabilizował zawis i włączył światła do lądowania, po czym je wyłączył. Czynność tę powtórtzył jeszcze dwa razy. Śmigłowce nie miały kontaku radiowego, ale pułkownik wiedział co pilot maszyny SAR-owskiej mu chciał przekazać. "Dzięki Jezu! Katapultował się jednak!" Ułamek sekundy później zaterkotała radiostacja pokładowa:
- Znaleźli wilczka! Panie pułkowniku!
- Wiem chłopaki, widzę Sokoła. Jestem prawie na miejscu.
Delikatnie ruszył z zawisu. Prędkość lotu nie przekraczała stu kilometrów na godzinę. Jurek rozglądał się na ziemi, pilnując jednoczesnie, żeby nie wlecieć na drugiego ratownika. Gdy obie maszyny były w odległości zaledwie klkunastu metrów od siebie zastygły na swych pozycjach. Oba silniki pracowały równo. Oba kadłuby zwrócone do siebie nosami zawisły na tej samej wysokości. Dokładnie pod ryczącymi śmigłowcami, na dole rozdrate o gałęzie drzew leżało białe płótno spadochronu. Dwa, może trzy metry dalej leżał Wilczek. Nieruchomy, w kasku, z elemntami uprzęży. Gdy Borkiewicz oderwał wzrok od miejsca poniżej, napotkał zadowolone spojrzenie pilota Sokoła. Ten drugi pokazywał tez coś gestem dłoni za siebie. Borkiewicz wiedział co zrobic. Delikatnie zadarł nos maszyny i równie delikatnie dodał obrotów. Mi-2 odpłynął nieco w tył, zarazem wznosząc się. Pułkownik wiedział co nastąpi za chwilę. Nie chciał, żeby zawirowania powietrza wywołane jego maszyną utrudniały akcję. Drzwi Sokoła odsunięto na bok. Do wyciągarki podczepił się ratownik, po czym zaczął opuszczać się w dół. Drugi ubezpieczał go z pokładu. Po zaledwie kilku sekundach był już przy ofierze katastrofy. Trochę mocowani się z uprzężą i podartą czaszą. W końcu przyszedł czas na kask. Po zbadaniu pulsu i upewnieniu się, że Wilczek żyje uniósł w geście triumfy kciuk. Obaj piloci w powietrzu odetchnęli. Borkiewiczowi poleciały łzy. Przetarł oczy, poczym zgłosił do koordynatora:
- Wilczek, żyje.
Głos łamały emocje i łzy. Więcej nie mógł wyksztusić. Wtym czasie zjechały nosze. Ratownik zwinnie ułożył na nich nieprzytomnego i zaczepił linę do wciągarki. Sam równiez swój karabińczyk zacepił do liny. Po kilku sekundach obaj byli na pokładzie Sokoła. Po zamknięciu drzwi obie maszyny ruszyły wolno w milczącym, równym marszu. Powoli zwiekszały wysokość i prędkość. Sokół na miejscu pierwszym, na drugim Mi-2. W takiej formacji
doleciały na mińskie lotnisko.
16.30. SIEDZIBA WSI
Człowiek z cygarem w ręku usiadł. Patrzył na swego rozmówcę jak na przesłuchiwanego, a nie jak na majora kontrwywiadu.
- Jak wytłumaczysz to że Koszycki nie wstrzymał swoich ludzi?
- Z tego co wiem, próbował...
- Próbował?! - furia wściekłości ogarnęła smakosza cygar - Nie wkurwiaj mnie takimi tekstami! Czego was [cEnZuRa] w tych szkołach teraz uczą?! Napewno nie myślenia...
Z pogardą patrzył się rozmówcę.
- Za moich czasów, to byś już piach gryzł z taka elokwencją.
W pokoju zapanowała cisza. Trwała zawsze tak długo, póki jej nie przerywał prowadzący tę rozmowę.
- Koszycki ma zniknąć..., na zawsze, tak samo ten młody prokurator. Ten co prowadził sprawę tego rozjebanego dwudziestego dziewiątego kilka lat temu.
- Rychter - wtrącił się major
- Coś jednak w tym łbie masz, oprócz kupy gówna Głuszczyk. Uprzedzając twoje pytanie: dlatego, że to on ma człowieka, który łazi za tą twoją suczką. Za dużo gnojków juz jest w piaskownicy, czas troche nasrać. Jak będzie śmierdzieć, to każdy weźmie się za swoje sprawy.
