no i następna porcja "stali"
--------------------------------------------------------------------------------------ROZDZIAŁ III
Wojskowo łaciaty sokół leciał ponad wierzchołkami drzew. Słońce, które już na dobre zagościło na horyzoncie, co rusz przeglądało się w kadłubie maszyny. Pilot pochylił nieco bardziej nos śmigłowca, by przyspieszyć.
- Wydaje mi się, że zaginiecie „Wilczka” i śmierć Koszyckiego mają wspólny mianownik – kontynuował rozpoczętą kilka minut wcześniej rozmowę, Borkiewicz
- Nie masz na to dowodów – odezwał się Rychter – wiemy tylko tyle, że coś dziwnego zdarzyło się w ostatniej dobie, coś o czym nie mamy na razie pojęcia.
- Czas to zmienić.
- Zrobię wszystko, by tą sprawę rozwiązać.
- Nie Tomek – zrobisz tyle, na ile ci pozwolą zwierzchnicy, a to różnica.
- Myślisz , że jak ty swojego ukatrupiłeś, to nam nowego nie podeślą? – odezwał się do tej chwili cichy Lelosz. – był Koszycki, będzie jakiś inny Koszycki, Kowalski, albo jak mu tam...
- Po mojej rozmowie z generałem, od razu po wypadku „wilczka”, odniosłem takie parszywe wrażenie, że on to robił na czyjś wyraźny rozkaz.
- Kto?? –zdziwił się Rychter – Koszycki?
- No, Koszycki – przywtórzył od niechcenia Borkiewicz
- Wiesz, Jurek, chłopaki mówili mi z jaką miną wtedy do niego wleciałeś – komentował Lelosz – może stary... hhmmm ...świeć Panie nad jego duszą... po prostu się ciebie wystraszył?
- Nie, na pewno nie mnie. Bał się kogoś innego, kogoś wyżej, zresztą, ktoś w tym siedział. Do tej pory nie rozumiem zakazu użycia broni względem naruszycieli w bojowych maszynach. On nie wydałby aż tak głupiego rozkazu, bynajmniej nie na własne widzimisie. Coś tu nie gra. A teraz ta kraksa i ta broń....
Maszyna leciała nisko nad polami, zostawiając za sobą linię lasu. Lelosz często próbował się w lotach koszących. Do tej pory nawet obyło się bez strat załogi i maszyny.
- Możesz trochę wyżej latać? – zapytał podenerwowany Rychter – jakoś lepiej myśli mi się w strefie, niż na kosiaku.
- Papuga, a boi się nisko latać – Lelosz nie pozostawał dłużny.
Ta odpowiedź szczerze rozbawiła Jurka. Lelosz znany był wśród swoich przyjaciół z trzech rzeczy: niskiego latania, ciętego języka i niezliczonych podbojów erotycznych. Każdy coś lubi w życiu zbierać; jedni znaczki w albumach – inni nie swoje kobiety w nie swoich łóżkach. Tyle tylko, ze ta pierwsza pasja nie jestem czasem aż tak niebezpieczna.
- Dobra, nie złość się, bo do reszty posiwiejecie panie majorze.
Rychter na tą zaczepkę słowną nic nie powiedział, nie miał po prostu argumentu. Rzeczywiście siwiał i bardzo się czasem obruszał, gdy któryś z kolegów mu to wypomniał. Oczywiście ta zależność szybko została wychwycona przez innych żołnierzy. Dlatego już teraz nie reagował gwałtownie na wspomnienie o siwiźnie. Lelosz wiedział jednak, że tym razem znów odniósł zwycięstwo. Postanowił wystawić cierpliwość kolegi na następną próbę. Widocznie zakłopotanie prokuratora sprawiało mu sporo frajdy.
- Nie mogę przecież pozwolić na to, żeby nasza pani prokurator była skazana na oglądnie szronku we własnym łóżku.
Rychter spojrzał się z tylnego siedziska dla mechanika, na pilota po lewej stronie. Tamten instynktownie obejrzał się, wiedząc, że ich oczy się spotkają. Wzrok Tomasza Rychtera długo utkwiony był w oczach pilota. Nagle Lelosz zaciągnął owiewkę od hełmu, niczym średniowieczny rycerz zasuwał przyłbicę. Odwrócił się do przodu i roześmiał w głos. Borkiewicz na bocznym siedzeniu również uśmiechnął się.
