jest więc i historia, która mi podobałą się najbardziej w "Powietrzu pełnym śmiechu". Tytuł jej to "Zabawa na sto dwa"
Część będę przepisywał, a część napiszę sam, ażeby było ktrócej.
Aha-blenheim to brytyjski dwusilnikowiec.
A więc jest sobie lotnik w czasie IIWŚ. Prowadzi spokojny żywot ówczesnego myśliwca

. Poprzedniego dnia jakiś pilot zestrzelił messerchmita, a więc szykowała się impreza. Aż tu nagle, pilot owy wezwany zostaje do lotu. Ponieważ zgłosić się ma dopiero za pół godziny, za pozwoleniem komendanta bazy udaje się do mesy, pod warunkiem, że nie łyknie zni kropli. Tam zabawa jest na całego. Wszyscy piją, to i on po chwili ma już pełen kieliszek. Co chwilę ktoś stawia drinki jemu, on stawia im. I tak jeden po drugim drinki wylewane zostają pod mesowską sztuczną palmę, lub wypijana jest zimna woda z paroma kroplami herbaty, żeby wyglądało na jakiś porządny trunek. To drugie oczywiście przy wszystkich. Nikt nie zdołał go powstrzymać... "I tak lotów już nie będzie" mówił "chwiejnym" głosem. Parę osób z przerażeniem obserwowało, jak wlewa w siwebie kolejne szklanki wody z herbatą. Gdy jednak ktoś podał mu szklankę z prawdziwą whisky stwierdził, że podający ma brudne buty i powoli wszystko na nie wylał. Wygoniono go z kasyna, a nieźle wkuty dowódca obiecywał, że jutro tego pożałuje, po czym pojechał po jedynego akurat trzeźwego i zdolnego do lotu. W tym czasie ogłoszono jednak alarm i nasz wstawiony bohater chwiejnym krokiem udał się do samolotu. Nie chciano go puścić, ale zreflektowal się i rozmawiał na tyle przytomnie, że w końcu go puszczono.
Od tego miejsca przepisuję, więc będzie w pierwszej osobie.
"zaraz po starcie, zamiast ciągnąć samolt do góry zdusiłem go na tyle, że przeleciałem pół metra nad drzewami, a potem aby zniknąć z oczu tym, którzy za nim patrzyli. Musiało to zrobić na nich odpowiednie wrażenie...
Polski oficer naprowadzania nawiązał ze mną łączność
-Halo, <<pies morski>>, niebieska jedynka, <<pies morski>> niebieska jedynka, woła <<wujek>>, czy mnie słyszysz?
-a czemu miałbym cię nie słyszeć, głuptasie?-odpowiedziałem mu zdziwionym głosem.
-Halo <<pies morski>> niebieska jedynka, woła <<wujek>> czy mnie słyszysz?
-słyszę, ale nie nazywaj mnie psem morski, bo tego nie lubię. Mów mi Józiu
Po drugiej stronier zapdała cisza. Widocznie oficer naprowadzania rozważał i przeżuwał niespodziewane odpowiedzi.
-rozpoznaj boogey-przyszedł rozkaz po chwili-kurs 315
Nastawiłem na busoli kurs 315 i wziąłęm z miejsca ten kurs.
-Rozumiem cię bardzo dobrze-posłałem odpowiedź-kurs 215
-315
-Bardzo dobrze, słyszę cię doskonale. Kurs 315
Tamten musiał się pocić:
-nie dwa jeden pięć. Trzy jeden pięć, rozumiesz?
-tak jest, rozumiem. Kurs Trzy siedem pięć-odpowiedziałem jak echo.
-nie ma takiego kursu!-wył w słuchawki
-dlaczego nie ma??-zapytałem poważnie i naiwnie.
To musiało go dobić. Na wszelki wypadek zostawił mnei i zajął się moim towarzyszem, nakazując mu włączenie rozpoznawczego aparatu radiowego. Po minucie zabrzmiało w jego głosie zdumienie:
-lecisz bardzo dobrze, leć tak dalej-błagał.
-pochyl glówkę na pierś białą-zaśpiewałem mu raźnie.
Dał mi spokój, ale potem przypomniał:
-uważaj, bo boogey w twojej okolicy
-pocałuj mnie w boogey.
Nie odpowiedział. Wypatrywałem uważnie wrogiego samolotu. Wreszcie dostrzegłem na horyzoncie raźnie pomykający punkcik. Władowałem wszystko co mogłem w samolot i szedłem do punkciku. Mój boczny został w tyle, bo jego silnik nie ciągnął tak dobrze jak mój. Punkcik rósł w oczach. To był dornier. Podszedłęm bliżej. W oczy wpadły mi czarne krzyże na statecznikach i błyski karabinu maszynowego.
-czy rozpoznałeś ten samolot?
-tak!-odwrzasnąłem-to Blenheim! Atakuję!
Nacisnąłem spust kilka razy, a Dornier zapalił się przepisowo z zszedł na ziemię. Uczułem satysfakcję i natychmiast podzieliłem się nią z oficerem.
-zestrzeliłem tego łobuza.
-kogoś zestrzelił?-padło pytanie słabym głosem.
-Blenheima!
Oficer nie mół już, oczywiście, ze mną rozmawiać i przekazał słuchawkę angielskiemu oficerowi naprowadzania.
-kogoś zestrzelił?-zapytał tamten z troską w głosie.
-Blenheima oczywiście, ale bądź spokojny. Ja... ja bardzo cię lubię-zaśpiewałem.
Przy dispersalu, gdzie dokołowałęm, czekała na mnie grupka ludzi.Nie, to nie byli ludzie, to byli wszystko skazańcy, nie wyłączając dowódcy dywizjonu, obu eskard, i reszty osób, wśród których nie zabrakło kucharza, księdza i meteorologa.
-czy to prawda, że zestrzelił pan Blenheima?-rozpoczął dowódca stacji
-Blenheima?! Byłem tak zdumiony jak pilot w randze podporucznika, którego po zbudzeniu ze snu poproszono o zmienienie banknotu tysiącfuntowego-o ile wiem to był Dornier.
Wszysco spojżeli po sobie. Lekarz zbadał mi puls, a dowódca kazał chuchnąć sobie w twarz, żeby sprawdzić mnie na obecność alkoholu.
-to dziwne. Ten człowiek nie miał ani kropli alkoholu w gębie...
... Lecz oto przyszedł telefon. Zestrzelony został Dornier. Przyjmowałem gratulacje z bohaterską miną. Idąc do kasyna z dowódcą rozmawiałem z nim:
-nie rozumiem, mówił pan przecież obu oficerom, że to był blenheim.
-byłęm podniecony. Może mówiłęm o blenheimie, ale myślałem o Dornierze.
-ponadto podobno śpiewał pan do oficera naprowadania, co jest niezgodne z przepisami.
-Sir-odpowiedziałem-gdyby pan był w moim wieku i gdyby zestzrzelił pan swój pierwszy bombowiec w życie, to czy by pan nie zaśpiewał?
Dowódca zastanawiał się prez chwilę, odchrząknął i powiedział:
-ma pan rację... Śpiewałbym tak samo..."
Blee.... sorry, za wsie literówki, ale już mi się tego nie chce sprawdzać... Mam nadzieję, że chociaż dobrze się przy tym ubawiliście... Napiszcie, czy tak, czy nie.
Jest jednak jeden feler. Bardzo mi przykro, ale historia ta nie jest prawdziwa, choć mogłaby... A szkoda...