- Wiedziałem o tym człowieku, ale to ja dawkuje mu informację.
- Do czasu, Michał, do czasu. Żebym nie musiał kogoś innego prosić o tę przysługę, bo wtedy twoja dupa też ucierpi.
Głusczyk , jak na swój fach przystało nie dał po sobie poznać że się boi. Amator cygar wiedział jednak, że groźba odnisoła skutek.
22.05 WARSZAWA, PRAGA PÓŁNOC
Mężczyzna w ciemnym, skórzanym płaszczu właśnie gasił papierosa.
Lekko padało. Krople deszczu spływały mu po policzkach. Uwagę skupiał na budynku po drugiej stronie ulicy. Szara, stara a przede wszystkim niemiłosiernie brudna kamienica. "Cholera jasna! Ile można tak stać?! Jeszcze dwie minuty..., no może trzy? Na pewno mnie w końcu zobaczą." Ze skrzyżowania zjechał samochód. Przemierzył całą długość przecznicy w nie całe dwadzieścia sekund. Ruch o tej porze doby był mierny. Palec nerwowo zaciśnięty na spuście drgnął, gdy w drzwiach obserwowanego budynku pojawiły się dwie postacie w polowych mundurach Wojska Polskiego. Rośli, dobrze zbudowani mężczyźni zdawali się uciekać pomiędzy padającymi kroplami deszczy. Zniknęli w bramie koło starej kamienicy. Chwile później dało się słyszeć trzask zamykanych drzwi samochodu. Nagle poszarpany łuk bramy eksplodował światłem z dwóch reflektorów wojskowej ciężarówki. Duże koła Stara 660 wytoczyły się na krawężnik. Mężczyzna w skórzanym płaszczu odbezpieczył broń. Nadal trzymał
rękę schowaną w kieszeni. Zza rogu wyjechał jakiś motocykl. Zatrzymał się. Miał zgaszone światła. Z rury wydechowej uciekały po cichu trujące tlenki metali. Star wyjechał z bramy. Człowiek obserwujący kamienice zdawał się mówić coś do rękawa. Gdy wojskowy samochód schował się za zakrętem, motocykl ruszył - nadal bez świateł. Zresztą w dobrze oświetlonym terenie i tak były bardziej kosmetykiem, niż praktycznym dodatkiem. Mężczyzna w płaszczu znów podniósł mankiet do ust. Kilka sekund później motocykl znikł w ślad za wojskowym Starem.
22.50 BIAŁOŁĘKA
- Jak to niemożliwe?! - głuche echo niosło się po ścianach wysokiego gabinetu.
- Nie..., nie! Rozumiesz?! Wysoki mężczyzna gestykulował przy słuchawce swojego telefonu. - masz oficjalny zakaz zbliżania się tam!... nie obchodzi mnie to! Masz czekać na posiłki. Zaraz tam będą! - słuchawka twardo wylądowała na widełkach.
Miał około czterdziestki, ostre, surowe rysy twarzy i krzywy nos - jeden z niewielu widocznych śladów bokserskiej przeszłości majora Stefana Głuszczyka - oficera operacyjnego Wojskowych Służb Informacyjnych. Z kieszeni w spodniach wyjął prywatną komórkę. Wybrał numer i czekał.
- Słucham! - odezwał się głos z rosyjskim akcentem.
- Macie ogon, kobietę na motocyklu, jeszcze chyba niczego się nie domyśla.
- Dziękuję Stiepan. Moi chłopcy zajmą się tym.
- Nie musicie jej zabijać, wystarczy, że postraszycie ją.
- Wiem, że nie musimy - drwiąco zabrzmiał twardy głos - my nic Stiepan nie musimy. To twoja sabaka nie moja.
- Po prostu ci zgłosiłem to - miał ochotę coś dodać, ale zakończył połączenie. Dyskusja z "Matrioszką" zawsze nie miała sensu. "w ogóle z mafią się nie dyskutuje" - poprawił się w myśli major. Po prawdopodobnej śmierci "Wilczka" nie chciał następnego, nie potrzebnego zgonu. Nie to, żeby zabijanie mu kiedyś przeszkadzało w życiu. Po prostu jego podwładna miała
bardzo kuszące usta, których miał nadzieję spróbować - i to już nawet niedługo. Wiele można było majorowi Głuszczykowi zarzucić, ale nie nekrofilię. Zdecydowanie wolał ją żywą. Usiadł w swoim fotelu i nalał z karawki koniaku. Tę czynność powtórzył jeszcze dwukrotnie, nim zadzwonił do oficera dyżurnującego sztabie WSI.