- Pojebało was do końca. – z lekkim wyrzutem w głosie skwitował Tomek - Stare i głupie konie.
- Ale za to jakie przystojne? – ironicznie podkreślił Lelosz
Na horyzoncie pojawiła się sylwetka masztu radarowego, a niedługo później pozostała część infrastruktury mińskiego lotniska.
* * * * *
Tomasz Rychter. Rocznik siedemdziesiaty. Rodowity warszawiak, po ukończeniu dęblińskiego WSOSP-u, dostał pierwszy przydział do eskadry poznańskich kruków. Latał na migach dziewiętnastych. Tam poznał Borkiewicza. Po kilku latach skończył prawo. Wrócił do Warszawy, gdzie służył najpierw w 103 pułku MSWiA razem z Leloszem, a po kilkunastu miesiącach dostał się do dowództwa WliOP-u jako ichniejszy radca prawny. Pięć lat temu dostał nominację prokuratorską. Tak szybka i błyskotliwa kariera prokuratora-pilota, nie była by możliwa, bez „wsparcia” ze strony rodziny. Rychterowie, to stary prawniczy ród warszawski, którego korzenie sięgają ponoć potopu szwedzkiego. Ojciec Tomasza, Józef – prowadził kancelarię prawniczą w Rembertowie, zaś ciotka Emilia – matka chrzestna Tomasza – była sędziną Sądu Najwyższego. Rychterowie mieli pozycję w światku prawniczym i większość członków klanu korzystała z tego faktu, nie mając najmniejszych skrupułów. Tomek od dzieciństwa przejawiał zdolności nieco odbiegające od prawniczego kanonu. Bardzo lubił prać, zwłaszcza kolegów na podwórku, lub w szkole. Gdy został wyrzucony z kolejnej „dobrej szkoły” warszawskiej, ojciec odchodził od zmysłów. Wstyd i rozgoryczenie – tak najłatwiej opisać co wtedy czuł biedny Józef Rychter. Niesforny Tomasz w wieku szesnastu lat po raz pierwszy zainteresował się samolotem. Właściwie to nie do końca samolotem, tylko córką stewardesy Joanną, która swa urodę odziedziczyła po mamusi. Ale jako, że nie wypadało być kompletnie zielonym w temacie maszyn latających, Tomasz zabrał się do pilnego studiowania budowy Aśki a w międzyczasie również i budowy Iłów i Boeingów. Aśka przeszła mu po dwóch miesiącach a samoloty pozostały na zawsze. Jakie było zdziwienie (ale pozytywne), gdy po skończonej maturze, Tomasz oświadczył wszystkim domownikom, że nazajutrz wyjeżdża do Dęblina na egzaminy. Myślano, że to tylko następna zachcianka „dużego dziecka”, ale po pierwszym , pozytywnie zaliczonym semestrze, Tomasz zdecydowanie spoważniał i wydoroślał. Tak przynajmniej twierdziła jego matka – Anna.
„Wojsko zrobiło z mojego syna odpowiedzialnego mężczyznę” – zawsze powtarzała z dumą w głosie, na co ojciec zwykł dodawać „jeśli to co twierdzisz kochanie sprawdzi się, będziemy świadkami cudu przemienienia”. Poczucie humoru również było u Rychterów dziedziczne.
Tomasz Rychter przybył do eskadry w Mińsku tuż po wypadku zaginięcia „Wliczka”. Co prawda nie znał chłopaka osobiście, ale za to znał jego prowadzącego. W przeszłości prowadził też sprawę utraty przez Borkiewicza samolotu. To był mig 29. Borkiewicz mało nie stracił życia, gdy na dobiegu, po lądowaniu, „nie załapał rewers” i „29” przeorała wojskową ziemię za pasem startowym. Złamał goleń podwozia przedniego, a elementy ogrodzenia rozpruły poszycie skrzydła. Wylewające się paliwo lotnicze zajęło większość samolotu. Z palącego się wraku wyciągnięto , wtedy jeszcze majora Borkiewicza.
--------------------------------------------------------------------------------------
jakoś tak wyszło z tymi anakondami

....hmm.. co zas sie tyczy tego cezara... to ja poproszę dwa piwa