- Sierżant sztabowy Jankowski, słucham? - głos w słuchawce pomimo późnej pory był rześki.
- Tu major Głuszczyk, jeden z moich ludzi potrzebuje wsparcia. Zameldował mi o tym przed chwilą telefonicznie.
- Kto i gdzie panie majorze?
- Nie wiem gdzie, przerwało mi połączenie. To porucznik Ulińska. O ile wiem, ma przy sobie GPS. Spróbujcie użyć tego.
- Już przekazuję pańską prośbę. Dlaczego nie skontaktowała się z
nami bezpośrednio?
- Nie wiem dlaczego. Wiem tylko, że to bardzo pilna sprawa. Prosiła, żeby to szybko załatwić, a potem rozłączył się jej telefon.
- Już wysyłam tam ludzi panie majorze. Czy pani porucznik miała jeszcze jakąś prośbę?
- Nie, ale ja mam. Powiadomcie mnie jak tylko ją zlokalizujecie. Chcę tam pojechać.
- Oczywiście. Czy mogę coś dla pana zrobić?
- Nie, dziękuję, to wszystko. Spokojnej służby. Dobranoc.
Słuchawka powtórnie wylądowała na widełkach. Major dokładnie wiedział, że GPS nie ma prawa działać, w końcu sam go przeprogramował. W razie czego usterkę można było zegnać na awarię oprogramowania. Tak samo kłamał w temacie kontaktu swojej pani porucznik z centralą. Sam wydał jej polecenie, aby podczas akcji kontaktowała się tylko z nim. W szeregach agentów operacyjnych WSI od dawna było głośno o Krecie. Każdy go się bał, lecz nikt go nie mógł namierzyć. Głuszczyk używając właśnie tego pretekstu przekonał Ulińską do złamania drogi służbowej. Po trzecie znał dokładne położenie miejsca akcji. Agentka sama mu je perfekcyjnie opisała.
23.04 TRASA GDAŃSKA POZA WARSZAWĄ
Wojskowy Star opuścił już granice miasta. Zmierzał trasą gdańską na północ. Światła jadących z naprzeciwka samochodów oślepiały kierowcę. W tym gąszczu świateł, nie mógł zauważyć czarnego ścigacza, który jechał za nim od samej kamienicy. Motocyklista utrzymywał dystans dwóch, do czterech samochodów. Postrzępione snopy światła omiatały drogę i część pobocza. Nagle zamigotała czerwona dioda radiostacji wmontowanej w kokpit samochodu.
- Centrum do konwoju. - zaszeleścił głośnik
- Tu konwój, słucham, was Centrum - zameldował się żołnierz siedzący obok kierowcy
- Macie ogon, kobietę na motocyklu.
Mężczyźna omiótł kabinę nerwowym spojrzeniem. Kierowcy najwidoczniej cała ta spraw a nie wydawała się na tyle absorbująca, by podnieść wzrok znad kierownicy. Pasażer znowu przysunął gruszkę mikrofonu do ust.
- Dziękujemy Cantrum za wiadomość. Zajmiemy się nią.
- Powodzenia, bez odbioru.
Kierowca nie odrywał wzroku od trasy, tak jak by wiadomość nie zrobiła na nim wrażenia. W końcu miał od czegoś samochód obstawy. Do jego zadań należało tylko sprawnie i szybko dojechać tym złomem w określone miejsce. Pasażer wykazał nieco wiecej inwencji i troski o własny tyłek. Wprowadził z klawiatury numerycznej radiostacji odpowiedni kanał i rozpoczął rozmowę z
samochodem obstawy.
- Słyszał pan, panie kapitanie wiadomość?
- Tak. Faktycznie jedzie za nami jakiś ścigacz. Nie zmieniajcie nic, póki co my się tym zajmiemy. Napewno się nie zatrzymujcie pod żadnym pretekstem.
Niebieski Mondeo zwolnił nieco
23.10 BIAŁOŁĘKA,DOM MAJORA GŁUSZCZYKA
Telefon majora Głuszczyka zabrzęczał na biurku.
- Słucham.
- Tu znowu sierżant Jankowski, panie majorze.
- Słucham was sierżancie.
- Mamy problem z namierzeniem pani porucznik. Jej GPS nadaje jakieś błędne namiary. Zgodnie z nimi jest obecnie na ... - tu głos w słuchawce zamilkł na chwilę - ... na terenie Szwecji - zakończył z niedowierzaniem.
- Nic nie da się zrobić? - udawanie zatroskanego dowódcy szło mu nawet dobrze.
- Nasi technicy pracują nad sygnałem z jej telefonu komórkowego, ale to potrwa jakąś chwilę, może nawet wiecej.
"[cEnZuRa] mać! nie pomyślałem o komie"-przeklinał siebie w duchu Głuszczyk.
- Ile to im zajmie? Dokładnie!
Precyzyjne pytanie wymagało precyzyjnej odpowiedzi. Miał nadzieję, że stwarzał przekonywującą scenkę. Diabli wiedzą, czy kiedyś sierżant nie będzie zeznawał przeciw niemu w sądzie. Wtedy musi być przekonany, że majorowi zależało na losie pani porucznik.
- Nie potrafię tego powiedzieć...- brak konkretnej odpowiedzi przestrzaszył sierżanta.
- Ona potrzebuje pomocy! - major podniósł głos. - Niech chłopaki uporają się z tym jak najszybciej!... Poproś ich o to ode mnie.
- Tak jest panie majorze. Jak tylko będzie coś wiadomo powiadomimy pana.
- Ok, czekam.
Odłożył słuchawkę. Zagrał perfekcyjnie, teraz pół WSI będzie wiedziało, że major Głuszczyk nalegał na szybką pomoc biednej agentce, która wzywała pomocy w terenie.
- Cwany jesteś sukinsynu - wzniósł toast kieliszkiem szkockiej - dlatego jeszcze żyjesz - dodał z satysfakcją w głosie, patrząc się w swoje odbicie w szybie.
23.12 TRASA GDAŃSKA
Kobieta na motocyklu zbliżała sie do ciemnego mondeo. Domyślała się, że to część obstawy konwoju. Widziała jak ten samochód dołączył do Stara jakiś kwadrans po starcie całej "imprezy". Od tej pory nie odpuszczał ciężarówki nawet na jeden samochód. Ktoś pewnie już ją zauważył. Zawsze może dodać gazu i zniknąć w ciemności, zanimi ci z Forda zaczną działać. Tylko co dalej? Co
powie majorowi? Cała obserwacja weźmie w łeb. Musi zbliżyć się, nie ma innego wyjścia. Delikatnie podkręciła manetkę. Stalowy rumak zawył wyższym tonem silnikia. Była na wysokości tylnego zderzaka samochodu obstawy. Nagle w odbiciu jej kasku błysnął metal. Ułamek sekundy wystarczył by rozpoznać dobrze znany kształt lufy pistoletu. Odruchowo otworzyła do końca manetkę.
Czarne kawasaki zdawało się uciekać siłom grawitacji. W jednej chwili światła nadjeżdzających z naprzeciwka zamieniły się w jasne smugi. Ułamki sekundy później lufa wystawiona przez okno samochodu zaczęła pluć ogniem. Śmiercionośne pociski sięgneły celu. Czarne kawasaki zyskało kilka dodatkowych otworów na tylnym błotniku. Kawasaki wciąż nabierało prędkości. Agentka pędziła jak oszalała. Daleko w tyle zostawiła cel swojej obserwacji. "Nie tak, to inaczej"-pomyślała. Gdy uzyskała jakieś dwa kilometry dystansu, zwolnila, szukając leśnego duktu. Zjechała w pierwszą napotkaną drogę.
Wyłączyła światła i zawróciła. Stała jakieś trzydzieści metrów od wjazdu. Była praktycznie niewidzialna dla ludzi przejeżdzających obok. "Teraz mi nie uciekniecie frajerzy".
=====================
* Ś R O D A *
=====================
00.43 MIŃSK MAZOWIECKI
Światła sygnalizatora oblała soczysta czerwień. Skrzyżowanie wymarło na dobre kilka godzin wczesniej, tuż po zmroku. W okolicach północy, ta część miasta była wyłączona z życia. Pomarańczowe refleksy świateł miejskich odbijały się w karoserii zbliżającego się samochodu. W ułamku sekundy przemknął przez skrzyżowanie wzbijając w powietrze kawałki lisci i niedopałki
leżące w rynsztoku. Kierwoca był tak skupiony na jeżdzie, że nie zauważył we wstecznym lusterku swojego opla, sytauacji którą spowodował. Na środku skrzyżowania stał w poprzek drogi policyjny ford focus. Srebrna frontiera opuściła już granice miasta. Po obu drogach przesuwały sie rzędy drzew. Dopiero teraz generał Koszycki dostrzegł w lusterku jadący za nim radiowóz.
Czerwono - niebieskie błyski rozświetlały nocną scenerię. Koszycki niewiele zastanawiając się zjechał ostro w pierwszy dukt leśny. Zmiane nawierzchni samochód zasygnalizował od razu. Terenówkę prowadzało po całej drodze. Przekraczając setkę, trudno jest utrzymać dwie tony w posłuszeństwie na śliskich korzeniach i lepkim błocie. Koszycki włączył przekładnię terenową, ale nie pomogło to za dużo. Wielkie koła srebrengo samochodu tańczyły na śliskim. Teraz policja wydawała się być nieco bliżej niż na szosie. Snopy świateł radiowozu omiatały już tylny zderzak opla. "Cholerne krawęzniki" - pomyślał z wściekłością generał - "Nie mogli siedizec z dupami na miejscu?!
Tylko ich jeszcze potrzebowałem!". Tymczasem lepkie błoto coraz skuteczniej zalepiało bieżniki opon obu samochodów. W pewnym momencie srebrna frontiera straciła przyczepność i siłą bezwładności wpadła na dwa drzewa rosnące tuż przy dukcie. Snopy iskier z reflektorów i fontanna pary z chłodnicy wskazywały miejsce feralnego w skutkach wypadku. Ułamki sekund później w
tył frontiery wbił się policyjny radiowóz kasując swój przód aż po linię rozpoczęcia dachu. Syrena umilkła jak zaklęta a koguty odfrunęły kilkanaście metrów dalej, pewnie po raz pierwszy w ich policyjnym życiu. Funkcjonariusz kierujący focusem odniósł drobne obrażenia. Partner również nie wyglądał najgorzej.
- Dobrze, że zadziałały - kierowca wskazał na opadłe już poduszki powietrzne.
Obaj wygramolili się z resztek radiowozu i z odbezpieczoną bronią doskoczyli do srebrnej bryły metalu, która kiedyś była oplem frontierą. Przestrzeń po zbitej szybie od strony kierowcy ujawniała makabryczny widok wnętrza kabiny. Koło kierownicy wraz z deską rozdzielczą i częścią konsolety przedniej zalana była krwią. Ekskluzywna skóra z obicia siedzenia również miała brunatnoszarą barwę. Na siedzeniu leżało bezwładne ciało, pokiereszowane licznymi odłamkami szkła i metalu.
- O [cEnZuRa]... - wyrwało się z ust policjanta, po tym jak dostrzegł generalskie gwiazdki na pagonach nieboszczyka i uzi na sąsiednim siedzeniu.
06.13 OKOLICE MIŃSKA MAZOWIECKIEGO
Rzednący powoli mrok rozświetlały błyski świateł radiowozów stojących przy wylocie leśnej dróżki. Na rozkaz oficera policji dowodzącego akcją zamknięto ten asfaltowy odcinek drogi. Na końcach ustawiono radiowozy. Blokadę zarządzono na długości około 150 metrów. Do zamkniętej strefy zbliżała się karetka, oznajmiając donośnym skowytem swoją obecność.
Wojskowy sokół podchodził właśnie do lądowania na wydzielonym odcinku drogi. Wirujące w powietrzu drobinki piasku i liści nakreśliły krąg lądowiska. Gumowe opony lekko spłaszczyły się w kontakcie z twardym asfaltem, łopaty obracały się coraz wolniej. Z samolotu wysiadło trzech oficerów Wojska
Polskiego, którzy pośpiesznie skierowali się do czekającego nieopodal radiowozu. Jak tylko wsiedli, kierowca ruszył. Dotarcie na miejsce nocnej tragedii zajęło im nie więcej niż kilkadziesiąt sekund. Czerwono niebieskie światła zapełniały szarą jeszcze o tej porze przestrzeń lasu. Syrena karetki była nieznośna, nawet dla pasażerów poloneza.
- Jak wasi ludzie? - padło pytanie jednego z pasażerów
- Obaj wyszli z tego bez większych urazów. Wasz generał nie miał tyle szczęścia - odpowiedział kierowca - karetkę, jadącą po stwierdzenie zgonu widzieliście zapewne z powietrza.
Pasażerem siedzącym na przednim fotelu był Borkiewicz. Kierowca zwolnił nieco przed zakrętem. Na wyjściu z niego pasażerom ukazała się cała scena nocnego dramatu. Gdy byli dostatecznie blisko zdali sobie sprawę ze zniszczeń, jakie poczyniły oba samochody tuż przed wypadkiem. Głębokie koleiny, kilkanaście połamanych i powyginanych młodych drzewek, poważnie uszkodzone dwa stare dęby i aktorzy główni - sprasowany radiowóz z terenowym oplem. Smutny bilans ostatniej nocy. Oba samochody tworzyły razem szkaradną metalową konstrukcję - pomnik. Razem z Jurkiem Borkiewiczem przylecieli też mjr Tomasz Rychter i ppłk Sławomir Lelosz. Ten ostatni pilotował Sokoła,który
obecnie stał w poprzek drogi,kilkaset metrów dalej.
- Przed czym on tak uciekał...? - Borkiewicz zadał na pół retoryczne pytanie
- Może był wypity? - zaproponował cicho mjr Rychter
- Nie, dużo można było mu zarzucić, ale nie to.
- To proste - wtrącił się do rozmowy policjant, który do tej pory stał na uboczu i zbierał coś w foliowy woreczek - uciekał przed naszymi ludźmi, bo przejechał na czerwonym świetle. Zaczął bawić się w Schumachera, ale gorzej skończył... - z lekkim rozbawieniem w głosie skwitował swą wypowiedź.
Samo zakończenie wypowiedzi na temat zmarłego poruszyło do głębi
stojących tam wojskowych. Pomimo, jak by to delikatnie nazwać - wątpliwego szacunku do zmarłego generała, Lelosz nie mógł pozwolić na dalsze kpiny.
- Ej! Czy wy w tej policji w ogóle czasem myślicie?! Zginął tu człowiek, a ty sobie żarty robisz?? Co to w ogóle ma być cyrk?!
- ...ja tylko... - wyraźnie zbity z tropu członek dochodzeniówki, zaczął się tłumaczyć
- Ty tylko, co?! - znowu wrzasnął Lelosz - co?!
- Uspokój się Sławek - łagodził Borkiewicz
- Proszę na mnie nie krzyczeć! - policjant wyraźnie zaczął odzyskiwać straconą przed chwilą pewność siebie - wyświadczyliśmy wam przysługę, że wpuściliśmy na teren wypadku, a wy tak nam się odpłacacie?!
- Zabierzcie tego dupka! - zamierzył się ppłk
- Panowie! - dobiegł damski głos zza pleców Borkiewicza.
Kłócący się nie zauważyli samochodu, który dojechał właśnie na miejsce i zaparkował za polonezem. Wszyscy odruchowo odwrócili się w kierunku, z którego dochodził miły głos. Na widok kobiety w jeansach i skórzanej kurtce, policjant ucichł.
- Kim panowie jesteście? I kto was tu wpuścił? - jasno postawiła sprawę nowoprzybyła.
- Mógłbym się zapytać o to samo pani, my przynajmniej jesteśmy w
mundurach - odciął się Lelosz
- Ewa Temke, prokurator okręgowy... - ucięła w pól zdania i pytającym wzrokiem patrzyła na rozmówców.
- Jesteśmy... byliśmy podwładnymi zmarłego. Ja nazywam się Jerzy Borkiewicz, a to ppłk sławomir Lelosz i mjr Tomasz Rychter... prokurator wojskowy - dodał niby od niechcenia
- Ale i tak nie wiem co wy tu panowie robicie? - z naciskiem na "wy" drążyła nadal temat pani prokurator.
"Podziwiamy widoki idiotko!" - rzuciło się na myśl Sławkowi, ale na szczęście dla reszty, znowu nie został dopuszczony do głosu.
- To samo co Pani, tylko że my mamy mundury. - błyskotliwie spuentował prokurator Rychter.
Ewa Temke patrzyła się jeszcze kilka sekund niby to przed siebie, niby na scenę nocnego dramatu, aż w końcu odezwała się do policjanta stojącego nadal za jej plecami.
- Skoro tak, ci ludzie mogą tu zostać, proszę współpracować przy
zbieraniu dowodów. - kończąc odwróciła się do majora Rychtera - Dwóch prokuratorów w jednym miejscu to trochę za dużo. W razie problemów służę pomocą.
Stojący tam nie byli pewni, czy na ustach pani prokurator pojawił się złośliwy grymas, czy też cień uśmiechu. Czymkolwiek to było, było miłe.
- Skoro armia ma tu już swoje organa, ja muszę jeszcze odwiedzić jedno podobne miejsce. Mam nadzieję, że mogę liczyć na współpracę - dodała na koniec z wyraźnym już uśmiechem.
- Oczywiście pani prokurator - Rychter odwzajemnił się również uśmiechem. - Pełna współpraca.
Borkiewicz musiał się odwrócić, żeby nie parsknąć śmiechem na widok tak tkliwego pożegnania. Gdy Ewa Temke odeszła już na bezpieczną odległość z której nie mogła usłyszeć ich rozmów, Lelosz nie wytrzymał:
- Widzę, że organa ścigania w naszym kraju ładnie współpracują, nie Tomek?
- ...a jeszcze lepiej wyglądają - dołożył swoje "trzy grosze" Borkiewicz - no w każdym razie cywilne...
- Tu zginął człowiek - parafrazował niedawną wypowiedź Lelosza Rychter - a wy tu o tak przyziemnych rzeczach
Jednak jego udawane oburzenie nie wzięło nikogo. Po kilku sekundach sam zaczął się śmiać.
- No dobra , wpadła mi w oko..., to chcieliście usłyszeć?
- Ale uważaj stary, bo z oka do łóżka bliska droga. - skwitował Lelosz
- Sławek! Czy ty choć raz możesz przestać myśleć o swoim świńskim życiu erotycznym?! - nie na żarty zbulwersował się major - nie każda kobieta idzie na drugiej randce do łóżka
- No, święta racja - niektóre już na pierwszej.
- Nie chcę wam przeszkadzać, ale przyjechaliśmy tu po coś... - delikatnie wszedł do rozmowy Borkiewicz
- Zastanawia mnie to uzi na siedzeniu - jakby w odpowiedzi powiedział major - dlaczego on to miał? kogo się bał? może miał jakieś spotkanie...?
- Trzeba zbadać, czy strzelano z niego ostatnio - wtrącił się Borkiewicz
- Wiem, już jedzie mój człowiek na miejsce. Będzie za jakieś pół godziny.
- Nic tu po nas panowie - doszedł do nich Lelosz, który przez chwile stał na boku z papierosem - policja zbiera dowody,twój człowiek jedzie już na miejsce - tu wskazał na prokuratora Rychtera - zwłoki generała właśnie zabierają do
karetki. Wydaje mi się, że powinniśmy odwiedzić Wilczka. W końcu po to tu przyjechałeś Tomek - zwrócił się do Rychtera
- Święta racja - ten argument był wystarczający dla Borkiewicza.
W kilka minut później cała trójka siedzieła w sokole.
07.03 POKŁAD ŚMIGŁOWCA
Wojskowo łaciaty sokół leciał ponad wierzchołkami drzew. Słońce, które już na dobre zagościło na horyzoncie, co rusz przeglądało się w kadłubie maszyny. Pilot pochylił nieco bardziej nos śmigłowca, by przyspieszyć.
- Wydaje mi się, że wypadek "Wilczka" i śmierć Koszyckiego mają wspólny mianownik - kontynuował rozpoczętą kilka minut wcześniej rozmowę, Borkiewicz
- Nie masz na to dowodów - odezwał się Rychter - Wiemy tylko tyle, że coś dziwnego zdarzyło się w ostatniej dobie, coś o czym nie mamy na razie pojęcia.
- Czas to zmienić.
- Zrobię wszystko, by tą sprawę rozwiązać.
- Nie Tomek - zrobisz tyle, na ile ci pozwolą zwierzchnicy, a to różnica.
- Myślisz, że jak ty swojego ukatrupiłeś, to nam nowego nie podeślą? -odezwał się do tej chwili cichy Lelosz. - Był Koszycki, będzie jakiś inny Koszycki, Kowalski, albo jak mu tam. Szczerze wątpię, eby po tych wszystkich wydarzeniach, które miały miejsce w ostatniej dobie Sztab Generalny nie podesłał nam kogoś obcego.
- Po mojej rozmowie z generałem, od razu po wypadku "Wilczka", odniosłem takie parszywe wrażenie, że on to robił na czyjś wyraź